PRAKTYCZNIE

Rowerem dookoła Polski – 13 praktycznych porad

Nie jestem najlepszym doradcą. Nie umiem planować. Mam kiepską orientację w terenie, a w dodatku kompletnie nie potrafię się pakować i zawsze zabieram sporo niepotrzebnych rzeczy. Gwoździem do mojej trumny będzie w Waszych oczach to, że nie znam się na rowerach.

Po głowie jednak plącze mi się zdanie z książki, którą kiedyś czytałam „Trzech panów na rowerach”: „Rower może dawać przyjemność na dwa sposoby. Można go regulować albo na nim jeździć. (…) Niektórzy ludzie jednak błędnie sądzą, że rower może im dostarczyć obu form rozrywki”. Ja zaliczam się stanowczo do tej drugiej grupy.

A jednak jeżdżę na rowerze i to sama, a Wy pytacie mnie co zabrałam w taką podróż, gdzie spałam, co i w jakich miejscach jadłam, jak sobie radziłam z higieną i z kobiecymi sprawami (panowie mogą ominąć ten podpunkt J). Biorąc pod uwagę ogromną liczbę zapytań, postanowiłam odpowiedzi na Wasze pytania zebrać w jedno.

1. Planowanie

Już w pierwszym zdaniu napisałam, że nie umiem planować. I z reguły tego nie robię. Jeszcze na dzień przed wyjazdem nie wiedziałam, w którą stronę pojadę: wschód czy zachód. Wzięłam pod uwagę jednak to, że może nie uda mi się przejechać Polski dookoła, więc ruszyłam na wschód, do którego zapałałam miłością w zeszłym roku. Zastanawiałam się czy nie skierować się jednak najpierw na zachód, żeby jadąc przed sezonem, ominąć tłumy turystów nad morzem. Sentymenty jednak wygrały. Trasę na wschodzie przemierzałam podobnie jak w zeszłym roku, kierując się najlepszym pod słońcem przewodnikiem „Polska egzotyczna” Grzegorza Rąkowskiego (Polecam z całego serca. Lepszej pozycji na rynku nie znajdziecie).

Trasę tak naprawdę wyznaczałam z dnia na dzień. Siadałam przed google.maps i zastanawiałam się mniej więcej którędy jechać. Zdaję sobie sprawę, że przy takim planowaniu można ominąć fajne, ciekawe miejsca, ale ja na nic podczas tej podróży się nie nastawiałam. Przede wszystkim interesowała mnie przyroda i ewentualnie spotkani ludzie. Czasem ktoś coś podpowiedział, gdzie podjechać, co zobaczyć i z tych podpowiedzi korzystałam. Miałam też zeskanowane strony z „Polski Niezwykłej”  i też na ich stronę od czasu do czasu zaglądałam, wybierając się w konkretne regiony.

2. Przygotowanie fizyczne

Nie przygotowywałam się specjalnie fizycznie przed wyjazdem. Ale tylko dlatego, że na co dzień jestem bardzo aktywna. Trzy razy w tygodniu biegam po 15 km, raz 20 km i 2-3 razy chodzę na spinning. Poza tym po mieście prawie zawsze przemieszczam się rowerem, bo nie znoszę stać w korkach, jeżdżę rowerem też w zimie. Przed wyjazdem dookoła Polski, byłam na dwóch miesięcznych wyjazdach rowerowych, w tym na jednym zimowym, w dość trudnych warunkach. (Możecie przeczytać o tym TU i TU) Fizycznie byłam więc przygotowana do tego, by wsiąść na rower i po prostu pojechać. Jeśli nie masz jednak takiej zaprawy to wystarczy, moim zdaniem, trochę pojeździć na rowerze. Ja bardzo lubię spinning (indor cycling), który bez wątpienia wpłynął na poprawę mojej kondycji. Czy ktoś, kto mało jeździ na rowerze, dałby radę przejechać Polskę dookoła? Myślę, że tak, choć pewnie musiałby dzielić jazdę na mniejsze odcinki. Ja mniej więcej pokonywałam 100 km każdego dnia. Pamiętam jednak mojego męża podczas naszego pierwszego wyjazdu rowerowego. Wcześniej wiele nie jeździł i po prostu wsiadł na rower i każdego dnia przez dwa tygodnie na spokojnie był w stanie przepedałować 70-90 km. Tyłek go bolał, ale kogo nie boli? Ból jest naturalny i nie omija nikogo.

Zolto zielono rowerowo3. Mapa, gps a może „koniec języka za przewodnika”

Mam dość słabą orientację w terenie. GPSu nie wiozłam ze sobą, bo po prostu nie miałam. W drodze łączyłam więc mapę papierową, atlas z gogle.maps. Wyznaczałam trasę z dnia na dzień. Bardzo często jednak radziłam się miejscowych, zwłaszcza tych, którzy przemieszczali się na rowerze. Oni najlepiej znają okoliczne drogi i są w stanie najlepiej doradzić, którą trasą jechać, by z jednej strony uniknąć dużego ruchu, a z drugiej nie zakopać się w piachu po szyję. Ta metoda sprawdziła się wielokrotnie.

