MYŚLĘ SOBIE...

Karty na stół

marzenia duże

Ostatnio na wielu blogach pojawił się temat „Skąd wziąć pieniądze na podróże”.

Właściwie nie zamierzałam go podejmować, bo kto podróżuje ten wie, że podróżować można z bardzo małym budżetem, a niektórzy starają się udowodnić i udowadniają, że można i świat zwiedzić bez grosza przy duszy. Podróżowanie autostopem, nocowanie u członków społeczności couchsurfing znacznie pomagają obniżyć koszty. Ale jeśli nie chce się podróżować w ten sposób to pojawia się odwieczny temat pieniędzy.

Miałam o tym nie pisać, jednak skłoniły mnie komentarze pod materiałem o mnie, blogu i mojej podróży, gdy ten pojawił się na stronie Onet.pl. Nie zabrakło licznych zarzutów i słów krytyki. Hejterska normalka.

Nie zamierzam się bronić, pokażę jak to wygląda naprawdę. Zanim wyjechałam po raz pierwszy zastanawiałam się skąd ludzie biorą na to pieniądze. Jak zarabiają będąc w podróży przez rok i czy faktycznie zarabiają. Chciałam też wiedzieć czy podróż spełniła ich oczekiwania i czy faktycznie zawsze było tak pięknie, radośnie i kolorowo jak na zdjęciach i prezentacjach, których wysłuchiwałam. Interesowało mnie czy wybranie się w podróż jest faktycznie takie łatwe i czy rzeczywiście można zmienić coś w swoim życiu bez konsekwencji. W końcu byłam ciekawa czy można realizować marzenia, nie podążać stereotypową drogą dorosłego, „odpowiedzialnego” życia i mimo wszystko być szczęśliwym. Było zawsze wiele kwestii, które chciałam, by ktoś mi naświetlił.

Z niewiedzy i braku jasnych odpowiedzi właśnie rodzą się pełne niechęci, podejrzliwości i niezdrowej zazdrości komentarze. I dlatego jestem w stanie je rozumieć, abstrahując oczywiście od tego, że hejterstwo jest naszym ulubionym „sportem narodowym”.

 „Nikt nie powie, że panna nie miała grosza przy duszy, wybierając się w tę podróż”

No i przecież nikt tego nie mówi. Można podróżować bez pieniędzy, ale ja akurat należę do osób, którą wolą liczyć same na siebie i te parę groszy mieć zawsze przy sobie. I uwaga teraz szokująca wiadomość! Na tę pierwszą podróż pieniądze sama zarobiłam. Nie dostałam ich od babci ani dziadka, nie odziedziczyłam po starym i nadzianym małżonku (obecny nie jest aż taki stary, żeby opuszczać już świat i jakiś taki nienadziany), ani po rodzicach. Nie napadłam też na bank i nie miałam żadnego sponsora. Najnormalniej w świecie zarobiłam. Pracując przez pięć lat, jako przedstawiciel medyczny (od początku serdecznie nienawidząc tego, co robię), mogłam pozwolić sobie na odkładanie pieniędzy z myślą o mojej pięciomiesięcznej podróży.

W podróży też pracowałam. Za to, co zarabiałam mogłam, podróżując, utrzymać się, nawet gdybym wcześniej zaskórniaków na podróż nie odłożyła. Z trudem, ale w Ameryce Środkowej bym dała radę. Są też tacy, co sprzedają domy, albo je wynajmują, pół roku pracują za granicą, by potem przez pół roku móc podróżować. Dla chcącego nic trudnego. Nie szaleję w trakcie promocji, kupując stertę ciuchów, nie palę papierosów, nie kupuje gadżetów. Wszystko przeliczam na noclegi w jakimś kraju. Bluzeczka w promocji za 20 – 30 zł dla innych to nic, a dla mnie nocleg w jakimś kraju bądź nawet dwa.

Frelancer –praca marzeń. Czyżby?

