PORTRETY

Potem…

Magda

Jedno miejsce, jedno spotkanie, czasem jedno spojrzenie i już czujesz, że to jest osoba, z którą łączy cię coś więcej. Z którą odbierasz na tych samych falach, w której czujesz pokrewną duszę. Tak było z Magdą.

 

– Jaka jest historia tego miejsca? – zapytałam.

Magda zapukała z samego rana do drzwi mojego pokoju. Chciała się przedstawić, bo poprzedniego wieczora nie było jej w ośrodku.

– Historii jest kilka – odpowiedziała. – Opowiem ci potem.

Potem…

Usiadłyśmy więc na żółtej sofie ustawionej w holu, z którego wchodziło się do jadalni. W sali kominkowej panował hałas. Jedna grupa dzieciaków wyjeżdżała, inna właśnie przyjeżdżała.

Magda jest po IKF-ie, czyli Instytucie Kultury Fizycznej. Dziesięć lat prowadziła lekcje z wychowania fizycznego. Pracowała w podstawówce, ale nie potrafiła się odnaleźć w hałasie. – A tutaj hałas ci nie przeszkadza? – Dopytuje. – Przecież też jest. W końcu mnóstwo tu młodych ludzi się wciąż kręci.

– Tutaj hałas idzie w przyrodę, więc tego zupełnie się nie czuje. Tu jest przestrzeń.

No to historie teraz.

– Ale zacznę od początku – uprzedziła.

Magda jest ze Szczecina. Wiodła turystyczne, aktywne życie: żagle, konie, góry, przede wszystkim Bieszczady. Wszystko, co dawało się zrobić w ramach kraju, bo z wyjazdami zagranicznymi, w tamtych czasach tak łatwo nie było. Ale to i tak dawało jej szczęście. Spakowany plecak i życie w drodze, przez co najmniej trzy miesiące.

Potem…

Potem studia się skończyły i Magda zaczęła pracę w szkole.

– I świat mi się nagle zamknął. – Na twarzy Magdy maluje się nostalgia. Przeczesuje włosy dłonią. Mówi powoli jakby dawała mi czas na zapisanie jej słów, albo sobie na przetrawienie myśli.

Cały czas czuła, że to nie jest do końca to, co chce robić. Czuła, że do pełni szczęścia potrzebuje czegoś więcej. Po siedmiu latach w szkole poczuła, że się wypaliła. Uczyła w podstawówce, szkole średniej, nawet na uczelniach, wciąż szukając swojego miejsca na ziemi.

– W podstawówce był ten potworny hałas, którego nie mogłam znieść. Z kolei na uczelni, ze studentami była straszna nuda – Magda uśmiecha się mówiąc to. Mam wrażenie jakby próbowała się tłumaczyć z tego, że taka ciągle niezdecydowana była. Mi nie musiała tego tłumaczyć. Kto, jak kto, ale ja bardzo długo szukałam swojego miejsca na ziemi, próbując po drodze mnóstwa nowych rzeczy i kończąc wiele kierunków studiów.

– Szukałaś go sama? Czy z kimś?

– Z Pawłem. Moim mężem.

Mąż Magdy był żeglarzem i nauczycielem angielskiego. Też był poszukiwaczem. A dodatkowo szalonym człowiekiem. – Życie z Pawłem było niesamowite. Było ciągłą przygodą.

Gdy usłyszał, że na Dar Młodzieży szukano ludzi do rejsu dookoła świata, rzucił studia na Politechnice i poszedł do Szkoły Morskiej, żeby na rejs się dostać.

A potem…

Potem rejs się skończył i przygoda też. Okazało się, że nagle trzeba zacząć pracować na morzu. Pawłowi nie podobało się to specjalnie. Już wtedy zaczęła im się rozwijać rodzina i oboje zaczęli szukać swojego miejsca na ziemi. Paweł zaczął pracować w prywatnym liceum i organizować młodzieżowe obozy letnie. I okazało się, że to jest chyba to, co oboje chcieliby robić. Wspólnie. Pierwsze obozy zaczęli prowadzić w Czaplinku w 1992 roku, a w 1996 znaleźli budynek w Czarnocinie. Ten, w którym właśnie teraz siedziałyśmy na tej żółtej sofie w holu przy jadalni.

