MYŚLĘ SOBIE...

Dziękuję…

Mówi się, że w podróży najważniejsi są ludzie. Na swojej drodze spotkałam ich wielu. Bezimiennych i takich już poznanych z imienia. Lokalni mieszkańcy prawie zawsze dawali mi wsparcie, otaczali opieką, udzielali rady i pomocy. Nie zliczyłabym mężczyzn i chłopców, którzy dźwigali mój ważący dwadzieścia kilogramów plecak i przerzucali go z jednego chickenbusa na kolejny, wskazywali drogę, a nieraz i osobiście prowadzili na miejsce. Każdy zapytany o drogę człowiek, nie ograniczał się do zdawkowego: prosto i w lewo, a potem w prawo, ale zawsze swoją odpowiedź wzbogacał o pytania: skąd jestem, jak mi się podoba w ich ojczyźnie czy mogą w czymś jeszcze mi pomóc. W kraju jak Gwatemala, gdzie blisko 80% ludzi żyje na skraju ubóstwa, wiele razy płacono za mój bilet autobusowy, nie chcąc nawet słyszeć o jakimkolwiek zwracaniu pieniędzy. Pilnowano, by nic mi się nie stało, bym się nie zgubiła, nie zmęczyła staniem w autobusie, nie umarła z nudów podczas jazdy. I tym wszystkim dobrym ludziom bardzo dziękuję.
Chciałam też podziękować tym, którzy wspólnie ze mną podążali moją drogą. Tym, z którymi podróż połączyła mnie na chwilę dłużej niż tylko kilka minut rozmowy. Tym wszystkim, którzy sprawili, że moja podróż była i przyjemniejsza, i pełniejsza. Z niektórymi spędziłam zaledwie kilkanaście godzin, z innymi kilka dni, ale wszyscy oni zajmują szczególne miejsce nie tylko na mapie mojej podróży, ale i w sercu.
Chciałabym dziś Wam ich wszystkich przedstawić. A im podziękować za wspólnie spędzony czas.
 
Mike– był pierwszym przyjacielem, na którego natknęłam się na swej drodze i z nim też spędziłam chyba najwięcej czasu ze wszystkich poznanych w trakcie podróży osób. Razem spędziliśmy „koniec świata’ w Tikal, zwiedzaliśmy ruiny Majów, kolorowy cmentarz i słynny targ w Chichicastenango, przemierzaliśmy ulice Antigua i spędziliśmy wspólnie wigilię. Mike jako nauczyciel języka angielskiego pracował nad moją znajomością jego rodzimego języka i wykazywał się w stosunku do mnie pod tym względem ogromną cierpliwością. Nierzadko był też moim tłumaczem.
 
Mike w chickenbusie z kobietami przy bokach
 
 Muriel – spotkałyśmy się w Salwadorze, lądując w tym samym hostelowym pokoju. Chociaż jej językiem ojczystym nie jest hiszpański, porozumiewałyśmy się tylko w tym języku, za co jestem jej wdzięczna. Razem podziwiałyśmy widoki z Wulkanu Santa Ana, spędziłyśmy przyjemny wieczór w teatrze i eksplorowałyśmy ruiny Majów w Tazumal. Muriel była tak świetną towarzyszką podróży, że mimo iż rozstałyśmy się w Salwadorze na jakiś czas, to potem znów połączyłyśmy nasze ścieżki w Gwatemali, a potem jeszcze raz w Meksyku. I gdyby nie mój bilet powrotny, to z pewnością udałabym się z nią dalej na Kubę. Jestem przekonana, że kiedyś w przyszłości wyruszymy w jakąś wspólną podróż.
 
Z Muriel na wulkanie Santa Ana w Salwadorze
 
Alejandro– wpadłam na niego w wiosce Garifunów w Hondurasie, a właściwie to on wpadł na mnie, bo jak stwierdził zaskoczyłam go tym, że sama, bez obstawy biura turystycznego odważyłam się odwiedzić wioskę, którą samotni turyści omijają. Alejandro jako antropolog, piszący pracę na temat życia ludzi u wybrzeży Morza Karaibskiego, wprowadził mnie w świat Garifunów. Dzięki niemu mogłam być świadkiem wydarzeń, do których nigdy wcześniej nie był dopuszczony żaden biały turysta. Miałam też możliwość spełnienia marzenia o mieszkaniu nad samym brzegiem morza.
 
