AMERYKA ŚRODKOWA MYŚLĘ SOBIE...

Post-walentynkowy

Macho

Ameryka Środkowo bardzo mocno jest zakorzeniona w kulturze macho. Macho, czyli z języka hiszpańskiego samiec i przymiotnik: męski. Tacy są mężczyźni w tych krajach. Brak szacunku dla kobiet i traktowanie ich w sposób instrumentalny to norma. I choć mężczyźni bardzo mi pomagali w trakcie mojej podróży, to zwykle nie obeszło się bez niechcianego „podrywania”. Czasami miałam wrażenie, że dzień bez zaczepienia turystki, to dzień stracony. Nawet policjanci nie pozostawali obojętni na jasnoskóre wdzięki.

Macho

Scena I

Quetzaltenango, Gwatemala, godzina 6.30 rano, poranny trening.

– Cześć! Jak masz na imię? – Słyszę, gdy wyciągam słuchawki z uszu i rozkojarzonym wzrokiem spoglądam na autora pytania.

Jestem właśnie na początku mojego dziesięciokilometrowego biegu. Wstałam pięć minut wcześniej i jestem na wpółprzytomna i jak to rano bywa zła.  Jest 6.30, a on mnie pyta jak mam na imię?! Na głowie mam czapkę nasuniętą tak, że ledwo widzę na oczy. Rękawiczki, bluzka z długim rękawkiem. O tym, że jestem „nie stąd” świadczy jedynie kilkucentymetrowy fragment mojej białe i odsłoniętej łydki. Ale to wystarczy.

Spoglądam na mężczyznę z zaskoczeniem. Właściwie, nie wierzę własnym uszom. Czy on mnie naprawdę próbuje tu poderwać. Najwyraźniej. Jedzie obok na rowerze i powtarza pytanie. – Czy pan nie widzi, że jestem zajęta? – Pytam, nie zatrzymując się ani na chwilę.

Nie zbija to mężczyzny z tropu.

– Skąd jesteś? – Dopytuje.

A ja nawet nie zdążyłam mu powiedzieć jak mam na imię. – Nie jestem zainteresowana rzucam i zakładam słuchawki. Kątem oka widzę jednak, że jeszcze przez chwilę jedzie koło mnie, próbując wzbudzić zainteresowanie. – Czy pan nie widzi, że jestem w trakcie treningu i nie jestem zainteresowana. Wyciągam ponownie słuchawki.

– To jak masz na imię? – Dopytuje, nie dając za wygraną.

Scena II

Chickenbus na trasie San Pedro Sula – San Juan, popołudnie

– What’s your name?

Nie reaguję, udając że nie słyszę. Siedzę w autobusie, kilka miejsc za kierowcą. Przede mną, co najmniej dwie godziny jazdy.

– Hey, do you hear me! What’s your name? – Znów ten sam głos, wciąż mówiący po angielsku.

Nie reaguję już i tak wystarczająco długo. Uświadamiam sobie, że dłużej się nie da, bo wszyscy pasażerowie zdążyli już skupić na mnie spojrzenia.

– No hablo inglez – odpowiadam w końcu, udając, że kompletnie nie wiem, o co mu chodzi.

– Jak nie mówisz po angielsku? Jak to możliwe? – mówi mężczyzna wciąż w języku gringos. Nie dociera do niego, że w jego kraju może się znaleźć ktoś nie ze Stanów Zjednoczonych.

Ja jednak uparcie powtarzam swoje po hiszpańsku. Mężczyzna siedzi dwa krzesła za mną i co chwilę mnie „tyka”, pytając jak mam na imię, skąd jestem i gdzie jadę. W końcu poddaję się i odpowiadam niechętnie na pytania, bo mężczyzna robi się agresywny. Nie robią na mim wrażenia przejawy mojej do niego niechęci. On po prostu nie widzi opcji, w której biała kobieta nie zainteresowałaby się tak wspaniałym mężczyzną, który mówi po angielsku. Moje udawanie nieznajomości angielskiego spełza na niczym, ponieważ mężczyzna zadaje pytania po angielsku, a ja uparcie mówię po hiszpańsku.

