MYŚLĘ SOBIE...

Trzeba sobie pomagać!

Piotr Kuryłło serwisuje mi rower
W drodze zawsze dzieje się coś ciekawego i niemal wszystko jest nadzwyczajne. Najdrobniejsze spotkanie urasta do rangi niebywałego wydarzenia, które potrafi zmienić nasze życie, spojrzenie na świat lub choćby tylko ten jeden dzień, czyniąc go bardziej interesującym, a nas samych lepszymi.

Samochody mijały mnie z prędkością, która sprawiała, że czułam się jakbym pokonywała tunel powietrzny. Gorzej było, gdy tak też gnały ciężarówki, jadące z naprzeciwka. Wtedy tunel zamieniał się w rwącą rzekę, po której zaczynałam płynąć pod prąd. Uśmiech jednak nie znikał z mojej twarzy. Zaczynała się moja kolejna przygoda. Może nie w jakimś mało znanym kraju na odległym kontynencie, ale tu w Polsce, nie mniej jednak w tych terenach egzotycznych, o czym zapewniał Grzegorz Rąkowski, autor przewodnika „Polska egzotyczna”. Od lat już chciałam pokonać wschodnią granicę Polski i ciągle coś stawało na przeszkodzie. Przygoda była tym większa, że mimo iż podróżowanie samodzielne obce mi nie jest, to jednak rowerem sama wybierałam się po raz pierwszy. Miałam trochę obaw, dotyczących awarii sprzętu i pogubienia się na szlakach, gdzieś w lesie, ale ogólnie rozpierała mnie energia. Tkwiło we mnie przekonanie, że to będzie jeden z lepszych wyjazdów. Z uśmiechem od ucha do ucha, pedałowałam zawzięcie w stronę Augustowa.

– Daleko jedziesz? – Usłyszałam.
Po przeciwnej stronie jezdni zatrzymał się samochód, a z otwartego okna spoglądała na mnie uśmiechnięta i ciepła twarz właściciela.
– Do Przemyśla! – Odkrzyknęłam.
Szum na trasie powodował, że słowa rozbijały się o siebie i nikły, nie docierając w pełni do odbiorcy.
– A nie potrzebujesz noclegu? Piętnaście kilometrów stąd mieszkamy z żoną i córkami. Mamy sporo miejsca, możesz zostać.
Spojrzałam na licznik. Tylko trzydzieści kilometrów. Zerknęłam na zegarek. Godzina była jeszcze wczesna. Powinnam pedałować dalej, pomyślałam.
– Właściwie to ja dopiero wyjechałam. Chciałam do Mikaszówki dziś dojechać – Rzuciłam w stronę kierowcy i przyjrzałam mu się dokładniej. W głowie zaczynała świtać mi jakaś myśl. Twarz wydawała się znajoma i taka pozytywna, choć po moich słowach, że jadę dalej, nieco posmutniała. Jeden przebłysk i już wiedziałam skąd znam tę twarz.
– Piotr? – Zapytałam? – Piotr Kuryło? Jestem twoją fanką!
Szeroki uśmiech znów zagościł na twarzy mężczyzny. Wyskoczył z samochodu i już stał po mojej stronie. Tak, to był on.
– Wiesz co? To jak mogę, to zostanę u was. W końcu nie jestem na zawodach, a na wycieczce.
Wiedziała, że będę żałować, jeśli nie skorzystałam z okazji, by porozmawiać z człowiekiem, który trzy lata temu tak bardzo mnie zainspirował i swoją historią ogromnie wzruszył.

