MYŚLĘ SOBIE...

Jeśli myślę o urodzinach, to…

Z czym kojarzą się wam urodziny? Jaka pierwsza myśl przychodzi Wam do głowy? Tort ze świeczkami, prezenty, przyjęcie niespodzianka, spotkanie z przyjaciółmi, uroczysta kolacja z bliskimi? Jeśli właśnie o tym pomyśleliście, to oznacza, że żyjemy w dwóch różnych światach. Urodziny to wizyta w urzędzie imigracyjnym, u dentysty, a także w ośrodku dla bezdomnych, porzuconych przez rodziców dzieci.

Tegucigalpa? – krzyczy mi do ucha, jak zwykle niezwykle pomocny bileter na terminalu w La Esperanzy. Potakuje głową. Chwyta mój plecak i już zaczyna taszczyć go do autobusu. Ale chwileczkę – krzyczę. – Chcę jechać, ale za jakieś dwie godziny – oznajmiam. No to, może pani zostawić plecak w biurze, będzie pani wygodniej zwiedzać, oznajmia mężczyzna. Jak ja kocham za to Amerykę Centralną. Oddaję plecak w ręce obcego mężczyzny i ruszam do centrum w poszukiwaniu bankomatu i jakiegoś drobiazgu dla ludzi, do których jadę w odwiedziny. A wybieram się do szwajcarskiej pary, którą spotkałam kilkanaście dni wcześniej, podczas mojego trekkingu w Parku Narodowym Celaque. Podczas naszej 15-minutowej rozmowy w lesie, obiecali mi pomóc z przedłużeniem wizy, z czego postanowiłam skorzystać. Miałam też wraz z nimi spędzić moje trzydzieste drugie urodziny. 

Ulice Tegucigalpy

Muszę wysiąść w Cologni San Miguel, informuję biletera, gdy przemieszcza się korytarzem w celu pobrania od wszystkich pasażerów należności za przejazd. Gdzie? – rozdziawia usta w zdziwieniu. Powtarzam. Ale ten autobus nie jedzie w tym kierunku, oznajmia. Jak to nie jedzie?! Jestem przerażona. Tomas, wyraźnie mi napisał, że 13 km przed stolicą znajduje się owo miejsce, w którym oni mieszkają. Kierowca też przed wyjazdem zapewniał mnie, że nie mam się czym martwić. Powtarzam mu, ze kierowca wie. Bileter jednak patrzy na mnie z coraz większym zdziwieniem i zaczyna się śmiać, przekonując że nie ma takiego miejsca. Nie rozumiem, dlaczego się śmieje. Wstaję gwałtowanie z fotela i biegnę do kierowcy. Czy jest pan pewien, że wie gdzie jest Colognia San Miguel?, pytam. Kierowca potakuje głową i znów każe mi się nie martwić. No więc się nie martwię, tylko zasiadam zrelaksowana w fotelu. I powstrzymuję się, by nie pokazać języka bileterowi, co miałoby oznaczać mniej więcej: „A nie mówiła”. Moja relaksacja trwa przez jakieś dwie godziny, do momentu, gdy słyszę pytanie kierowcy, zadane konfidencjonalnym tonem, wsiadającej właśnie do autobusy, kobiecie: „Czy wie pani gdzie niedaleko stąd mieści się Colognia San Miguel?” Robię wielkie, przerażone oczy.Kobieta zasiada w fotelu za mną. Nieśmiało więc upewniam się jej, o co pytał ją kierowca. Potwierdza mój dobry słuch. Niestety ona też nie wie, gdzie miejsce, do którego zmierzam, się znajduje. Pięknie, myślę, co teraz? Po pół godzinie kierowca krzyczy, że oto jesteśmy. Jest pan pewien, pytam, gdy wysiadając nie dostrzegam nic oprócz dwóch dwupasmowych ulic. To tutaj, przekonuje, tam jest tablica informacyjna, wskazuje miejsce, które minęliśmy. Ale tu nic nie ma, mówię. Ja nie wiem gdzie mam iść. Kierowca z pomocnikiem wysiedli z autobusu i drapią się w głowę. Widać, że nie chcą mnie tak zostawić. Dostaję nagle olśnienia. Mam numer telefonu do mojego znajomego, niemal krzyczę. Tylko że… nie mam telefonu, dodaję nieśmiało. Pomocnik wyciąga swój i wybiera numer. Podaje mi telefon. Tomas! Tomas!, drę się do słuchawki, bo dźwięki zagłuszają, mknące po drodze szybkiego ruchu samochody. Najpierw słyszę: To pomyłka, a potem cisza. Zaczyna się robić coraz ciekawiej. Autobus stoi na poboczu, wszyscy ludzie czekają, gapiąc się przez szybę na wariatkę-turystkę, która nie wie, dokąd ma jechać. Kierowca znów drapie się po głowie. Sprawdzam w innym miejscu nr telefonu, bo pamiętałam że Suza wspominała, iż z tym coś na wizytówce nie gra. Mam drugi, przestawione cyfry. Dzwonię jeszcze raz. Jest Tomas. Podaję słuchawkę pomocnikowi i Tomas tłumaczy, gdzie mają mnie wysadzić. Pakujemy się z powrotem wszyscy do autobusu. Po dziesięciu minutach jestem na miejscu. Odbiera mnie cała rodzinka, bo okazuje się, że moi gospodarze mają dwójkę dzieci. 