Pisać jako tako umiem i chciałam to robić zawodowo. Zawsze coś pisałam, zwykle na zasadach „wolontariatu” czy „wzbogacania CV”, chodziłam na warsztaty pisarskie itp. Po rozstaniu z korporacją, wysłałam CV i list motywacyjny do Wirtualnej Polski, która akurat szukała współpracownika. I udało się. Podjęłam z nimi współpracę. Jako „wolny strzelec” nie musiałam siedzieć w biurze, a do pracy potrzebowałam jedynie komputera i Internetu?. I mogłam wyjechać w świat. Ot i cała filozofia.

A dlaczego praca nie marzenie? Bo jako freelancer nie masz zatrudnienia, ubezpieczenia zdrowotnego i w jednym miesiącu masz kilkanaście tekstów a w drugim tylko kilka. Musisz wydzwaniać po redakcjach, zasyłać mailami, czasem spędzać wiele godzin nad tekstem, którego potem nikt nie chce kupić. Fakt, marzenie i sielanka, prawda?

Wieczne odbijanie się od drzwi, proszenie o poświęcenie chociaż pięciu minut na zapoznanie się z tekstem. Bywa ciężko, ale życie nie jest po to, by łatwo w nim wszystko przychodziło.

Chociaż raz pieniądze przyszły do mnie łatwo. Na drugą długą podróż do Ameryki Środkowej pieniądze wygrałam w konkursie dotyczącym pasji. Czasem trafia się jednak „manna z nieba”, ale trzeba szukać możliwości i okazji. Nie wygrasz, jeśli nigdy nie kupisz losu. Jak w starym żydowskim dowcipie.

„Musiała być zdolna, bo wygląda na młodziutką(…)”

Ten fragment komentarza przypadł mi do gustu najbardziej. Dotyczył wzmianki o studiach, które kończyłam i pięcioletniej pracy w korporacji. Więc tak, skończyłam: filologię polską na studiach pięcioletnich magisterskich, dwuletnie studia podyplomowe z logopedii, roczne studia podyplomowe z higieny i emisji głosu i roczne podyplomowe z żywienia i wspomagania dietetycznego w sporcie. Oprócz tego kurs instruktora sportu i kulturystyki oraz roczną szkołę charakteryzacji. Czy to dużo? Pewnie i tak. A mam tylko czy aż 33 lata. Po co to wszystko robiłam? Bo ciągle szukałam swojej drogi w życiu i wciąż nie mogłam jej odnaleźć. Bo pisanie i podróżowanie wydawały się iluzją jedynie, którą trzeba zwalczać i pokonywać w dorosłym, rozsądnym życiu, domagającym się stałego etatu, kredytu na dom, założenia rodziny. W końcu jednak stwierdziłam, że zamiast iluzję tłamsić, dam jej rozkwitać. Liczyłam, że może uda się ją przeobrazić w rzeczywistość.

 „A bloga pisała 2 miesiące. Pewnie jakieś dodatkowe czynniki zadecydowały o przyznaniu Jej tej nagrody, to nie żadna zazdrość ani kompleksy, ale znajomość realiów(…)

Mnie też zdziwiło, że dostałam specjalne wyróżnienie po zaledwie dwóch miesiącach. Właściwie to w szoku byłam, biorąc pod uwagę, że absolutnie żadnych znajomości nie miałam. Komuś się spodobało to, co robię.

To żaden wyczyn jechać w świat mając oszczędności, ktoś. Dla mnie to był wyczyn. Po raz pierwszy odważyłam się pojechać sama, na tak długo i tak daleko, zostawiając męża w domu i nie mając pojęcia czy sobie poradzę. Nie startuję jednak w żadnych konkursach na wyczyn roku, bo też niczego wielkiego nie dokonałam. Po prostu pojechałam sama w świat. Jak wielu. Podobnie też i nie ubiegałam się o nagrodę w konkursie, zgłaszając swój blog jedynie z nadzieją, że może kilka osób oprócz mamy, męża i przyjaciół i będzie czytać to, co piszę. Bo skoro pisze się blog, to nie po to, żeby nikt go nie czytał. A nagroda przyszła sama. Znów „manna z nieba”?

Smuci mnie ta pewność i „znajomość realiów” wśród piszących, o których z takim przekonaniem wspomina jeden z komentatorów, bo to znaczy, że nigdy nie uda mi się przebić z moją pisaniną, nie będę tworzyła tekstów podróżniczych do topowych magazynów, czy zarabiała kupy szmalu na reklamach na blogu, bo nie mam znajomości, a mój blog aż wcale takim szerokim echem się nie odbił. Moje wyróżnienie było niemal niezauważalne na tle nagród głównych, więc też wcale nie zarabiam „na idiotach” jak wspomina tajemniczy – m:, „(…) co nie mają własnego życia tylko podniecają życiem innych czytając ich blogi.

Nie podróżuję i nie piszę, by się komuś przypodobać. Robię to, co sprawia mi przyjemność.

„Nie narobi się, zarobi i ma z tego przyjemność. Tylko pozazdrościć.”

Napisanie jednego postu zajmuje, co najmniej trzy godziny, czasem dwie, czasem więcej. Staram się każdy tekst poprawiać, dopieszczać, a nie wrzucać, co ślina na język przyniesie. Do tego przejrzenie i obrobienie zdjęć to czasem kolejne trzy godziny.  Gdy nie mam odpowiedniego zdjęcia, to przeszukuję bazy darmowych fotografii, których mogę użyć legalnie, co zwykle pochłania dużo czasu.

Czasem takich postów jest dziesięć dwanaście w miesiącu, czasem tylko cztery pięć, gdy mniej się dzieje. Do tego dochodzi obrobienie i wrzucanie zdjęć czy ciekawostek na fanpage, by coś się działo i ludzie chcieli zaglądać. I najlepsze (/najgorsze?) jest to, że nic na tym nie zarabiam. Uwierzycie? Może jestem idiotką, co pokończyła tyle kierunków studiów i nadal nie potrafi się zorganizować w życiu? A może jestem jednak mądrzejsza, bo nie zamierzam strawić życia na frustrowaniu się. Unieszczęśliwianiu siebie i innych wykonywaniem pracy, która wprawdzie daje pieniądze i ubezpieczenie zdrowotne (bo na emeryturę od Państwa i tak nigdy nie liczyłam), ale nie czyni mnie, przez co i moich bliskich, szczęśliwą? Bo pieniądze to naprawdę nie wszystko.

Nie jest Szymborską i nigdy nie będę. Nie jestem też Aleksandrem Dobą, Piotrem Pustelnikiem, Tony Halikiem czy Jackiem Pałkiewiczem. I wcale nie zamierzam. Jestem zwykłą dziewczyną, która miała marzenia i postanowiła zacząć je realizować i zobaczyć, co z tego wyjdzie. Może niedługo okaże się, że będę musiała wrócić do pracy na etacie, bo z pisania jest ciężko wyżyć. Ale przynajmniej zawsze będę miała tę świadomość, że próbowałam i że spełniałam swoje marzenia. I wiecie, co jest najlepsze w tym wszystkim? To, że każdy po swoje marzenia może sięgnąć. Trzeba tylko chcieć. I mieć odrobinę odwagi, a może szaleństwa w sobie.

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

1 Komentarz do "Karty na stół"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Aga
Gość
Anita, tak jak pisałam, pochłaniam Twojego bloga post za postem. I sprawia mi to ogromną przyjemność! Nie tylko historie podróżnicze z naszego wspólnego ukochanego kontynentu, ale też Twoje przemyślenia. Są mi bliskie i doskonale czuję co chcesz powiedzieć w tym czy innym poście. No właśnie, w tym konkretnym… Jakie to smutne, że my Polacy tak łatwo wszystko krytykujemy i osądzamy. Tak łatwo piszemy zdania, że się nie uda, że to niemożliwe, że na pewno znajomości i spadek po cioci z Ameryki. Jesteś taka fajna i autentyczna w tym co robisz! Widać, że kochasz podróże (co zresztą doskonale rozumiem :)) i dobrze, że się nie przejmujesz ludźmi, których gorycz od środka zżera i chyba na poprawę własnego humoru próbują dokopać innym. Przekraczaj horyzonty, odkrywaj, poznawaj i dziel się tym z innymi… Czytaj więcej »
wpDiscuz