4.  Ekwipunek

Sporo tego było. Ale to jest tak, że właściwie niezależnie czy jedzie się na dwa tygodnie czy pięć miesięcy, zabiera się tyle samo rzeczy. Miałam ze sobą namiot, dwa śpiwory (na początku czerwca noce były jeszcze dość chłodne, a śpiwory miałam nienajlepsze, kuchenkę gazową, menażki, zapasowy kartusz z gazem, karimatę, (poduszkę robię z worka po śpiworze, który wypycham miękkimi ubraniami). Obowiązkowo bielizna termiczna, którą wykorzystuję do spania, dwa komplety ubrań na rower (getry, koszulka rowerowa), ubrania „normalne”, buty na ciepłe dni i druga para na deszczowe, obowiązkowo ubrania przeciwdeszczowe: spodnie + płaszcz, polar, softshell, spodnie softshellowe (można zajrzeć do wpisu z zimowym ekwipunkiem, bo mniej więcej brałam te same rzeczy (Co zabrałam ze sobą na podróż rowerową zimą). Wszystko to miałam zapakowane w dwie duże (60 litrów) sakwy i dwie przednie sakwy małe oraz w wór, w którym zwykle wożę namiot, karimatę, sprzęt campingowy. Zawsze zabieram taśmę „makgajwerkę”, którą sklejam co popadnie, jeśli się w drodze przedziurawi lub rozleci.

Mobile biuro5. Noclegi

Spałam w przeróżnych miejscach. Wiele nocy spędziłam w namiocie, ale oprócz tego zdarzało mi się korzystać ze Schronisk Młodzieżowych, w których za niewielkie pieniądze można przespać się na łóżku, zrobić pranie itd. Listę schronisk można znaleźć TU. Warto jednak wcześniej przedzwonić i upewnić się czy schronisko istnieje, ponieważ przekonałam się, że na stronie wiele informacji jest nieaktualnych (polecam np. schronisko Krokodyl w Okunince czy schronisko Młodzieżowe Świteź w Kłębowie). Zdarzały mi się noclegi w pokojach (zwykle od 20-30 zł za noc. Polecam np. Agro Pani Alfredy w Dubience). Nocowałam też u znajomych, znajomych znajomych, czytelników mojego bloga, u rodziny, w ogródkach u ludzi. Uwielbiam spać na dziko, ale robię to tylko w towarzystwie. Sama jeszcze nie zdecydowałam się na rozbicie w lesie, bo jednak cenię sobie dobry sen, a wiem, że jakbym była sama, to nocy pewnie bym nie przespała.

Namiot

6. Jedzenie

Zawsze w podróży, niezależnie od szerokości geograficznej, mam ze sobą kilogram płatków górskich, bakalie i mleko w proszku. Jest to po prostu zdrowe, pożywne śniadanie, a często i drugie śniadanie. W Polsce raczej nie robiłam zakupów na zapas i zaopatrywałam się na bieżąco. Czasem gotowałam, robiąc dłuższy postój w ciągu dnia albo zajeżdżałam do jakiegoś baru na ciepłą zupę (jestem uzależniona od zup, poza tym muszę w ciągu dnia zjeść coś ciepłego). Jestem specjalistą żywienia w sporcie z wykształcenia, więc staram się nawet w podróży, w miarę możliwości odżywiać zdrowo. Nie suplementowałam się dodatkowo białkiem ani witaminami.

Za kilka dni wybieram się na Islandię i ze względu na wiele okoliczności, sporo jedzenia zabieramy ze sobą i będziemy je wozić w sakwach. (Można zajrzeć do wpisu praktycznego wprawdzie o trekkingu w Chile, ale jest też w nim info o tym, co dokładnie zabierałam na siedem dni do jedzenia dla dwóch aktywnych osób). Zawsze warto mieć w zapasie coś na „czarną godzinę”. Nigdy nie wiadomo czy pogoda nie pokrzyżuje nam planów i czy tam, gdzie mieliśmy dojechać, będzie czekało nas to, czego się spodziewaliśmy. Dlatego puszkę tuńczyka, fasolki (źródło białka) mam zawsze w rezerwie.

Wodę rzadko kupuję w sklepie. W domu też jestem przyzwyczajona do picia wody z kranu i właściwie pijam ją we wszystkich krajach, do których jadę. Pytam tylko miejscowych czy jest zdatna do picia i tyle. Uzupełniam wodę na stacjach benzynowych, w sklepach, proszę ludzi z mijanych domów.