Scena III

Granica Gwatemala – Salwador, pusty chickenbus, popołudnie

– Hej, bejbe – słyszę za sobą już po raz setny w ciągu mojego pobytu w Ameryce Środkowej.

Tylko tego jednego dnia, zostałam zaczepiona już kilkanaście razy: gwizdanie, „bejbowanie”, szuranie, cmokanie. Oj, czego tam nie było słychać.

„Hej bejbe” to najczęstszy wstęp. W sumie to trudno to nazwać wstępem, ponieważ po „hej bejbe” z reguły nie padają kolejne zdania, a przynajmniej nie takie, które byłabym w stanie przetłumaczyć i zrozumieć po hiszpańsku. Językowo wykraczają poza moje umiejętności. „Hej bejbe” obok „Hej barbie” to ulubione teksty mężczyzn w Ameryce Środkowej.

– Do kogo te słowa? – pytam nieco groźnie.

Pilnuję, by uśmiech nie pojawił się na mojej twarzy. Mężczyznę wbija w ziemię. Milczy.

– Bejbe to ja może i jestem, ale dla mojego męża, a nie dla pana – rozpoczynam kazanie.

– Ale, ale…my tak…do wszystkich turystek…mówimy – Tłumaczy się.

– To czas to zmienić. Ani to zabawne, ani miłe nie jest.

Mężczyzna jest zaskoczony i nieco spłoszony. Widzę, ze pragnie jak najszybciej uciec z autobusu, w którym siedzę

Scena IV

Juayua, Salwador, hostel, wieczór

– Jesteś mężatką? – W głosie słychać rozczarowanie.

– No, tak. Przecież mówię.

– Może się jednak mylisz?

Zaczynam się śmiać.

– Nie, na pewno się nie mylę.

Zamachać obrączką nie mogę, bo jej w podróż nie wzięłam, by nie kusić złodziei.

– A nie chcesz zmienić może męża? – Pyta żartobliwie.

Przekonuję, że nie chcę. Ale zaprzyjaźnić się możemy

Z podobnych scenek można byłoby napisać, całkiem nieźle zapowiadający się poradnik o sposobach podrywu, typach zaczepek i poradach jak sobie radzić w każdej z sytuacji.

Ostatni przypadek jest najłatwiejszy, bo to turysta, inna podróżująca osoba, posługująca się mniej więcej tym samym kodem kulturowym. Turyście łatwo wytłumaczyć, że podróżujemy, by poznawać nowe miejsca, a nie nowych, potencjalnych towarzyszy życia.

Z mężczyznami, którzy korzeniami mocno tkwią w kulturze macho jest znacznie trudniej. Często nie rozumieją, że kobieta może po prostu nie być najzwyczajniej w świecie zainteresowana. W głowie im się nie mieści, że może mieć męża. Bo jak to możliwe, skoro podróżuje sama, bez niego.

Jadąc do Ameryki Środkowej trzeba być przygotowanym na to, że nawet najkrótsza droga będzie naznaczona męskimi spojrzeniami, taksowaniem wzrokiem, cmokaniem, gwizdaniem i wieloma innymi odgłosami, które w ogóle trudno zaklasyfikować do jakiejkolwiek kategorii. Jak sobie z tym radzić? Jest tylko jedna rada. Przyzwyczaić się do tego i nie reagować. I nigdy przenigdy nie patrzeć mężczyźnie prosto w oczy, bo to znak, że jesteśmy zainteresowane bliższym kontaktem. A w takim mikrym zwykle mężczyźnie macho upór tkwi przeogromny.

A jak Wy radzicie sobie w takich sytuacjach?

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: „Końca świata nie było”.

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

2 komentarzy do "Post-walentynkowy"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
wpDiscuz