W DRODZE

Moja przygoda z fotografią

Od totalnego laika do oddanej pasjonatki. Moja przygoda z fotografią to droga długa i nieco wyboista.

Mam takie zdjęcie: jako kilkulatka w stroju kąpielowym pozuję nad rzeką niczym modelka. Dziadek nazywał mnie wtedy „Miss Sękówki” (każdego lata wylegiwaliśmy się właśnie nad rzeką Sękówką). Mam też takie, na którym pozuję w słomkowym sombrero, które dziadek przywiózł z Meksyku. Robię dziubki, o których jeszcze wtedy nikt nie wiedział, że będą  w modzie, ale też naburmuszone miny. Mam też takie, na którym dłubię w nosie i robię tzw. wilczka. Domyślam się, że wcale nie chciałam, by w taki sposób mnie uwieczniono. Początkowo więc aparat pojawiał się w moim otoczeniu tylko po to, bym mogła przed nim pozować. (Główne zdjęcie autorstwa Roberta Konopki. Dzięki za użyczenie 🙂 )

miss-sekowki

strasz

Jakieś piętnaście – dwadzieścia lat temu

Potem przez wiele lat od aparatu trzymałam się z daleka. Nie lubiłam być specjalnie fotografowana. Nie, żebym się bała, że ukradnie mi ktoś duszę, ale nie za bardzo lubiłam oglądać siebie samą na zdjęciach. Od czasu do czasu trafiałam jednak przed obiektyw, a to na uroczystościach rodzinnych, a to, gdy do szkoły przyjeżdżał fotograf i robiliśmy pamiątkowe klasowe zdjęcie, na którym zwykle wychodziłam koszmarnie. Dziś znajduję je i z jednej strony śmiać mi się chce, bo wszyscy są tak do siebie niepodobni, a z drugiej czuję jednak lekkie zażenowanie.

Dziesięć lat temu

Piętnaście lat temu poznałam mojego męża, który po kilku latach znajomości (a może już nawet małżeństwa) postanowił, że od teraz będzie fotografem. Godziny spędzał na forach fotograficznych, czytał testy i w końcu do naszego domu trafił Nikon D80 z obiektywem kitowym. Cieszyłam się ogromnie. Nie dlatego, że zamierzałam fotografować, ale dzięki nowej pasji męża, zyskałam możliwość kupowania Małżonkowi z okazji urodzin, rocznic i świąt czegoś więcej niż książek i gier komputerowych. Zaczęłam kupować dodatki, torby, specjalne plecaki fotograficzne i inne bajery dla fotografujących. Poza tym jednak nowa pasja męża niespecjalnie przypadła mi do gustu. Ile ja się naczekałam na niego na wspólnych spacerach! A to kwiatek, a to ptaszek, jakaś pajęczynka do sfotografowania. A ja ciągle czekałam. Nuda!

– To może kupimy mi chociaż jakąś małpę, żebym nie czekała nadaremnie?

Kilka miesięcy później

W krótkim czasie w moje ręce trafiła bardziej zaawansowana małpa SONY CYBER SHOT DSC-HX5. Nie potrzebowałam zbyt wiele, bo o fotografii nie miałam pojęcia. Jakieś ISO? Balans bieli? Przesłona i czas? Na te hasła robiłam coraz większe oczy. Najważniejsze, że przestałam się nudzić na spacerach. – Też bym chciała mieć takie nieostre z tyłu – marudziłam, gdy oglądałam kadry męża robione lustrzanką. Nie miałam pojęcia, że to „nieostre z tyłu”, to po prostu bokeh  i że małpą takiego efektu nie osiągnę. Małpka zaczęła mi po pewnym czasie trochę doskwierać.

Pięć lat temu

Padła w końcu data ostateczna. – Czyli Gwatemala? – Tak, Gwatemala. Trzeba więc przysiąść do fotografii. I znów pamiętam taką scenę. Jest grudzień 2011. Upalna noc. Jesteśmy w Egipcie. Siedzimy na balkonie. – To może pokażę Ci działanie ISO? Kiwam głowę na znak zgody. Mąż robi próbne zdjęcia.

– Widzisz, tu jest ziarno.

– Jakie ziarno? Ja nic nie widzę?

– No taki szum, widzisz? A na tym nie ma.