Piotra zobaczyłam po raz pierwszy na Kolosach – spotkaniach podróżników i eksploratorów. A właściwie najpierw go usłyszałam. Jego zdenerwowany i drżący głos, gdy opowiadał o tym jak przebiegł świat. Z otwartą buzią i oczami wielkości pięciozłotowych monet słucham jego prezentacji, nie mogąc uwierzyć, że tacy ludzie istnieją i że potrafią robić takie rzeczy. Żeby tak przebiec świat?!!! Wydawało mi się czymś niewiarygodnym. Piotr opowiadał jak to miał być jego ostatni bieg. Bo tak obiecał żonie i córkom, które czuły się nieco opuszczone, gdy Piotr poświęcał się swojej biegowe pasji. Postanowił skończyć dla nich z bieganiem. Tylko ten ostatni raz jeszcze, tylko ten ostatni bieg i koniec. Ten ostatni bieg trwał jednak rok. Po spotkaniu podeszłam do Piotra, żeby zamienić z nim kilka słów, zrobić zdjęcie. Stał się jedną z kilku postaci, które akurat opisywałam jako osoby mnie inspirujące. No więc jak mogłam nie zostać u jego rodziny na noc?
– To ty jedź. To piętnaście kilometrów stąd. Ja muszę pojechać z córką do Ełku. Za półtorej godziny jesteśmy z powrotem. Dzwonię do żony, żeby na ciebie czekała.
Piotr wyrysował mi mini-mapkę na kartce. Tak dla pewności, żebym się nie zgubiła. A cieszył się przy tym jak dziecko. – Wiesz ile razy ja już tu zatrzymywałem rowerzystów? I nikt jakoś nie skorzystał z mojego zaproszenia. Jesteś pierwsza. Ależ się cieszę!!!
I faktycznie tę radość widziałam. Piotr miał radochę, bo jak sam mówił, tyle dobra dostał od ludzi w trakcie swoich wypraw, że tkwi w nim ogromna potrzeba oddania teraz tego dobra. Żeby szło ono dalej w świat.
Wioseczka Pruska Wielka, w której Piotr mieszka faktycznie nie jest wielka i jak Piotr wspominał na Kolosach, oszołomiony ogromem hali sportowo-widowiskowej w Gdyni, na której spotkania podróżników się odbywają, że „w tej hali to zmieściłaby się cała moja wioska”. I miał rację mówiąc to.
Żona czekała już na mnie na drodze. Przywitała jak swoją. Podobnie przywitał mnie pies.
– Zaczepiłem jeszcze trzech chłopaków. Dałem im numer. Mają dzwonić jak będą w pobliżu. Może też wpadną. Ale fajnie! – Cieszył się Piotr, wypakowując mięso na grilla, którego po chwili już rozpalał.

Biegał w te i we wte, znosząc rzeczy, w między czasie gadając, pytając. Zupełnie nie poznawałam go. W tej wielkiej „kolosowej’ hali, obładowany wszystkimi nagrodami: za wyczyn roku, nagrodą publicznością i dziennikarzy, był taki cichy, skromny i jakby nieco wycofany. Teraz tryskał energią, rzucał żartami. I już nakładał mi kiełbasę z grilla, wciąż powtarzając, żebym jadła, że potrzebuję energii na rower. A ja się śmiałam, że czuję się jak u mojej babci, która zawsze biegała z jedzeniem wokół nas, zmuszając do kolejnych posiłków. Przy ognisku siedzieliśmy długo i rozmawialiśmy o sprawach okołopodróżniczych. Udało mi się spróbować jak się biegnie z wózkiem, który Piotr zwykle ciągnie za sobą w swoich biegowych podróżach i wykorzystałam Piotra jako „złotą rączkę”, by dokręcił poluzowane w rowerze części.
– Czytałaś moją książkę?
– Jeszcze nie?
– A przeczytasz jak dam ci?
– No pewnie. Ale tylko z autografem.
Dostałam.
– Co ty tam kombinujesz? – zapytałam Piotra, który kręcił się przy moim rowerze.
– Zestaw narzędzi ci podpinam pod siedzenie.
– Ale ja mam! – Zaprotestowałam.
– To będziesz miała drugi – odpowiedział, nie reagując na moje protesty. – I masz kompas.
– Ale też mam! – Znów protest.
– To będziesz miała dwa.

Zaczęłam się śmiać, bo sprzeciwianie się nic nie dawało. Widziałam, że Piotr ma ogromną potrzebę dawania czegoś od siebie. Chciał odwdzięczyć się za to, co go w drodze spotkało.
– I jeszcze masz rogaliki z czekoladą. Musisz dużo jeść, żebyś miała energię.
Zostało mi go tylko wyściskać i podziękować.

