AMERYKA POŁUDNIOWA CHILE W DRODZE

24 godziny albo Dzień Świstaka (część trzecia i ostatnia)

1h W autobusie rozbrzmiewa przede wszystkim hiszpański. Są Meksykanie, Argentyńczycy i Chilijczycy. Wszyscy jadą do Punta Arenas. Niektórzy przemierzają stale tę trasę. Może wracają do domu? A może jadą do pracy? Ciekawe ilu wybiera się do Torres del Paine? Dziewczyny z przodu autobusu, nastolatki, hałasują. Zaśmiewają się do rozpuku. No tak, Włoszki. Choć są turystkami, to nie wyglądają na takie, które zamierzają wypuścić się na dłuższy trekking. Chłopak obok, ten w turystycznym rynsztunku, właśnie wraca z trekkingu w innej części Chile.

2h Nie chce mi się już nic oglądać. Oczy bolą od czytania. Za oknem ciemno. Pora na dobranoc, jak powiedziałby Miś Uszatek. I znów ten sam rytuał, żeby się ułożyć. Lewa, prawa. Może trochę w górę. Obniżyć oparcie. Nogi najchętniej w górę, ale nie ma jak. Zwijam się w kłębek i zasypiam na swojej części.

Spać, ciągle spać
3h Jakaś strzelanina. Wytężam słuch. Nie, to tylko w tle słychać dźwięki z filmu.

4h Nie mogę się ułożyć.

5h Ktoś chrapie. A to mój mąż. Cholera! Dłonią wymacuję stopery, które wrzuciłam do kieszeni spodni. Spanie na siedząco to nie spanie.

6h – 8h Śpię.

9h Koszmar, co?, pyta mąż, gdy na chwilę minimalnie otwieram oczy. Potakuję, zamykając je. Która godzina? Siódma? Przewracam się na drugą stronę. Jeszcze trochę snu.

10h Słońce zagląda przez zielone zasłonki. Zmusza mnie do zmrużenia oczu i w końcu do ich otworzenia. Koniec spania.

11h Pojawia się steward autobusowy. Co podać? Kawka? Tak, tylko tym razem bez cukru, proszę. Pierwszy raz zdarza mi się pić kawę przez słomkę, dziwi się Małżonek. Ja zaczęłam ten sposób picia kawy praktykować już w Ameryce Środkowej. Lubię tak. Nic się z kubka nie wylewa, nie parzy się warg. Wygodnie, a przy tych wiatrach, które momentami rzucają autobusem z prawa na lewą, picie przez słomkę jest niezastąpione.

12h Kolejny papier do wypełnienia. Deklaracja celna. No tak, bo żeby dojechać do Torres del Paine trzeba wyjechać z Chile, przejechać przez Argentynę i znów wjechać do Chile. A do Chile nie można niczego wwozić. Żadnych owoców, warzyw, mięs. A mi banany dojrzewają w torbie i kanapka z szynką. Tylko niech spróbują zabrać mi płatki owsiane, odgrażam się. W Chile je przecież kupiłam. A to, że nie ma innej drogi niż przez Argentynę, to nie moja wina przecież.

13h Jeee! Minęły właśnie dwadzieścia cztery godziny podróży, ucieszył się mąż. Dwadzieścia cztery godziny nieustannej jazdy autobusem. Od co najmniej pięciu sześciu godzin, odkąd się obudziłam, ten sam monotonny płaski krajobraz. Przyglądam się mu dokładniej. Nie, wcale nie jest monotonnie. Nie ma drzew, ale czasem jakieś pojedyncze się pojawi. Jest złoty piasek i jest pampa. Z rzadka jakieś wzniesienie. Ale są i niewielkie jeziora, rzeczki, rozlewiska, a przy nich liczne ptactwo. Gdzieś w oddali pasą się stada guanaco.

14h O, flamingi!

15h I znów stado guanaco. Wszystkie z pochylonymi w kierunku ziemi głowami. Wcinają trawę. Tuż niedaleko, stado owiec.

16h „Ale najdonioślejszym wydarzeniem owego lata było przybycie z dalekiego Chile, leżącego gdzieś za siedmioma górami…”, przeczytałam w książce Vargasa Llosy, po którą sięgnęłam w drodze. Idealna książka w idealnym czasie, pomyślałam.