Uliczny sprzedawca

Colognia nie jest żadną dzielnicą jak myślałam wcześniej, ale terenem położonym w lesie, który należy do stowarzyszenia Girasol, organizującego obozy dla sierot. Suza i Tomas mieszkają w domu, należącym do organizacji. Przyjechali do Hondurasu ok 2,5 roku temu, by pomagać dzieciom. Suza częstuje mnie kolacją. Chcesz jeść, pić tu jest lodówka, bierz, co tylko potrzebujesz, instruuje mnie Tomas. Tu jest twój pokój. Prezentują mi plan dnia następnego. Z rana wizyta w miejscowej szkole, w Casa Alianza, która jest ośrodkiem, przeznaczonym dla dzieci i częścią większego projektu w całej Centralnej Ameryce, bym mogła poznać dzieciaki i to, czym się zajmują, a potem urząd imigracyjny. I choć w nocy znów gryzie mnie trochę jakieś robactwo, to zupełnie się tym nie przejmuję.

***
Chciałabym przedłużyć wizę, mówię do pani za biurkiem. Podaje mi papiery do wypełnienia, każe opłacić wizę i zgłosić się po odbiór paszportu za pięć dni. Jak to za pięć dni?! ale ja muszę już, bo jutro wyjeżdżam, tłumaczę. Za pięć dni powtarza i odwraca się do swoich papierków, nic nie robiąc sobie z mojej desperacji. Suza decyduje, żeby wysłać z moimi dokumentami Tomasa, który po chwili wraca i oznajmia, żebym poszła zapłacić i paszport będzie jeszcze dziś. Mam pewne obawy, bo co będzie, jeśli już zapłacę, a babeczka znów oświadczy, że mam wrócić za kilka dni. Tomas przekonuje, że jakoś to załatwimy. Zapłacone, papiery wypełnione, wracamy. Proszę wrócić w poniedziałek (za 3 dni). Tomas znów idzie i zaczyna nawijać makaron na uszy. Mamy się pojawić o 14 jeszcze tego samego dnia. Nie wiem jak on to zrobił, ale  najwyraźniej i tu panie w urzędach preferują miłych mężczyzn, dla których są w stanie zrobić wszystko. Niestety okazuje się, że wizę mogę otrzymać tylko na 30 dni, a nie jak czytałam wcześniej na stronie ambasady na kolejne 90 dni. Chcąc, nie chcąc będę musiała opuścić Gwatemalę wcześniej.

Dzieci w hondureńskiej szkole

Jedziemy do centrum. Zwiedzam tak groźną stolicę Hondurasu. Chyba faktycznie niewielu turystów tu się pojawia, bowiem w każdym sklepie, na każdym stosiku, na którym coś kupuję, choćby butelkę wody, ludzie zaczepiają mnie i pytają, z jakiego kraju jestem. Tegucigalpa jest dla mnie atrakcją, a ja jestem atrakcja dla Tegucigalpy.