Ruszałam już w drogę, choć Piotr namawiał, żebym jeszcze chociaż dzień lub dwa została. Byłam gotowa. Brakowało mi tylko pieczątki w dzienniczku wycieczek kolarskich, poświadczającej, że w miejscowości Pruska Wielka byłam.
– To ty już jedź, a ja pieczątkę ci załatwię. Za chwilę i tak będę jechał tą samą trasą, co ty, to ci ją oddam. Żaden problem – zapewniał, gdy podawałam w wątpliwość jego ofertę.
Po pół godzinie książeczkę miałam z powrotem i ostatni raz pomachałam Piotrowi, ruszając ku nowej przygodzie. I niech każdy dzień niesie ze sobą tyle cudownych niespodzianek i spotkań, myślałam.
Na pierwszym postoju, po około dwudziestu kilometrach, wyciągnęłam książeczkę, chcąc zapisać w niej przemierzoną poprzedniego dnia trasę. W książeczce za ostatnią stronę znalazłam dziwny zwitek. Rozwinęłam i …
– Czy ty zwariowałeś! – Krzyknęłam do telefonu.
– Co? O co chodzi? – Piotr udawał zaskoczonego.
– Ja teraz nie wiem czy mam się obrazić, czy co? Jest mi głupio. Dlaczego to zrobiłeś?
– Bo tak trzeba! Bo trzeba sobie pomagać.
– Ale ja Piotr mam pieniądze.
– To kiedyś „oddasz” je innemu podróżującemu.
Na tym to polega, by oddawać dobro, które się otrzymało. Nie czekałam długo. Już teraz część wpłaciłam na projekt Łukasza Supergana „Góry ognia -2300 km pieszo przez Iran” (pierwsze samotne przejście gór Zagros), który i Wy możecie wesprzeć. Druga część będzie czekała na kolejnego podróżującego. Bo trzeba sobie pomagać i się wspierać. Na tym to polega. Piotrze dziękuję!

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

5 komentarzy do "Trzeba sobie pomagać!"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Monika
Gość

Świetna historia!.
I to prawda, trzeba sobie pomagać. Czytałam kiedyś wywiad z Piotrem, byłam pod ogromnym wrażeniem.

Ewelina Domańska
Gość
Napisałam tu komentarz, ale widzę, że się nie przyjął… napiszę więc jeszcze raz. Zaczęłam od „wow!” i przez długi czas nie mogłam dopisać niczego więcej. Miałam jeszcze kilka przemyśleń, a później widząc na fb, że poszukujesz żubrów przyszło mi do głowy, że może Twoim żubrem był właśnie Piotr 😛 Zgodnie z zasadą, że każdy ma swój Everest, czy też właśnie swojego… żubra 😛 Tak czy siak, zaczęło się pięknie i oby tak było dalej, bo najlepsze co nas spotyka, to te niezaplanowane prezenty od losu 🙂 Cieszę się bardzo, że podzieliłaś się pieniędzmi z Łukaszem, którego poznanie było inspiracją dla mojej zimowej wyprawy GSB. Niby wielki mamy ten świat, a jednak taki mały, więc nie trudno, aby dobro powracało, obijając się o nas jak bile po stole bilardowym… Czytaj więcej »
Ewa
Gość

kurczę, to przywraca wiarę, że nie wszyscy podróżują dla poklasku, podróżniczej ‚sławy’, chęci błyszczenia… że w tym wszystkim jest jeszcze ta podstawowa wartość i prawdziwie ludzki wymiar spotkań w drodze. dzięki Anita za ten wpis.

Marek Masalski
Gość

Piotr to mega człowiek! Miałem przyjemność być na jednym ze spotkań. Ostatnio Piotr przebiegał przez Białystok i kierował się na jakiś ultra maraton 240 km. Maraton odbywa się hmm gdzieśw Grecji może? Inni zawodnicy tam przyjeżdżają i przylatują. Piotr przybiegnie…. 2400 km żeby potem wystartować w ultra maratonie. Z tego co wiem pokonuje 40 km każdego dnia.

wpDiscuz