MYŚLĘ SOBIE...

Dlaczego podróżujemy?

B*Anita na wulkanie TelicaPrzed czym uciekasz? – to pytanie wciąż dzwoni mi w uszach. Słyszałam je już tyle razy, że mam wrażenie, iż na stałe zamieszkało w zakamarkach mojej głowy i wciąż odbija się echem, czasami prowadząc do tego, że sama je sobie zadaję od nowa. Tłumaczenia, że wcale nie uciekam, nigdy nie znajdowały zrozumienia, zwłaszcza wśród innych podróżujących, które to pytanie zadawali. Jeśli nie uciekasz, to, co gna cię w świat, czemu nie zatrzymasz się, nie usiądziesz, nie pobędziesz w miejscu?

Do pierwszego wyjazdu pchała mnie potrzeba. Ja nazwałam ją zewem natury. To był zew bez dwóch zdań. Czułam go głęboko pod skórą. Początkowo skomlał jedynie cichutko wieczorami. Myliłam go czasem z głodem i burczeniem w brzuchu. Ale gdy zaczął skowyczeć, drapać pazurami, nie tylko w nocy, ale i za dnia, wiedziałam, że tak po prostu utemperować się go już nie da. Nie da się wyciszyć, uspokoić, jedynym ratunkiem było usatysfakcjonowanie go. Musiałam pojechać. Z perspektywy czasu, gdy myślę o tych zarzutach, że uciekam i moim upartym, że wcale nie, a jedynie, że szukam, myślę teraz, że może poniekąd trochę ucieczki w tym było. Tak szczerze. Uciekałam przed znienawidzoną pracą, przed odpowiedzialnością, przed poczuciem niespełnienia, niezrealizowania, przed dorosłością, przed codziennością, przed szarą polską rzeczywistością, przed zaszufladkowaniem i stereotypową rolą kobiety: matki, żony i kochanki. Ta ucieczka była jednak zakamuflowana chęcią przeżycia przygody, spełniania marzeń, poznawania nowych światów, samorealizacją i potrzeba poczucia spełnienia.

A może jednak wcale nie było tej ucieczki i wcale niczego nie próbowałam zakamuflować? Bo gdyby tak rozpatrywać kwestie podróżowania, to można z czystym sumieniem stwierdzić, że wszyscy uciekają. Ci, co jadą na dwutygodniowe urlopy, czmychają również przed codziennością, przed telefonami z pracy, przed codziennym gotowaniem i obowiązkami domowymi. Samotni, wyjeżdżając, dezerterują przed samotnością, bo przecież mówi się, że w drodze człowiek nigdy nie jest samotny, nawet, gdy chce. Niezrealizowani, z frustrującą pracą na karku, uciekają przed poczuciem niespełnienia  Nieszczęśliwi w związku, przed odpowiedzialnością za jego zakończenie. Wyjeżdżając na wakacje czy to dłuższe, czy krótsze, wszyscy przed czymś uciekamy, wszyscy za czymś gonimy, więc może nie ma sensu dociekać przyczyn, analizować.

No więc dlaczego podróżujemy?

Dziś trudno o odkrywanie nowych lądów, nowych gatunków, kultur. Większość jest już nam znana, dostępna, niemal na tacy podana. Mamy żywe skanseny, które tłumnie odwiedzamy, licząc na liźnięcie trochę prawdy i autentyczności, która dobrze wiemy, że już nie istnieje. Bo, gdy przywożą nas do jednej czy drugiej „autentycznej” wioski, np. do Masajów to przecież oczekujemy, że będą przed nami skakać w tradycyjnych strojach, prezentując dumnie dziedzictwo kulturowe. Nikogo nie obchodzi to, że chwilę wcześniej nim dostali telefon z agencji turystycznej z informacją, że jadą turyści, siedzieli przed telewizorem w dżinsach i koszulkach, i, oglądali mecz. Ma być autentyzm i jest. Czy poznajemy w ten sposób nowe światy? Nową kulturę? Czy właśnie tego chcemy? Żywych skansenów i ludzi, którym, sami idąc z duchem czasu, nakazujemy tkwić w okowach anachronicznej epoki.

A może jedziemy tylko po to, by się zabawić? Kwitnie seksturystyka. Całkiem nieźle ma się też turystyka alkoholowa. Ludzie z krajów rozwiniętych wyjeżdżają do tych rozwiniętych słabiej, z niższymi cenami i jedyne, co zwiedzają w podróży to kolejne knajpy i bary, poznając zamiast historii zabytków, ceny miejscowych trunków.

Od jakiegoś czasu zastanawiam się czy nie zatracamy powoli radości z podróżowania. Dziś wyścig trwa wszędzie. Jak ładnie stwierdził w rozmowie mój kolega, że choć nie pracujemy już w korporacji, z której uciekliśmy, by nie brać udziału w wyścigu szczurów, licząc na to, że podróż da nam oddech, znów do wyścigu zostaliśmy zaprzęgnięci. (A może sami się w niego zaprzęgliśmy?). Podróżowanie dziś staje się swoistym wyścigiem: kto dojedzie dalej, szybciej, przemierzy więcej kilometrów w krótszym czasie, dotrze tam, gdzie było jeszcze niewielu, zdobędzie wyższy szczyt w trudniejszych warunkach, będzie najstarszym, który gdzieś dotarł albo najmłodszym, przemierzy świat dziwniejszym sposobem. Docieranie do „turystycznych” miejsc nawet w krajach, które wcale aż tak turystyczne nie są, nie zadowalają, deprecjonując wartość takiej podróży. Zaraz padają sformułowania, pełne obrzydzenia i pogardy „Moja noga tam nawet nie stanęła!”, „Ty tam byłaś?! Jezu, przecież to taka gringolandia! „Tylko tyle kilometrów zrobiłaś? My przez ten czas zrobiliśmy więcej”, „Autobusem tam dotarłaś? Ja rowerem, na piechotę, czółnem, na czworaka, na uszach…* (*niepotrzebne skreślić). Im bardziej niekonwencjonalnie, nowatorsko, fantazyjniej, zabawniej, trudniej, tym lepiej. Dziś pojechanie już w podróż dookoła świata nie robi na nikim wrażenia, chyba że zrobisz to biegnąc (chociaż to też już było), albo np. na deskorolce lub paralotni. Ludzie zaczynają się prześcigać w pomysłach na podróż, bo samo bycie w podróży, odwiedzanie ładnych, ciekawych miejsc nie wystarcza. Wszędzie trzeba się wyróżnić. W podróży też. No i właśnie czy naprawdę trzeba?