Na tym jednak nie koniec urodzinowych atrakcji. Czeka mnie jeszcze wizyta u dentysty. Jestem przerażona, bo warunki w gabinecie różnią się drastycznie od tych, prezentowanych w gabinetach naszych stomatologów. Sprzęt pamięta raczej czasy Gierka (chociaż oni raczej nie maja pojęcia, co to oznacza), czystość tez raczej nie jest najmocniejszą strona tego miejsca, nie wspominając o profesjonalizmie obsługi. To jednak nie Europa i standardy tez raczej latynoamerykańskie. Siadam przerażona na fotelu. Nie mam wyboru. Jeden z moich zębów nie daje mi spokoju już od ponad miesiąca. Miałam nadzieję, że wytrzymam z nim do powrotu do Polski. Ja może i bym wytrzymała, ale mój ząb zaprotestował, a skoro tu mogłam udać się do dentysty, u którego leczą się moi wybawiciele, postanowiłam skorzystać z okazji. Chyba nigdy wizyta u stomatologa nie napawała mnie takich strachem. W Hondurasie AIDS jest bardzo dużym zagrożeniem. Wprawdzie w terenach nadmorskich, ale to wcale mnie nie uspokajało. Na wszelki wypadek postanowiłam później nie zaglądać w statystyki. Moje przerażenie przerodziło się niemal w panikę, gdy zobaczyłam w dłoniach pani stomatolog wielka igłę. Co, jak co, ale normalnie igły mnie nie przerażają (o czym niektórzy świetnie wiedząJ, na ból to ja jestem wytrzymała) z ta jednak było inaczej. Jak pomyślałam gdzie ta igła była, a raczej w czyje dziąsła mogła się wbijać, to prawie zemdlałam. Zaprotestowałam. Dentystka próbowała mnie przekonać, że ból będzie na tyle silny, że lepiej się znieczulić. Ja powinnam była porządnie się znieczulić zanim w ogóle zawitałam w tym gabinecie, przemknęło mi przez głowę. Prędzej jednak zrezygnowałabym z jakiegokolwiek zabiegu niż ze zrobienia zastrzyku. Poddała się. Zaczęła jednak przekonywać mnie, że musi mi wyrwać korzeń zęba. Co znowu?! Co ona wygaduje, myślałam i już przygotowywałam się do zniknięcia z fotela, stwierdzając, że jednak przeczekam na tabletkach przeciwbólowych te dwa miesiące. Może i żołądek mi wysiądzie, ale przynajmniej jakiegoś gorszego choróbska nie załapię.  Stanęło na plombie. Pani wierciła i borowała, w między czasie odpisywała na smsy. Dzieci Tomasa i Suzy biegały po gabinecie, trącając, co chwilę to mnie, to stomatolożkę. Pomocnica podawała wszystko bez rękawiczek, w między czasie spożywając lunch, a ja tylko wciąż modliłam się, by podczas przepłukiwania buzi wodą i wypluwania tego, co podczas borowania wewnątrz zostawało, nie zobaczyć nawet kropelki krwi. Nie zobaczyłam, ból nie był taki straszny, przeżyłam. 

Centrum stolicy

Myśląc o moich urodzinach w Ameryce Centralnej, planowałam, że muszę zafundować sobie ekstremalną przygodę. Nie tego się jednak spodziewałam. Życie nie zawsze toczy się tak, jakbyśmy tego chcieli. Jeśli zapytacie mnie o najbardziej ekstremalne przeżycie w podróży, odpowiem: wizyta u stomatologa w Hondurasie.

Na ostatek moich urodzin została wizyta w supermarkecie. Obok urzędu imigracyjnego i dentysty jest to trzecie z ostatnich miejsc, w których chciałabym spędzić urodziny. Tak generalnie. Tym razem jednak było inaczej. Po brudzie na ulicach i poczuciu zagrożenia, towarzyszącego podczas spacerów ulicami stolicy, pobyt w centrum handlowym, kawa w Sturbucksie i lody w jednej z sieci, była jedną z przyjemniejszych rzeczy tego dnia.

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Jeśli myślę o urodzinach, to…"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Mtk
Gość

Cieszy mnie to, że nie wydziargasz sobie nic nowego na skórze, która w dzień urodzin była różowiutka i czyściutka, no ale to było 32 lata temu. Pamiętaj, unikaj igieł 🙂

Anita Demianowicz
Gość

Unikam igieł jak ognia. Tutaj. Nie masz się co martwić Mamo 🙂

Alutka
Gość

Chyba najstraszniejszy wpis ever! (przez wizytę u stomatologa) Zawsze jak wyobrażam sobie ból zęba, który może spotkać gdzieś poza miejscem zamieszkania to mam obraz z filmu Cast Away i moment, w którym Tom Hanks sam sobie musiał wyrwać zęba (brrr). Wiem, że to raczej hardkorowe myślenie ale jednak zawsze prześladuje mnie „zagranico” nawet w miejscach wysoce cywilizowanych, europejskich do bólu i w ogóle. Do tego jakby mi dentystka powiedziała, że „będzie bolało” to bym uciekała gdzie pieprz rośnie, w tej sferze jednak wolę jak mnie okłamują. ;D

Anita Demianowicz
Gość

Myślałam, że najstraszniejszy był ten z dżungli 🙂 Fakt, że dentysta to też chyba było moje natraumatyczniejsze przeżycie przez te 3 miesiące. Ja też wolę nie chodzić w nieznane mi miejsca do dentysty, lecz do swojego znajomego, który jednak ostatnio się nie popisał, bo po miesiącu od wizyty u niego zaczęły mi się problemy z zębami. No, ale przeżyłam i mam nadzieję, że niczego nie załapałam.

Anonymous
Gość

Stawiam jednak na dentystę, jako najbardziej ekstremalną Twoją przygodę do tej pory. Już nawet to zjeżdżanie z góry nie wydaje się po tym takie straszne! A tak co do marzeń, jest takie bardzo madre powiedzenie: „uważaj jakich rzeczy pragniesz, bo możesz je osiągnąć” idem18

siki
Gość
Ależ miły kierowca i jego pomocnik – jakże ochoczo i bohatersko wyratowali Cię z opresji! Po prostu Batman i Robin! Trochę podejrzanie za często się drapali… No ale przecież Batman i Robin pluskiew by nie mieli! Zwraca uwagę kartonowa osłona przeciwsłoneczna sprzedawcy na fotce; czyżby lokalna sieć Cartoon Network? Zastanawia mnie Tomasa tajemnicza technika zwalczania biurokracji… Jak on podszedł tę urzędniczkę? Szkoda, że nie dopytałaś, bo takie umiejętności pozwoliłyby wieeele załatwić w naszych urzędach. Akapit o wizycie u dentysty czytałem co jedenaste słowo; mam generalny obraz dramatu, ale, jako cierpiący na dentofobię i paniczny strach przed igłami w paszczęce, z całością odważę się zapoznać po paru drinkach. Ciekawe, czy plomba dotrwa na miejscu do końca wojaży? A jeśli tak, to po przyjeździe chyba nie planujesz… Czytaj więcej »
siki
Gość

Dzieci w szkole na focie niczym w jakimś areszcie…

Anita Demianowicz
Gość
Może te pluskwy ode mnie mieli? Ale przemili byli niesamowicie. Batman i Robin to faktycznie dobre określenie dla nich. Nie mam pojęcia jak Tomas to zrobił. Chyba rzuca jakiś urok, bo on po prostu podchodził i tłumaczył, że ja potrzebuje i czy jednak się nie da czegoś zrobić, by przyspieszyć i pani mu odpowiadała po prostu „tak”. Suza mówiła, że on tak zawsze ma. Nie musiałam Siki dopytywać, bo ja stałam obok i słyszałam. Nie mówił nic wielkiego. Po prostu prosił. Może w głosie ma coś takiego albo w spojrzeniu, ze hipnotyzuje, nie mam pojęcia o co chodzi. Albo chodzi po prostu o to, że jest mężczyzna i już. Pisząc akapit o dentyście zastanawiałam się jak Ty to zniesiesz 🙂 Ale Ty Sikor to raczej też… Czytaj więcej »
Anonymous
Gość

Wariatka turystka, z przekreconymi liczbami.
Jeden wykok, jedna zmiana i juz wiesz, gdzie jestes :-).
Junter.

Anita Demianowicz
Gość

Cyfry na bank są przekręcone Pawcio 🙂

wpDiscuz