MYŚLĘ SOBIE...

Spieszmy się kochać ludzi, czyli o ciemnych stronach podróżowania

„Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą. Pozostaną po nich buty i telefon głuchy…” Od najmłodszych lat uwielbiałam wiersze ks. Twardowskiego. „Śpieszmy się” wzbudzał we mnie największe emocje, choć ze śmiercią nie miałam wówczas wiele wspólnego. Ostatnio recytowałam go po cichu wiele lat temu, gdy zmarła moja babcia. Byłam jednak zbyt młoda, by to doświadczenie nauczyło mnie czegoś ważnego. Tego, że nasi bliscy i my sami nie jesteśmy nieśmiertelni i że trzeba łapać chwilę i być z bliskimi i dla bliskich, bo nie znamy dnia ani godziny.

Frazy wiersza „Śpieszmy się” przewijały się przez moją głowę nieustanie przez prawie osiemdziesiąt kilometrów, które miałam do pokonania, by dotrzeć do pierwszego autobusu, który byłby w stanie jak najszybciej dowieźć mnie do stolicy Islandii i potem gdy czekałam na samolot powrotny do domu i całą drogę z mojego Gdańska do „nie moich” już Gorlic. Tym chwilom towarzyszył okrutny ból serca, tak dotkliwy jakby ktoś nakłuwał je szpileczkami. I te wyrzuty sumienia, że jestem tak daleko, zbyt daleko, a powinnam być blisko i wspierać Mamę i rodzeństwo i być z nimi, z nimi znosić cierpienie i z nimi nie płakać dla Mamy, by potem wyć z rozpaczy w poduszkę dla siebie. Nie o bólu chcę jednak pisać, nie o rozczarowaniu i cierpieniu. Nie chcę się użalać nad sobą. Chcę napisać o nauce, o tym, czego to najgorsze w moim dotychczasowym życiu doświadczenie mnie nauczyło.

„Nie bądź pewny, że czas masz, bo pewność niepewna”

Tata zajrzał do mnie do pokoju, gdy kładłam się już spać. Zostań jeszcze chociaż jeden dzień, powiedział. Nie mogę. Muszę już jechać, ale przyjadę w październiku na trochę, obiecałam. I tak zostałam u rodziców dłużej, niż planowałam. Przyjadę w październiku… Do głowy mi nie przyszło, że w październiku Taty już nie będzie. Byłam pewna, że mamy czas, ogrom czasu. Miał przecież tylko 58 lat. Przez ułamek sekundy nie przeszło mi przez myśl, że może się wydarzyć coś, co pokrzyżuje nam plany. Zawsze się nam wydaje, że mamy czas. Odkładamy wiele spraw na później: spotkania z bliskimi, bo przecież praca, ważne zadania do wykonania, „dedlajny”. Odkładamy miłe słowa, zapominamy o ich mówieniu na co dzień, że kochamy, że myślimy, że dziękujemy, bo wydaje nam się, że to przecież jest takie oczywiste. Czasem na pożegnanie machniemy tylko ręką, bo przecież za kilka dni znowu się spotkamy. Odwlekamy wizyty u rodziców, bo przecież to daleko, bo kawał drogi do pokonania, bo brak czasu, urlopu szkoda, pieniędzy brak. Przekładamy na inny termin, na inną okazję (może na święta?). A potem plujemy sobie w twarz, żałujemy, bo przecież gdybyśmy wiedzieli…, ale nigdy nie będziemy wiedzieć na pewno. Nauczyłam się, że „Kocham Cię”, „dziękuję”, „przepraszam” trzeba mówić zawsze, że trzeba przytulić bliską osobę za każdym razem, pożegnać mocnym uściskiem, a nie machnięciem ręki i przelotnym pocałunkiem w policzek. Każdego dnia trzeba się witać i żegnać jakby to miał być ostatni dzień. Nie możemy mieć pewności, że coś się nagle nie wydarzy, coś, co zmieni nasze życie diametralnie, pozostawiając w sercu pustkę, niewypowiedzialny ból i wyrzuty sumienia.