Alejandro podczas wycieczki do jednej z garifuńskich wiosek
 
Steven vel Esteban – chyba tylko dzięki niemu oraz Norico, dziewczynie z Japonii, mój pobyt w koszmarnej miejscowości San Pedro La Laguna w Gwatemali, gdzie niemal żywcem zostałam pożarta przez pluskwy i gdzie oszukano mnie w szkole językowej, nie należał do straconych. Wiele konstruktywnych rozmów, wspólnego zwiedzania, wspólnie przeżytych sztormów na jeziorze i kilku butelek wypitego przepysznego rompope – dla tego było warto.
 
Śniadanie ze Stevenem na jednym ze stoisk w Santiago Atitlan
 
Susana i Thomas wraz z dziećmi – szwajcarska rodzinka, u której gościłam w Hondurasie, w pobliżu stolicy, która po piętnastu minutach wspólnie spędzonych na rozmowie w środku parku narodowego, zaprosiła mnie do siebie. Zupełnie bezinteresownie pomogli mi w przedłużeniu wizy (bez nich, by się to nie udało). To oni przybliżyli mi problemy „dzieci ulicy” z Hondurasu, pokazując zupełnie inny świat. To dzięki nim w urodziny nie czułam się samotnie.
 
Ja z dzieciakami
Francesa, Halil i Furkan – z cała trójką spotkałam się w szkole. Halil i Furkan pochodzą z Turcji, ale studiują w Stanach – przyszli doktorzy. Francesca to koreańska emerytka, która pół roku spędza w Meksyku, grając codziennie w golfa, a drugie pół roku w Gwatemali, gdzie uczy się hiszpańskiego. Cała trójka również towarzyszyła mi podczas „końca świata”. Wypiliśmy wspólnie wiele kaw, wypróbowaliśmy wiele specjałów gwatemalskich i spędziliśmy wspólnie Sylwestra. Nasze rozmowy w mieszance angielsko – hiszpańskiej, w której żadne z naszej czwórki nie było biegłe, niejednemu słuchaczowi z zewnątrz na pewno przyniosło wiele uciechy.
Francesca na pomoście w Lagunita Salvador
Z Halilem i Furkanem na zamku
Francesco– w jego hostelu gościłam kilka nocy, przygotowywałam wraz z jego bratem posiłki w hotelowej restauracji i kosztowałam smakołyków, jakie dwóch braci – kucharzy przygotowywało każdego wieczoru na kolację. Francesco służył mi radą i pomocą o każdej porze. To dzięki niemu trafiłam też na piękną plażę Barra de Santiago.
Brian– nasze drogi zeszły się na krótko, bo zaledwie na dwa dni. Spędziliśmy jednak wspólnie jego (nie powiem które bo się obrazi J ) urodziny. Nikt mnie chyba tak nie potrafił rozbawić jak on. W dodatku dostałam przecudnej urody prezent, choć to jego urodziny były nie moje.
Z Brianem podczas festiwalu jedzenia i jednocześnie jego urodzin
 
Ilsy– dziewczyna – cud, z którą sączyłyśmy przepyszne mohito mango i która była obecna w mojej codzienności każdego dnia podczas pobytu w szkole Cervantes w Xeli.
Daniel– mój nauczyciel. Najlepszy ze wszystkich, to dzięki niemu mogłam podczas mojej podróży po Ameryce dogadać się z niemal każdym.
Ludzie z mojej szkoły w Quetzaltenango
 
Dziękuję też Yaz za wspólny cudny i pełen przygód dzień, Fernando z hostelu The Place To Stay w Antigua za miły pobyt, Eduardo za bycie moim przewodnikiem po Salwadorze, Cesarowi za przybliżenie historii słynnego Tikal, mojej rodzinie z Xeli Doni Elenie i Cony, i wielu innym osobom, tym spotkanym w Ameryce oraz tym wszystkim w innych krajach, którzy śledzili mój blog. Wszyscy w końcu podążaliście wspólnie ze mną moją drogą, prowadzącą mnie przez Gwatemalę, Honduras, Salwador i Meksyk. 

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "Dziękuję…"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Edyta Szpejnowska
Gość

Ludzi poznanych podczas podróży, nie zapomina się chyba do końca życia. Za piękne wspólne przeżycia, piękne wspomnienia:)

Anita Demianowicz
Gość

Edith my chyba coś o tym wiemy najlepiej 🙂 Czasami przyjaźnie z niespodziewanych zupełnie podróży mogą trwać wiecznie. Mam przynajmniej taką nadzieję 🙂

ilofon
Gość

Aż się łezka w oku kręci!!!

Anita Demianowicz
Gość

Mi na wspomnienie ich wszystkich Ilonka też 🙂

wpDiscuz