Wyrwałam się z korporacyjnych macek w świat, w którym wydawało mi się, że mogę być wolna, w którym nikt nie będzie mnie oceniał i osądzał, w którym będę robić, co będę chciała i jeszcze będę z tego czerpać przyjemność. A tu okazuje się, że Gwatemala to w sumie fajnie, ale już jechać do turystycznej Antiguy czy Tikal to już jest niefajne. No, może gdybym jeszcze dojechała tam rowerem, to wskoczyłabym wyżej w rankingach „fajności”, ale bez tego to się nie da. No, może jeszcze te chickenbusy trochę mnie ratują, ale niewiele tak prawdę powiedziawszy. Najlepiej to żeby dotrzeć tam, gdzie jeszcze nikogo nie było. Jeśli tego nie robisz, to znów twoje podróżowanie traci na ważności. I tak w kółko. Zawsze znajdzie się ktoś, kto spróbuje ci wytknąć i udowodnić, że on jest lepszy, bo dojechał szybciej, dalej, inaczej. Doszliśmy do momentu, w którym wstydem jest przyznanie się do wyjazdu z biurem podróży czy wakacji w jednym z turystycznych kurortów Egiptu, Turcji czy Tunezji. Zwłaszcza dla kogoś, kto zostaje zaliczony do grona „podróżników”. Nie wiesz o tym, że jeśli zacząłeś już podróżować na własną rękę, niskobudżetowo, to takie wakacje z biurem już ci nie przystoją? A jednak. W obliczu osób, które podróżują dalej i bardziej egzotycznie, ci, którzy jadą do popularnych kurortów, czują się często gorsi. To gdzie jedziesz na wakacje? – Pytam i słyszę „Eee…, tam. Nie ma, o czym mówić. Ja tylko na tydzień na jakąś tam Maltę czy do jakiejś tam Grecji.” W obliczu długich i niekonwencjonalnych wojaży, ci, posiadający zaledwie 26 dni urlopu czują się mniej ważni, bo co oni tam wiedzą o podróżowaniu. Tak być nie powinno!

Każdy powinien podróżować tak długo, jak chce czy może, w miejsca, na które ma ochotę. I za nic nie powinien się musieć wstydzić. Chęć poznawania świata, nawet, jeśli ten świat poznajemy z perspektywy hotelowego leżaka i drinka z palemką, nie jest wcale gorsza od tego poznawanego z perspektywy siodełka rowerowego. Każdy ma prawo poznawać świat na swój sposób. I wcale nie musi oznaczać, że ten sposób jest gorszy.

Chciałabym, żebyśmy wszyscy czerpali radośc z samego faktu bycia w podróży, takiej normalnej, spokojnej, opartej na pięknych widokach, nowopoznanych ludziach, zabytkach, muzeach, wylegiwaniu się na plaży? Jeśli ktoś chce się ścigać, to droga wolna. Jeśli ktoś chce obedrzeć podróż z przyjemności, zabrać jej wolność i niezależność, zrobić z podróżowania kolejne zawody, to niech to robi we własnym grajdołku. Ja pozostanę sobą i będę wciąż podróżować dla przyjemności, poznając miejscowych, nową dla mnie kulturę z jej turystycznymi miejscami, „highlithami” i może tymi mniej znanymi, jeśli się pojawią na mojej drodze. Będę deptać wydeptanymi już ścieżkami, bo co z tego, że już ktoś nimi wędrował, co z tego, że są sprawdzone? Przeze mnie jeszcze nie były. Może i o nich czytałam w Internecie, ale nimi nie wędrowałam. Chcę przejść je własnymi stopami i przepuścić przez swoje zmysły. Bo każdy z nas ma inną percepcję, inaczej przeżywa, w odmienny sposób postrzega rzeczywistość, ma inne spostrzeżenia.

Dlaczego podróżujemy? Ja podróżuję, by stawać się lepszym człowiekiem, bardziej cierpliwym, wyrozumiałym, tolerancyjnym, by nie być stojącą w miejscu ignorantką. I nawet, jeśli może trochę przed czymś uciekam, to dzięki tej całej ucieczce, coś doganiam, coś nowego odnajduję. I może tak będę uciekać całe życie, całe życie może będę gonić za czymś, czego imienia nawet nie znam. Wiem jednak, że nie zatracę nigdy przyjemności z podróżowania. Za nic nie dam sobie jej odebrać, bo bycie w drodze to największy skarb. Dużo bardziej cenny niż popularność, nagroda na festiwalu podróżniczym czy pieniądze otrzymane za reportaż, bo po to wielu w drogę, mam wrażenie, ostatnimi czasy rusza.

A dlaczego Wy podróżujecie?

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz