MYŚLĘ SOBIE... POLSKA W DRODZE

Połów dorszy

Dorsz
Wody spowijała mgła. W mgle tonęło kamienne nabrzeże darłowskiego portu i migająca w oddali latarnia morska.
– Tu trzymasz. Zarzucasz. Puszczasz i czekasz aż opadnie na samo dno. – Pan Paweł instruował i polecał, bym go naśladowała. – Gdy piker opadnie, co chwilę musisz pociągnąć wędkę nieco do góry. Piker musi się ruszać. Unosić blisko dna i opadać. Wtedy jest szansa, by złapać dorsza.

Szyper na kutrze, a właściwie na żaglowcu „Księżna” pływa od siedmiu lat. Podobnie mechanik i pan Zbyszek. Pan Zbyszek jest kucharzem

– Od siedmiu lat jestem na emeryturze – mówi. – Wcześniej pracowałem w odlewni. Robiliśmy kotły do samochodów i takie tam.

Łowić lubił jednak zawsze. I gotować. Na emeryturze przyszedł więc na „Księżną”

– Nie da się wysiedzieć w domu. Zwariowałbym.

„Księżna” to dla niego odskocznia, a i do emerytury można sobie dorobić. Na co dzień, gdy są klienci, gotuje. Najczęściej zupę rybną, na którą potrzebuje złowić przynajmniej 5-6 dorszy. Jeśli złowi więcej, resztę zabiera do domu, do usmażenia.

– To pan ma chyba pracę marzeń, nie ja? – Bardziej stwierdziłam niż zapytałam pana Zbyszka. – Robi pan to, co lubi. Gotuje i wędkuje w wolnym czasie. Wszystko na spokojnie, bez pośpiechu. A w domu?

Zaśmiał się i potwierdził. Generalnie odpoczywa.

Mechanik nie był zbyt rozmowny. Półgębkiem odpowiadał na pytania. Pewnie zły, bo przez nas kuter miał opóźnienie. Załoga musiała wrócić do portu, choć już z niego wypłynęli. No trudno. My byliśmy na czas. To Szyper zdecydował o wcześniejszym wypłynięciu.

Wszyscy na łajbie łowili. Mechanik też. Ponoć do niego należy rekord złowienia największego dorsza, na „Księżnej” oczywiście – 26 kilogramów.

– Wisi gdzieś zdjęcie w kajucie – powiedział Szyper (zdjęcia jednak znaleźć nie mogłam), który zresztą cały czas sprawdzał, kto i jak dużego dorsza złowił.

Na kutrach wykorzystuje się echosondę.

– Jak widać takie przesuwające się drobiny na dnie, to znaczy zwykle, że to dorsz. Wtedy stajemy. – Tłumaczył Szyper, pokazując palcem na małym ekranie.

Ja nie widziałam żadnych dorszy, a jedynie ruszające się kreski i kropki.

Szyper daje jeden sygnał, który znaczy, że należy zarzucić wędki. Na dwa sygnały wszyscy muszą je zwinąć i statek płynie dalej, w poszukiwaniu kolejnego większego skupiska ryb.

– Ej, młody, dziadka wykończysz! – Krzyknął kapitan do Krzyśka, czternastolatka, który już od kilku lat przyjeżdża ze swoim dziadkiem na ryby.

Mały łowił jak oszalały. Łapał nawet po dwie ryby na raz.

– Nieźle ci idzie. – Skomentowałam. – Taki młody, a już takie zdolności.

– Byli młodsi – odpowiedział, ale i tak w jego głosie dało się słyszeć dumę. – Wnuk kapitana, siedem lat miał jak był pierwszy raz.

– A były, były. I wnuczka też nawet – Potwierdził, stojący za sterem Szyper.

– Załapały bakcyla?

– Załapały, załapały – potwierdził.

– A Szyper też łowi? – Zapytałam z kolei mechanika, próbując po raz kolejny wciągnąć go w rozmowę.

– Lubi łowić, ale leniwy jest i mu się nie chce – Skwitował. Nie wyglądał jakby pałali do siebie sympatią.

– Wie pani, nie chce mi się już. Czasem łowię, ale rzadko. – Szyper wolał siedzieć na mostku, podpatrywać, komu i jak idzie i palić papierosa za papierosem.

Z tym, że najlepiej odpoczywa się, wędkując, zgadzała się większość obecnych na połowie panów. Siedmiu przyjechało aż z Poznania. Nie wszyscy byli zapalonymi wędkarzami. Jeden z nich wyznał, że woli żeglować na Mazurach, ale dopiero, co stamtąd wrócił i postanowił z kolegami wybrać się na połów. Tak, by odpocząć i spędzić przyjemnie czas w męskim gronie. Panowie już od siódmej rano rozgrzewali się kolejnymi puszkami piwa. Potem w ruch poszły butelki z wódką. Na zagrychę na stole kucharz stawiał wciąż nowe talerze z kanapkami z pastą rybną, z łososiem. W metalowej miseczce leżało coś, co wyglądało jak kiełbasa, ale wewnątrz wypchane było ikrą. Całkiem smaczne.

Niektórym z rybami zupełnie nie szło, ale jak stwierdził jeden z Poznaniaków czy się coś złowi, czy nie, to i tak jest fajnie. Takie podejście nie jest niestety obecnie zbyt popularne.

Znajomy wędkarz i jednocześnie absolwent rybołówstwa powiedział mi w rozmowie, że nie na darmo połowy dorszy określa się mianem „mięsiarstwa”. Nie liczy się już sportowy duch jak kiedyś, liczy się wynik, to, ile ryb się złowi, bo przecież nikt nie płaci stu sześćdziesięciu złotych (lub więcej), by przywieźć kilka rybek albo nie daj boże żadnej. Niewielu łowi, a potem wypuszcza je do wody. Na wielu forach internetowych można znaleźć dyskusje na temat połowu dorsza. Sami zainteresowani, czyli wędkarze określają wyprawę na dorsze, jako „wyprawę po mięcho”. Stosuje się różne chwyty: kilka kotwiczek zaczepionych na jednym pikerze (przy połowach gruntowych na morzu dopuszcza się maksymalnie dwie kotwiczki), wyławianie i nie wypuszczanie małych rybek (dorsz musi mieć, co najmniej 38 cm długości, mniejsze powinno się wypuszczać, co też jest trochę kontrowersyjne, bo większość złapanych ryb i wypuszczonych i tak nie przeżywa).

Ekipa na łajbie była mieszana. Kobiety raczej stanowią tu rzadkość. Zresztą połów dorsza jest reklamowany jako atrakcja turystyczna dla prawdziwych mężczyzn. Mało było miejscowych, więcej przyjezdnych. Dominował Poznań. Część z obecnych to byli starzy wyjadacze, część nowicjusze. W niektórych skrzynkach na początku było po jednej, dwie rybki. W innych do południa było już kilkanaście. Pod koniec połowów w wielu było powyżej dwudziestu. W jednej z nich leżały małe dorsze, nieprzekraczające regulaminowych 38 cm.

Bo podczas połowu obowiązują zasady. A właściwie nie tyle, co zasady, lecz przepisy prawne, regulowane przez ustawę z dnia 19 lipca 2004 roku, która zezwala wędkarzowi na wyławiania nie więcej niż siedmiu dorszy podczas jednego połowu i o wielkości powyżej 38 centymetrów ciągu dnia połowów.

– Jak to jest z tymi siedmioma sztukami? – Zapytałam jednego z mężczyzn.

– E, tam! – Machnął ręka. – Głupie przepisy. W Danii i w Niemczech można łowić, ile się chce, a u nas wprowadzają jakiś durne ograniczenia. – Skwitował.

– Czyli nie przestrzega pan przepisów? – Drążyłam.

– Nikt tego nie sprawdza. Zabiera się, ile się złowi.

Zajrzałam ponownie na mostek pod koniec dnia. Gdy już zauważyłam, że na łajbie nie respektuje się prawa.

– I jak to jest z tymi przepisami? Bo prawie każdy ma więcej niż siedem złowionych ryb? – Zaskoczyłam Szypra od progu.

Ten najpierw odchrząknął w sposób, który sugerował, że nie ma ochoty ze mną na ten temat rozmawiać. Stałam chwilę, czekając i już miałam się wycofać, gdy z jego ust posypała się lawina żali i oskarżeń.

– Komu by się to opłacało?! Nikt by nie chciał płynąć, jeśli miałby zapłacić tyle tylko za siedem ryb. Wie pani, gdyby się rozniosło, że ja nie pozwalam łowić więcej, to wszyscy poszliby do konkurencji. Musiałbym sprzedać statek i zostałbym z niczym.

– Ale nie uważa pan, że to nie w porządku?

Są regulacje prawne. Nikt nie kontroluje połowów dorsza. A stan ryb jest zły, według Międzynarodowej Rady Badań Morza, szczególnie zły jest na łowiskach, na których łowią polskie kutry. Problemem jest tzw. przełowienie.

Szyper jednak żadnymi ustawami się nie przejmował, twierdząc, że nie w porządku jest to, że od czasu wejścia do UE i w związku z narzuceniem licznych restrykcji, wielu rybaków musiało zamknąć swój interes W obieg poszły argumenty, powtarzane przez większość, że w Danii i Niemczech można, że te przepisy rujnują wędkarzy, że Unia to jest tak i owaka i że w ogóle ludzie powariowali. Szyper „popłynął”. Zaczął mówić, że powinno się wystrzeliwać foki, które niszczą „plony” rybaków tak, jak robi się to w innych krajach, a nie przeznaczać tyle pieniędzy, jak to czynią na Helu na ratowanie tych „szkodników”, które rujnują życia wielu rodzin.

Sytuacja z połowami nie jest taka prosta. Wprawdzie populacja dorsza w ostatnich latach się poprawiła w związku z wprowadzonym i realizowanym przez kilka lat programem ochrony dorsza (w 2007 r. przez nałożenie drastycznych limitów połowowych), ale kondycja ryb ostatnio jest coraz gorsza. Naukowcy jednak nie potrafią znaleźć odpowiedzi na pytanie dlaczego tak się dzieje. Wielu spekuluje, że fakt ten wynika z połowów paszowych, czyli wyławianiu na potężną skalę ryb, którymi żywią się z kolei drapieżne dorsze.

Pytanie jednak co z wędkarstwem rekreacyjnym, turystycznym. Nikt nie kontroluje połowów. Dobiliśmy do brzegu, każdy zapakował, co miał, opuścił kuter i poszedł w swoją stronę. A przecież wydaje się takie proste, że po dopłynięciu do portu, ktoś przychodzi i kontroluje liczbę sztuk na głowę. Przecież kutry turystyczne dobijają mniej więcej w tym samym czasie każdego dnia. Mogę tylko przypuszczać, że w tym przypadku chodzi jak zwykle o pieniądze. Nie wiem jak duży problem stanowią połowy turystyczne dorsza. Może to jedynie „kropla w morzu”? Biorąc pod uwagę fakt, że sytuacja dorszy w Morzu Bałtyckim nie jest ciekawa, że ich stan jest zły i biorąc pod uwagę fakt, że istnieją przepisy regulujące połowy uważam, że powinno się ich przestrzegać.

Wszystko jest jednak dla ludzi. Sama jem ryby i zdaję sobie sprawę, że nie biorą się one z kapusty. Dopiero jednak od wypłynięcia na połów dorsza wiem, jakim odbywa się to kosztem. Czy nie zjem już więcej ryby przez to? Owszem, zjem i to pewnie niejedną. Bo lubię, bo są zdrowe, ale nie mam zamiaru beznamiętnie przypatrywać się procederowi, jaki zachodzi na kutrach. Że ludzie muszą z czegoś żyć, że gdzie indziej to można łowić więcej, że prawo jest głupie, że… można byłoby tak wymieniać pewnie bez końca. Według mnie kłusownictwa niczym nie można wytłumaczyć. Uprawiane na kutrach nie wynika, jak zakładają niektórzy, z niewiedzy. Wszyscy dobrze wiedzą, co się dzieje. – Tylko nie pokazujcie na filmie i zdjęciach małych rybek – Zakomenderował na koniec połowów Szyper.

No tak, w końcu mieliśmy promować połów dorsza jako atrakcję turystyczną. Na to zgodzić się jednak nie mogłam. Oczywiście nie twierdzę, że wszyscy mają z połowów turystycznych rezygnować. Jeśli ktoś lubi łowić ryby, niech płynie. Mogę jedynie apelować, by przestrzegać prawa, nie wyławiać ponad normę i korzystać z wszelkich atrakcji turystycznych świadomie.

*Imiona oraz nazwa statku z wiadomych względów zostały zmienione.

[edit] Od 2016 zniesiono limit połowu wędkarskiego dorsza i zmniejszono wymiar ochronny do 35 cm.


Booking.com

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

19 komentarzy do "Połów dorszy"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
travelerka
Gość
Tak niestety wygląda rzeczywistość w Polsce. Pan Zbyszek, Gienek czy Henio wiedzą lepiej co jest dobre, a co złe. Nie zastanawiają się w ogóle jakie skutki będzie miała ich działalność, bo nie myślą globalnie tylko na wskroś egocentrycznie. To trochę tak jak za PRL-u. Należy im się i już. W Danii łowią to oni też będą łowili, ale już się nie zastanawiają dlaczego tak jest. To smutne. Nasz kraj nie jest tu (nie)stety wyjątkiem. Ile jest przecież takich państw gdzie kłusownictwo żyje własnym życiem, a ludzie dla własnych fanaberii i przesądów potrafią doprowadzić różne gatunki (zarówno roślin jak i zwierząt) do wyginięcia? Powiem szczerze, że nie trawię takich krótkowzrocznych egoistów. Nie ma chyba nic gorszego niż… Czytaj więcej »
Evi Ta
Gość

Ja zawsze byłam niczym członkini Animalsów, zawsze, w Polsce czy za granicą, los zwierząt był dla mnie hiper ważny. Dokarmiałam kociaki w Chorwacji, ratowała szczeniaki z potoku w Tajlandii… Z czasem przestałam brać udział w różnych własnie atrakcjach turystycznych z udziałem zwierząt (a w takiej Azji to spora sztuka) a dziś to już w ogóle stałam się totalnym ortodoksem – o ile nie jestem w parku narodowym i nie oglądam stworzeń na wolności albo sprawdzonym sierocińcu nie chce oglądać ich wcale. I nie ważne czy to tygrys, słoń czy ryba. Myślę, że dobrze zrobiłaś, że nie opisałaś tego mimo, że takie miałaś zadanie. Ja kiedyś odmówiłam zorganizowania polowania, choć Klient był mega ważny. Po prostu się z tym nie zgadzam i nie przyłożę do tego ręki.

touristnavi
Gość

Niestety tak to wygląda. Dopóki ludzie nie zaczną myśleć to będziemy wyniszczać ziemię. Dopóki polowanie jest w celu powiedzmy ‚przeżycia’, czyli łowimy żeby zjeść/sprzedać do zjedzenia ok. Jednak kiedy polowania stają się rozrywką, jestem przeciwko.

Webe
Gość

Tylko faktycznie u nas przepisy sa oderwane od rzeczywistości (jak sami ustawodawcy) i nie sposób wszystkich przestrzegać.
Poza tym problemem nie jest raczej takie niedzielne wędkowanie, a połowy na na skalę przemysłową.
Najciekawsze jest to, że największe szkody rzekomo powodują wędkarze i rybacy z dziada pradziada z małych jednostek – a tych jest coraz mniej. Nie zaś wielki trawlery wybierające tonami wszystko co się nawinie.
Życie nie jest tylko czarne albo białe, a prawdy jak wiadomo są trzy,

Ewa
Gość

Problem jest, jak z wieloma rzeczami w Polsce, że prawo jest, ale nikt go nie respektuje. Przepisy są, kary są, ale w teorii. W praktyce „niska szkodliwośc społeczna” albo „brak funduszy na kontrole” i można robić co się chce bez obaw o konsekwencje. Gdyby prawo było faktycznie egzekwowane, na pewno byłoby inaczej.

BearGirl
Gość

Anitka, wielgachny plus za tekst i poruszone w nim kwestie!

Ajka
Gość
A ja się zastanawiam co jest większym problemem – nielegalne łowienie większej ilości dorsza niż pozwala prawo czy prawo zezwalające na wykańczanie koni w Morskim Oku, uboje rytualne, przemysłową hodowlę zwierząt będącą niczym innym jak masowymi obozami zagłady? Dopóki będzie popyt, będzie podaż i będzie kombinowanie, niestety. Dla większości społeczeństwa zwierzęciem jest kotek i piesek a reszta „ma służyć człowiekowi wedle jego woli”. Nie jestem wegetarianką, ale mięso jem sporadycznie, raz na kilka miesięcy w knajpie lub w domu, gdy kupię sobie pierść z kurczaka zagrodowego ze znanej mi hodowli wolnowybiegowej, puszkę ryby z certyfikatem MSC albo świeżą, niehodowlaną. Są niestety dużo droższe niż te sklepowe, ale wolę mniej a lepiej i z poszanowaniem środowiska. To są trudne tematy,… Czytaj więcej »
Ajka
Gość

Miało być „raz na kilka miesięcy w knajpie i raz na tydzień w domu”

Travelling Milady
Gość

Świadomość jest ważna, chociaż mnie już czasami przytłacza. Żyjemy w świecie, gdzie pomimo walki o prawa czlowieka wciąż świetnie ma się handel ludźmi, urządza się polowania na ludzi, bo na zwierzęta sa już nudne i zabija dla zwykłej przyjemnosci lub z ciekawości. Chyba nie znam bardziej podłego gatunku niż człowiek. I gdzie tu jest miejsce dla rybek?

Travelling Milady
Gość

Właściwie to chciałam przekazać, że ryba dużo znaczy:) Chodzi mi o to, że rasa ludzka ze swoim rozbuchanym ego nie zauważa, że jesteśmy tylko elementem łańcucha pokarmowego. Jak przerwiemy jedno ogniwo to reszta posypie się, jak domino. Dla wielu liczy się tylko to kto jest na szczycie piramidy. Tymczasem tworzą ją ci co stoją na samym dole, a których często nie zauwazamy lub uważamy za zbędnych. Jak ryby właśnie. Pozdrawiam.

wpDiscuz
Spodobała Ci się moja strona? 
Zapisz się na newsletter,
powiadomię Cię o nowych wpisach.

Zero spamu itp. bez obaw, w każdej chwili możesz się wypisać 🙂

Pokaż mi, że warto dalej pisać! 

PANAMA