– To był stary zrujnowany popegeerowski dom. Od pięciu lat nieużywany. Kiedyś był hotelem robotniczym. Planowano tu też podobno Instytut Weterynarii. Jego budowa rozpoczęła się za Niemców, ale nie została wówczas dokończona. Długo szukaliśmy historii tego miejsca.

A potem…

Potem, pewnego razu przy ognisku stwierdziliśmy, że skoro jakieś miejsce nie ma historii, to trzeba ją wymyślić. Skoro budynek był poniemiecki, doszliśmy do wniosku, że musiała tu być kiedyś szkoła Hitlerjugend. Miejsce pasowało idealnie.

Gdy je znaleźli, Magda mówi, że wnętrze było rozkradzione i tylko zwierzęta tu biegały. Od 1996 przywracają temu miejscu świetność. Od początku główną bazą ich działań były programy kolonijne, w których jest dużo aktywności fizycznej, ale też zabawy.

– Najważniejsze to utrzymanie dobrej atmosfery między nauczycielami i uczniami. Wszyscy powinni czuć się i gośćmi i gospodarzami tego miejsca – mówi.

Magda uważa, że jest coś takiego w tym miejscu, że ludzie się w nim zakochują. Już kolejne pokolenia przyjeżdżają ze swoimi dziećmi, wciąż od nowa, bo nie wyobrażają sobie, żeby jechać w inne miejsce.

Pewnie dlatego, że jak mówi pomysłodawczyni ważne dla nich jest integracja z ludźmi, ale też z przyrodą. Ludzie, przyroda, integracja – to się sprawdza i zostaje na lata w ludziach.

W 2003 roku zginął Paweł, mąż Magdy. Została sama z dziećmi. – Pierwszego stycznia nie wrócił do domu. Znaleźliśmy go po trzech miesiącach.

– Mogę zapytać jak to się stało? – Jest mi trochę niezręcznie. Magda jednak nie czuje się zakłopotana. Już może o tym mówić normalnie. Oswoiła się, przerobiła to na terapii.
No więc, Paweł był szalonym człowiekiem, o czym już zostało wspomniane. Uwielbiał podróżować na łyżwach. Przemierzać zamarznięte wody zalewu. Lód się załamał. Wpadł do zimnej wody, ugrzązł z łyżwami w mule. Musiał się zanurzyć, żeby rozwiązać łyżwy, bo jednej na nodze nie miał. W niskiej temperaturze mózg przestaje pracować po kilku minutach.

I co potem było?

Potem…

Potem Magda musiała dalej jakoś żyć, wychować dzieci, pracować, utrzymać Frajdę. Jest silna, nawet bardzo. Poradziła sobie.

Wciąż jednak, po osiemnastu latach Magda jest w drodze. Mówi, że mniej więcej w jej połowie. 18 lat zeszło na inwestycje, ale też na budowę programu. Jest dach, ocieplenie, drzwi zewnętrzne. Czeka inwestycja kuchni, łazienki, pokoi. Jest też nowy pomysł na okres jesienno-zimowy. Magda chce zrobić w tym czasie „manufakturę doświadczeń”, czyli warsztaty, który by skupiały ludzi z pasją.

Dodaje też, że ludzie sami znajdują to miejsce. Ona ich nie szuka. Dzielą się oni jednak na takich, którzy się zakochują lub to miejsce zaczynają nienawidzić – To miejsce dla wielu jest za wrażliwe. Dużo przestrzeni, w której nie mogą się odnaleźć.

Ja należę do tych pierwszych, bo Frajda to miejsce z duszą.

A co potem?

Może nie ma już żadnego „potem” tylko jest tu i teraz?

A więc teraz…

Jestem w miejscu, w którym chcę

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

Bądź pierwszy!

Powiadom o
avatar
wpDiscuz