„Kochamy wciąż za mało i stale za późno”

W codziennym pośpiechu, gonitwie za kolejnym zadaniem, gubimy umiejętność celebrowania świata, wspólnych chwil. Mój Tata wiecznie nie miał czasu, ciągle gdzieś coś załatwiał, biegał, szalał, pracował, nie miał często czasu rozmawiać przez telefon, więc nie dzwoniłam. Przecież wiedział wszystko, co się u mnie dzieje od Mamy. Był w ciągłym pędzie. I właściwie nie wiem za czym. Nawet podczas moich wizyt mało go widywałam. Wpadał jak huragan i wypadał. Zabrał na szybki obiad. Remontował, a właściwie budował od nowa dom. Zwariował na jego punkcie. Był perfekcjonistą z artystycznym zacięciem. Jakie to znajome się wydaje. Ciągły pośpiech, tysiąc zadań na raz do wykonania, perfekcjonizm, pracoholizm. Tak, to z pewnością odziedziczyłam po Tacie. Zastanawiam się tylko, do czego to prowadzi.

Nie mamy czasu okazywać bliskim uczuć. Swój błąd zaczynamy często rozumieć dopiero wtedy, gdy jest już niestety za późno. Za późno dla tej jednej konkretnej osoby, ale wciąż wystarczająco wcześnie dla innych.

Widok niedaleko domu

„Śpieszmy się kochać ludzi tak szybko odchodzą i Ci co nie odchodzą nie zawsze powrócą”

Siedziałam wbita w fotel i ocierałam łzy chusteczką. Prezentacja Łukasza Supergana na Wachlarzu poruszyła mnie do głębi. Dużo było o stratach, jakie ponosimy, spełniając swoje marzenia. O tym, że tracimy przyjaciół, że zaprzepaszczamy związki. Tracimy ważne chwile z życia bliskich osób. Nie ma nas na ślubach przyjaciół, urodzinach mamy, rocznicy rodziców, chrzcinach pierwszego dziecka siostry. Niby należymy do rodziny, ale jesteśmy jakby z boku. Mija nas wszystko, co ważne w życiu ważnych dla nas ludzi. Coś za coś. Spełniamy marzenia, zyskujemy satysfakcję, poczucie tego, że nie marnujemy danego nam życia, że w przeciwieństwie do wielu osób nie mamy poczucia niewykorzystanej szansy, ale dopóki nie odejdzie ze świata bliska nam osoba, dopóki nie dotrze do nas ta świadomość, że nigdy przenigdy więcej jej nie zobaczymy, nie usłyszymy śmiechu, nie jesteśmy chyba w stanie zrozumieć, jak wiele w dążeniu do samorealizacji też tracimy.

„W tegoroczne Boże Narodzenie na pewno już jedziemy do Gorlic”, mówiłam do męża i do rodziców. Już w zeszłym roku miały się odbyć wspólne rodzinne święta w nowym domu, z którego rodzice tak się cieszyli. Remont się przedłużał, pojechałam więc do Chile. Święta Wielkanocne spędziłam, przemierzając Iran na rowerze. Nie było we mnie poczucia straty, bo przecież za świętami nigdy specjalnie nie przepadałam. W ostatnich lata jeszcze mniej, dostrzegając przeobrażenie się tradycji w święto konsumpcjonizmu, podczas którego rządzą zakupy w supermarketach i którym towarzyszy pośpiech, kolejki w sklepach i potworne korki na drogach.

Przyjadę w tym roku na święta…ale Taty już w te święta nie będzie. Nie zjem barszczu, który przygotowywał z takim pietyzmem, odkąd pamiętam, ani najlepszej wersji bigosu, jaką w życiu jadłam. W Wielkanoc nie usłyszę, że do gotowania białej kiełbasy… „No wiesz! Jak można nie dodać liścia laurowego, trzech ziaren pieprzu i dwóch ziaren ziela angielskiego?!”, mówił z oburzeniem, szamocząc się zaraz w kuchni i wyrzucając z niej wszystkich. Mój Tata wszystko robił z rozmachem i chociaż wyprowadzał mnie czasem tym z równowagi, to teraz oddałabym wszystko, żeby znów na żywo mógł mnie powkurzać.

