W DRODZE WIETNAM

Da Nang, Wietnam -biegowe impresje

Da Nang w Wietnamie słynie ponoć przede wszystkim z plaż. Nie są to plaże takie, jak te Morza Karaibskiego, ale do biegania nadają się jak mało które.

Pierwszy kilometr

Mama z córką grają w badmintona. Dziewczyna  w krótkich spodenkach i błękitnej koszulce bierze zamach i rzuca frisbee w stronę swojego chłopaka. Kilka metrów dalej grupa siedemnastoletnich chłopców podrzuca piłkę nożną między sobą. Kilkadziesiąt osób bawi się z morskimi falami. Co się dzieje?! Czyżbym przypadkiem źle nastawiła zegarek? W planach miałam bieg po plaży o wczesnym poranku (5.30 rano). Marzył mi się piękny wschód słońca i cisza, która zwykle panuje o tej porze dnia. Wyglądało, że moje plany w zetknięciu z rzeczywistością nie mają szansy zrealizować się.

wyciąganie sieci

Drugi kilometr

W moją stronę zbliżała się grupa sześciu mężczyzn ubranych w białe stroje do karate. Już ucieszyłam się na myśl o zdjęciu. Sześciu biegających po plaży karateków to nie taki częsty znów widok. Na około czterysta metrów przede mną zawrócili i pobiegli w tym samy, co ja kierunku. Przyspieszyłam, żeby ich dogonić. Gdy już byłam blisko, ponownie zawrócili i zaczęli biec znów w moim kierunku. Aparat zdążył się zablokować. Nie byłam na ten manewr przygotowana.

Trzeci kilometr

tłumy w wodzie

O tyle, o ile na pierwszych dwóch kilometrach było sporo ludzi, na trzecim wpadłam już w tłum. Jedni grali w piłkę, inni mierzyli się z wysokimi tego dnia falami, jeszcze inni ćwiczyli tai-chi albo po prostu machali ramionami i rękoma. Jeszcze inni leżeli po pas zakopani w piachu, a nad głową rozstawili parasolki. Słońca nie było (i tego dnia jeszcze długo nie miało się pojawić). Co oni wszyscy tu robią o tej porze? Plaża w Da Nang wyglądała podobnie do tej w Gdańsku czy Sopocie, ale w popołudniowy letni dzień. Nad ranem nad polskim morzem można spotkać kilku ćwiczących, ale częściej i tak chyba tych, którzy dopiero wracają z nocnej wędrówki po klubach.

Czwarty kilometr

sieć

Podobnych do mnie, czyli biegających nie było aż tak wielu (zresztą turystką spoza Azji też byłam jedyną. Bo kto normalny na wakacjach wstaje o piątej rano, żeby pobiegać?). Rozglądałam się za biegającymi kobietami. Wydało mi się dziwne, że żadnej nie mogę dostrzec. W końcu jest! Jedna. Sportowa sylwetka, wyrobione mięśnie. Nie znalazła się tu przypadkiem. Pozdrowiłyśmy się kiwnięciem głową i uśmiechami. Reszta kobiet raczej spacerowała, szybko chodziła od czasu do czasu próbując przechodzić na trucht lub coś, co miało imitować bieg. Wyglądało jakby żadna z nich nie umiała biegać. Zastanawiałam się nad przyczynami. To nie muzułmański kraj, czy kraj zakorzeniony mocno w kulturze macho, gdzie kobieta niewiele może. To kraj wprawdzie komunistyczny, ale nieprzypominający Polski z tych czasów. – Kobiety też biegają – zapewnił mnie jeden z miejscowych biegaczy. – Daję ci słowo.

Piąty kilometr

łódź

Nikt mi nie wmówi, że podróże z grupą są lepsze od tych w pojedynkę. Po raz pierwszy od kilku dni jestem sama, żadnych innych turystów wokół mnie. Za to pojawia się wokół mnie tłum miejscowych.  Chcą porozmawiać, pozdrawiają mnie, uśmiechają się do mnie, machają, pytają skąd jestem, zapraszają, by się do nich przysiąść. Podróżując samemu, nigdy nie jesteś sam.

Szósty kilometr

kosze

Na całej długości plaży rozciąga się lina. Jedna, potem druga i kolejne. Ciągnie je kilka osób. Powoli, krok za krokiem przesuwają się w stronę ulicy i deptaku. Ciągną sieci, a w nich ryby. Nie jest łatwo. Staram się omijać przeszkody. Przez jedną przeskakuję, pod inną sprawnie przechodzę i biegnę dalej, zatrzymując się od czasu do czasu, na chwilę, by zajrzeć do koszy rybaków lub sprawdzić, co udało im się wyciągnąć z morza.