17h Wyrzucić jajka? Nie, no jajka chyba można, gadam do siebie. Nikt mnie nie rozumie. Całe szczęście, bo monolog o jajkach mógłby się spotkać z niezrozumieniem. Dobra, wyrzucam. Ale musli uparcie wnoszę. Paragon jest. Coś do zdeklarowania?, pyta urzędniczka. Pokazuję co mam. ‘”Pasa”, mówi, każąc przechodzić. No to co można, a czego nie można wwozić? Nie można świeżego, odpowiada. Więc ugotowane jajka można? A mogłam ich nie wyrzucać. Musli jednak uratowane!

18h Ależ wieje! Normalnie iść się nie daje. Chociaż gorzej z oddychaniem pod wiatr. A tu to i tak jest nic, uświadamia mnie mąż. W Torres będzie gorzej. Wsiadam do autobusu i łykam łapczywie powietrze. Myśli, że mnie wystraszy? Jakimś tam wietrzykiem?! Będę płakać, jęczeć i kląć, ale nie poddam się.

Drzewa w Punta Arenas
19h Viva Punta Arenas!, krzyczę. A właściwie to mam ochotę krzyczeć, ale nie chcę mężowi robić siary. Jakimś cudem dojechaliśmy. Ba, mało powiedziane, że dojechaliśmy. My tę podróż przeżyliśmy. Trzydzieści godzin nieustannej jazdy, z trzema przerwami, w tym dwoma przymusowymi, bo na granicy. Myślałem, że będzie gorzej, powiedział Małżonek. Ja też.

20h Dwa do Puerto Natales, proszę. No tak, bo to przecież jeszcze nie koniec podróży. Cel wciąż nie osiągnięty. Bramy Torres del Paine otworzą się dla nas jeszcze za jakieś pięć godzin jazdy. Po odpoczynku i wyspaniu się w wygodnym łóżku jest łatwiej, choć autobus już nie tak wygodny. Miejsca na nogi brak, choć z moimi 168 cm wzrostu i tak nie jest źle. Skarżyć może się Małżonek ze swoimi 187 cm (z czego znaczną część stanowią nogi).

21h Chyba sprzedali nam ostatnie wolne miejsca, stwierdza, pociągając nosem. Też zaczynam pociągać. Siedzimy na szarym końcu. Tuż koło toalet, o czym trudno niestety zapomnieć. Na dokładkę dwa maluchy przed nami. Całe szczęście po wypowiedzeniu z kilkanaście razy słowa „kurva” (cytuję Małżonka: „Ale przeklinają gówniarze”. Przypisek redakcji: „kurva” to po hiszpańsku zakręt), w końcu zasypiają. Oby spały te trzy i pół godziny.

22h Spały. A ja razem z nimi.

Nad brzegiem w Puerto Natales
23h To chyba żart jakiś! Czemu zawsze moje wybory okazują się źle trafione? Znów wybrałam firmę, która się spóźnia i autobus, który się psuje. A przecież na dworcu w Puerto Natales jest co najmniej kilka firm, które oferują transport do Torres del Paine. To zatrzymujemy się, to ruszamy. Kierowca wyskakuje, coś sprawdza. Znów zasiada za kierownicą, próbuje ruszyć. Coś burczy, trzeszczy. Nie!!!! Proszę. Ja chcę już iść, być w drodze, zacząć wędrówkę wokół Torres del Paine.

Puerto Natales
24h W końcu! Po siedemdziesięciu dwóch godzinach w drodze jesteśmy na miejscu – Laguna Amarga. Jeszcze tylko jeden kwitek, jeszcze tylko opłata i decyzja, w którą stronę. Zaczynamy wędrówkę szlakiem „O”, czyli pełna trasa wokół górujących na krajobrazem wież. Jeszcze tylko przed nami ze 120 kilometrów z dwudziestokilogramowym plecakiem. Ale co to dla nas! W końcu na tym polega podróż, prawda? Na nieustannym byciu w drodze.

Po wjeździe do Torres del Paine

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "24 godziny albo Dzień Świstaka (część trzecia i ostatnia)"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Igor Mróz
Gość

Odkąd zrobiłem ten błąd i przyznałem się w USA na granicy, że mam w plecaku fasolke w puszce (a co mam tam wtedy zjeść jak na kwatere dojade o polnocy?!?), nigdy, przenigdy nie przyznaje się do zarcia w plecaku, które zawsze mam. Chyba, ze w Izraelu, tam znajdą 😀

touristnavi
Gość

Piękna sprawa. Życzę udanej podróży! 🙂

PS. Co to za dziwaczne drzewa?

wpDiscuz