Już nigdy nie usłyszę: „Jak będziesz w moim wieku…” i już nie przewrócę zirytowana oczami na te słowa i nie westchnę znacząco. A chciałabym móc.Delikatne jak latawce

„…kiedy myślimy o kimś, zostając bez niego…”

Do dnia śmierci Taty bagatelizowałam straty, o których ponoszeniu czasem mówiło się w aspekcie podróżowania, zwłaszcza długoterminowego. Gdy wyjechałam po raz pierwszy na pięć miesięcy i zostawiłam męża w domu, pomyślałam tylko, że przecież to nie aż tak długo i że to jakoś przetrwamy, że to przecież TYLKO pięć miesięcy. Nie przeszło mi przez myśl, że mogłoby się coś wydarzyć i że straciłabym te miesiące, które mogliśmy spędzić wspólnie. Straciłam tyle okazji, świąt, urodzin, rocznic, by być razem z rodzicami, z rodziną. E tam, święta, powtarzałam. Nie lubię świąt, nie mają dla mnie znaczenia. Teraz wiem, że nie o samą tradycję obchodzenia świąt chodzi, ale o to, by być z bliskimi, by spędzić z nimi czas, by celebrować wspólne chwile.

Nie wiem, jak teraz wszystko będzie wyglądać. Na razie boję się. Życie niby toczy się dalej, trzeba spełniać swoje marzenia, walczyć o nie, żyć tak, by być szczęśliwym, ale wiem już, że nie za wszelką cenę. Mam teraz poczucie, że muszę, że chcę, że potrzebuję tego, by każdą chwilę spędzać z bliskimi. Próbuję wypełnić pustkę, która powstała i zabezpieczyć się przed wyrzutami sumienia, że mnie nie było, że poświęciłam za mało czasu, że żałuję, że powinnam być, zapytać, pogadać. Czasu nie da się cofnąć, błędów popełnionych nie da się naprawić, można się jedynie starać, by żyć lepiej, być lepszym dla bliskich i żyć każdego dnia tak, jakby to miał być ostatni dzień naszego życia.

Ten tekst miał być o tym, żebyśmy spieszyli się kochać ludzi, okazywali miłość, zainteresowanie bliskim, celebrowali z nimi czas, bo życie jest bardzo kruche i ulotne. Miał być o tym, że warto czasem się zastanowić nad naszymi marzeniami. Spełniać je, realizować, czynić nasze życie lepszym, czerpać satysfakcję z niego, ale jednocześnie zdawać sobie sprawę z kosztów, jakie będziemy musieli ponieść i z tego, czy w razie czego będziemy gotowi za spełnienie marzeń zapłacić, czasem dość wygórowaną stawkę. Może też o tym, że nie zawsze jest sens gonić, za rzeczami doczesnymi. Mój Tata od roku myślał tylko o swoim nowym domu, o tym, jak go upiększyć, poświęcał na to czas i pieniądze, zaniedbując inne sprawy. W prawie gotowym domu zdążył pomieszkać zaledwie trzy tygodnie. Nie zdążył się nacieszyć tym, na co tak długo pracował. Czy było warto?

Łaka niedaleko domu

Dzień nagłej śmierci Taty przewartościował moje życie. Czy to oznacza, że nie będę już podróżować? Raczej nie. Pamiętam Jego słowa sprzed roku. Powiedział wtedy, że spełniam jego marzenia o podróżowaniu, że on też zawsze tak chciał. Był dumny z tego, co robię, więc na pewno z tego nie zrezygnuję. Padły jednak plany długoterminowych wyjazdów. Czy tylko na razie, w tej chwili czy na zawsze? Nie wiem. Marzenia pozostają, ale nie wiem, czy jestem w stanie ponieść konsekwencje ich spełnienia. Nie chcę, żeby mnie znów nie było w życiu innych, a długie wyjazdy niestety z tym się wiążą.

Muszę zrewidować swoje plany, by móc być więcej z rodziną, by móc pod koniec moich dni nie tylko cieszyć się tym, że nie zmarnowałam swojego życia, ale i tym, że miałam czas dla bliskich, bo to oni są w życiu najważniejsi.

Pomyślcie teraz o najważniejszej dla Was osobie, o kimś bez kogo nie wyobrażacie sobie życia. A teraz zadzwońcie do niej, napiszcie, albo po prostu powiedzcie, jeśli jest obok, że Ją/Jego kochacie i że jest dla Was ważna/ważny. I pamiętajcie mówić to jak najczęściej, bez obaw o spowszednienie tak ważnych słów.

Anita Demianowicz, z domu Nowak

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

148 komentarzy do "Spieszmy się kochać ludzi, czyli o ciemnych stronach podróżowania"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
wpDiscuz