Siódmy kilometr

rynek

Trafiam na targ. Nie, targ to za dużo powiedziane. Grupka ludzi skupiła się wokół jednego sprzedawcy. Kobieta przebiera jeszcze ryby w sieci i dorzuca do wielkich mis, a kupujący przebierają i wybierają. Tuż obok kilka osób zbiera sieci. Na dziś skończyli pracę.

Ósmy kilometr

ślub

Siódma rano. Kto robi sesję ślubną o siódmej rano? A jednak. Uśmiech zastygł na twarzach młodej pary na dobrych kilka minut. Podejdźcie trochę bliżej, odsuńcie się, trochę w prawo, odrobinę w lewo. Z precyzją wykonują polecenia fotografa. Wszystko, by na zdjęciach ślubnych (o której ona musiała wstać, żeby wykonać ten perfekcyjny makijaż i nienaganną fryzurę?) wyjść jak najlepiej i mieć jak najpiękniejszą pamiątkę.

Dziewiąty kilometr

Kolejna grupa kilkunastoletnich piłkarzy wyrasta przede mną. Jeden z nich kopie piłkę w moich kierunku, podbiegam do niej i podaję do innego zawodnika, co wywołuje ogólną radość. Ok, ok!, krzyczą podnosząc kciuk do góry. Nie pozwalają mi tak szybko odejść (odbiec). Znów dostaję podanie. Odbieram i podaję dalej, machając na pożegnanie w atmosferze ogólnej radości.

Dziesiąty kilometr

kobiety

Widzę jak z daleko wymachują rękami, ustawiają się to w jedną, to w drugą stronę. Wyglądają przezabawnie. Zatrzymuję się, żeby zrobić im zdjęcie. Odwracają się i wołają mnie do siebie. – Chodź, zrobić sobie z nami zdjęcie!. Pokazuję na buty do biegania (jako jedyna na plaży mam obuwie). Uśmiechają się i kiwają ze zrozumieniem. Gdybym miała więcej czasu, zostałabym (uroki podróżowania w grupie i według planu)

Jedenasty kilometr

– Jestem San. – Sam? – Nie, San. Tak, jak słońce. – A ty? San dołącza do mnie. Biegnie tuż obok. Nie jest to jednak takie „dołączenie” jak zwykle zdarza się w Ameryce Środkowej. To jest zwykłe, bez żadnego podtekstu, po prostu z ciekawości: skąd jesteś, ile przebiegłaś, czy podoba ci się w Wietnamie? Polska, jedenaście, tak. – Dlaczego tyle jest  rano ludzi na plaży? San z trudem łapiąc oddech: – Wcześnie idziemy do pracy. Wszyscy stawiają się na plaży o piątej, by zdążyć.

Cały czas nie mogę wyjść z podziwu dla Wietnamczyków.

Dwunasty kilometr

San odpadł. Z trudem oddychał podczas wspólnego kilometra. Pomachałam mu na pożegnanie i nie zatrzymując się, biegłam dalej. Plaża, jeszcze godzinę temu rozbrzmiewająca rozmowami i śmiechem, w tej chwili tonęła w ciszy. Znów skłamałam. Na plaży nie może być cicho, zwłaszcza, gdy fale są wysokie i z hukiem uderzają o brzeg. Nie było cicho, ale było spokojnie.

Trzynasty kilometr

Słońce próbuje przedrzeć się przez zachmurzone niebo. Właściwie nie zachmurzone, lecz mgliste, jakby zaszklone. Kilku promieniom udaje się. Stykają się z taflą wody, nadając jej w jednym miejscu złotego koloru. Nie było i nie ma wschodu słońca, jakiego życzyłabym sobie zobaczyć. Jest za to poczucie spełnienia i zadowolenia, że wstałam tak rano i miałam szansę zobaczyć wietnamskie Da Nang z zupełnie innej strony. – Biegałaś? Joe (kolega z grupy) stał przy wejściu na plażę i robił zdjęcia. – Wiesz jaki tłum był rano? Biegacze, rybacy, pływacy, grali we frisbee…. Joe patrzył na mnie jak na wariatkę. – Naprawdę. – Zaczęli o piątej rano. Na plaży był dziki tłum. Ktoś, kto wstał jednak o siódmej, a nawet trochę przed, nie miał szans zobaczyć życia, które toczy się nad wietnamskim morzem. Pewne widoki nie są dostępne dla wszystkich, w końcu „kto rano wstaje, temu…”

Zdjęcia podczas moich porannych fotobiathlonów (tak je sobie nazwałam) robię iPhonem 4S.

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Da Nang, Wietnam -biegowe impresje"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
wpDiscuz