Gapię się w te zdjęcia i za cholerę nic nie widzę. Małżonek zaczyna tłumaczyć. – To jeszcze może balans bieli Ci pokażę. Po około piętnastu minutach poddaję się. – Dobra, wiesz co, ja się tego nigdy nie nauczę.

Mimo wszystko zaczynam trochę czytać, uczę się podstaw obsługi i jak bozie kocham, setki razy powtarzam sobie i próbuję zrozumieć, jak to jest, że im większy otwór, tym mniejsza wartość przysłony albo odwrotnie. W każdym razie jakoś tak. No nie kumam.

Rok 2012

Gwatemala

6 grudnia 2012 startuję. Zabieram ze sobą Nikona D80, obiektyw kitowy i długi zoom, który zdążył kupić sobie Małżonek. Od teraz lustrzanka należy do mnie. Małpa przeszła w mężowskie ręce. Wiem już trochę, co to ISO, w miarę kumam balans bieli, choć i tak ustawiam na automat. Wiem, co to czas i przesłona, ale najczęściej korzystam z „automatu” lub jednego z programów. Od czasu do czasu próbuję ustawiać manualnie. Robię zdjęcia „na czuja” i z każdym dniem, metodą prób i błędów, uczę się coraz więcej (Indianka sfotografowana na „końcu świata”, która trafiła na okładkę książki „Końca świata nie było” to jedno z kilku moich ulubionych zdjęć zrobionych w tej podróży).

Podczas pierwszych pięciu miesięcy podróży fotografuję niemal codziennie. Zaczynam dostrzegać własne ograniczenia i niewiedzę. Coś chcę zrobić, ale nie wiem jak. Ale i tak wracam do Polski z tysiącami zdjęć. Aparat idzie w kąt aż do następnej podróży. Potem są wakacje na Maderze, Azorach, moje samotne Stany Zjednoczone i znów aparat idzie w ruch. Potem znów Ameryka Środkowa na trzy miesiące. Aparat pracuje tylko podczas podróży. Coś tam czytam, uczę się. Lubię fotografować, ale wciąż nie robię takich zdjęć, jakbym chciała. Zaczynam korzystać z większą świadomością z aparatu, robię w rawach i wywołuję zdjęcia w fotoszopie. Uczę się go krok po kroku z książki, ale odpadam, gdy dochodzę do rozdziału o projektowaniu wektorowym. To już dla mnie za wiele.

Rok 2104

Fotografów nie brakowało

fot. project-on

Mąż lustrzanki już się nie tyka. Teraz jest tylko moja. Zmieniam body. Niby mówi się, że puszka nie ma znaczenia, że ważne są obiektywy (i to prawda), ale po podpięciu obiektywów, których używałam przy D80, do nowej puszki Nikon D7000, widzę kolosalną różnicę w jakości zdjęć. Z obiektywów mam moją ulubioną  Nikkor AF-S 35 mm, f/1,8 i „spacer zooma” Sigmę 24-300 mm f/3.5-5.6. Zauważam, że oprócz ludzi, najchętniej fotografuję krajobrazy i zaczynam odczuwać brak jakiegoś szerszego kąta. Przed wyjazdem do Chile w grudniu kupuję od znajomego używkę Nikkor 10-24 mm f/3.5-5.0 i od tego czasu niemal się z nim nie rozstaję. (na zdjęciu nie swój aparat, lecz pożyczony)

Rok 2015

Szeroki kąt jest ze mną na zimowym wyjeździe rowerowym w Rumunii, Bułgarii i Turcji, a potem w Iranie i Turkmenistanie. Fotografuję nim też jak szalona podczas mojej podróży rowerowej dookoła Polski i tak naprawdę chyba wtedy następuje przełom. Od tego czasu z aparatem praktycznie się nie rozstaję. Łapię jakiegoś potwornego bakcyla. Potrafię wstawać o trzeciej nad ranem w wakacje, żeby złapać świt i wschód, wiecznie poluję na idealne światło.  Namówiona przez fotografujących znajomych zaczynam się też uczyć Lightrooma.

Po raz pierwszy trafiam na warsztaty fotografii reportażowej do Tomasza Tomaszewskiego, przerzucam kolejne podręczniki fotografii, oglądam coraz więcej zdjęć i przede wszystkim niemal każdego dnia, gdy tylko jest dobre światło, wychodzę w plener. Daje mi to ogromną frajdę, ale też relaksuje. A gdy jest piękne światło, cudowne miejsce to wpadam wręcz w amok fotograficzny, z którego trudno mnie wyrwać.

– To Ty rozstaw namiot – mówię do męża – a ja tylko na chwilę pójdę na brzeg pofocić. Zbliża się zachód. Jesteśmy na weekendzie majowym, mamy zjeść wspólną kolację i spędzić czas. Trzy godziny później, zniecierpliwiony mąż przychodzi uświadomić mi, że już dawno temu miałam wrócić. I tak za każdym razem.

Rok 2016

dsc_6908

fot. Robert Konopka

Jadę na pierwszy plener fotograficzny (tak, dopiero). I fotografuję, fotografuję i jeszcze raz fotografuję. Na początku roku pada mi mój „spacer zoom” obiektyw. Długo się zastanawiam, podpytuję znajomych fotografów i kupuję finalnie Sigmę 70-200 mm f/2.8 już z przeznaczeniem do pełnej klatki. Chociaż moda w dziedzinie podróżniczej zmienia się i wszyscy zaczynają przechodzić na bezlusterkowce, ja jakoś pozostaję wierna lustrzance (choć skłamię, jeśli powiem, że nie myślałam przez chwilę, by się jednak przerzucić). Zaczynam używać statywu, który dostałam pod choinkę, i z którym na początku nie mogłam się zaprzyjaźnić (potem już przez cały rok się z nim nie rozstaję). Kupuję pilota i filtr ND 1000, który staje się moją wielką miłością. Zakochuję się też w nocnej fotografii.

W czerwcu dostaję niespodzianie w rocznicowym prezencie od męża puszkę NIKON D750. Zmieniam szeroki kąt, który służył mi tyle czasu na Nikkora 16-35 mm f/4 (ale planuję jeszcze szeroką stałkę, bardzo jasną do nocnego focenia).

Wczoraj zdecydowałam się w końcu na kolejne szkło. Pożegnałam się z moją ukochaną 35mm, która na pełnej klatce bardzo mocno winietuje. Wędruje w dobre ręce do mojego kumpla, a sama kupuję Nikkor 50 mm, f/1.8.

Sprzęt sprzętem, ale fotografowanie jest dal mnie czymś więcej. Uwielbiam samo wyczekiwanie na właściwe światło. Gdybym miała przyjąć indiańskie imię, nazwałabym się „ta, która poluje na światło”. Uwielbiam „golden hour” i „blue hour”, wschody i zachody, naturę, a szczególnie góry, nocne gwiaździste niebo i ośnieżone drogi i szczyty. Lubię, gdy jest -15, mimo że trudno wyciągnąć dłonie z rękawiczek, i że zamarzają stopy. Lubię nawet wstawanie o trzeciej nad ranem w lecie, choć jasne, że czasem się nie chce. Uwielbiam patrzeć kadrami na świat i wcale nie czuję, bym coś traciła. Bo niektórzy tak mówią, że wolą odłożyć aparat i delektować się chwilą. Też to lubię, ale z fotografią mam tak, że ona daje mi radość wiele razy. Gdy robię zdjęcie, potem, gdy siadam do komputera i wywołuję, a potem wielokrotnie, gdy na nie patrzę i przypominam sobie dane chwilę.

dsc_3838

fot. Robert Konopka

CZYM FOTOGRAFUJĘ AKTUALNIE:

Nikon D750

Obiektywy:

Sigma 70-200 mm f/2.8 APO

Nikkor AF-S 16-35 mm f/4

Nikkor AF-S 50 mm f/1.8

Tamron 24-70 mm f/2.8

Lampa błyskowa Yongnuo YN565EX

Filtry (większość HOYA): UV, polaryzacyjne, połówkowe szare, pilot, statyw (tu nie mam żadnych super markowych rzeczy, z reguły kupowane na alliexpress. Póki co, sprawdzają się).

Plecak fotograficzny VANGUARD – dla mnie idealny, bo mieści też laptopa i świetnie się sprawdza przy podróżach rowerowych.


Moja książka już do nabycia. Kupisz ją podczas spotkań autorskich/prezentacji oraz na stronie wydawnictwa i w dobrych księgarniach:

Zamów na stronie wydawnictwa!>>>

Kalendarium spotkań autorskich>>>


O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

31 komentarzy do "Moja przygoda z fotografią"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
wpDiscuz