7. Rower

Jeżdżę na rowerze górskim. Rower był składany w warsztacie rowerowym przez fachowców z wybieranych przeze mnie części (już dobrych kilka lat temu). Rama Kellys, koła 26, osprzęt Deore, więc żadna tam super klasa. Opony tzw. semi slick, czyli dobrze się jedzie nimi po piachu i nie huczą na asfalcie. Przy moim ekwipunku, który ważył około 30 kg, o jeździe po piachu na jakichkolwiek oponach mogłam zapomnieć.

Zabrałam ze sobą zapasową dętkę, klocki hamulcowe, „trytytki” (czyli opaski zaciskowe, używane do montażu kabli elektrycznych, a przydające się do różnych napraw), łatki do dętek, klucze, pompkę, smar do łańcucha, który przydawał się po deszczowych dniach, a często i po nocy stania roweru na zewnątrz, w wilgoci. Gumy przez siedem tygodni nie złapałam ani razu. Nie zmieniałam też w drodze ani łańcucha, ani klocków hamulcowych. Serwis roweru dopiero po powrocie. Ale podczas innych wyjazdów zdarzały się różne rzeczy. W Bułgarii na kilkukilometrowym zjeździe starły mi się kompletnie klocki hamulcowe, więc musiałam rower sprowadzać. W Turcji zerwał się nam łańcuch i żadna z nas nie wiedziała jak się go naprawia (w końcu we cztery poradziłyśmy sobie). Ostatnio w Iranie osiem razy łatałam dętkę (ale to inny rower, nie mój i inne opony). W Polsce miałam święty spokój.

8. Zabezpieczenie roweru

Co zrobić z rowerem, kiedy podróżuje się samemu, a chce się pójść na zakupy czy wejść gdzieś na obiad albo na kawę? Nie mam żadnego super zapięcia. Zwykłe z linki stalowej, (choć dość grubej), którego używałam zawsze na noc, przypinając rower do drzewa, słupka czy czegokolwiek, do czego rower można było przypiąć. Wchodząc do sklepu na zakupy, czy do knajpy, nawet w mieście, z reguły zostawiałam rower niezapięty. Błędnie lub nie, wychodząc z założenia, że jest on tak ciężki, że najpierw potencjalny złodziej przewróci się z nim i nim zdąży uciec na pewno go zdołam złapać. Czasami zdarzało mi się, że ktoś proponował wprowadzenie roweru do środka, tak na wszelki wypadek, a na polach campingowych czy przy domach, zawsze proponowano mi schowanie roweru na noc.

9. Bez czego nie ruszam się na wyjazd rowerowy

Nie ruszam się bez aparatu i obiektywów (Nikon D7000, obiektyw szerokokątny Nikkor 10-24mm, Nikkor 24-200mm i Nikkor 35 mm, dodatkowo filtr połówkowy szary). Od niedawna (odkąd mam), zabieram duży powerbank, który pozwala mi być niezależną od stałej dostawy prądu, kiedy nie śpię pod dachem. Zabieram też zawsze czołówkę, zapasowe baterie, scyzoryk, krem z filtrem, Muggę na komary, termos na herbatę (to uzależnienie z Iranu), notes, dyktafon, MP3 do słuchania książek albo muzyki, dziesiątki kabelków do wszystkiego, gaz pieprzowy, głównie na wioskowe psy, które nie przepadają za rowerzystami i drobiazgi, które zdarza mi się zostawiać spotkanym po drodze sympatycznym ludziom.

Jeśli chodzi o zabezpieczenie sprzętu fotograficznego. Aparat i obiektywy wożę w specjalnym fotograficznym plecaku. Gdy pada zakładam na niego przeciwdeszczowy worek, czasem zabezpieczam jeszcze mocnym workiem na śmieci. Nigdy nic mi nie przemokło, choć zdarzyło się, że przy dużej wilgotności, obiektywy zaparowały mi i musiałam odczekać aż wyschną nim ich użyłam ponownie.

10. Higiena, czyli gdzie się myłam

Takie pytania też dostawałam od Was. Z reguły nie ma z tym problemu, bo na polach namiotowych czy kempingowych prysznice są. Jeśli nie ma prysznicy to można kąpać się w rzece. Nie będę może pisać, ile czasu mogę się nie myć :), ale faktycznie na różnych wyjazdach byłam i bywało, że cztery dni z rzędu nie było kompletnie takiej możliwości. Trzeba się wówczas zadowolić mokrymi chusteczkami, które zwykle zabieram ze sobą w podróż. Powtórzę słowa kolegi: „Nie po to się jedzie na rower, żeby się codziennie myć” 🙂 I basta.

11. A co z praniem?

Zwykle jest to dla mnie najtrudniejsza rzecz. Prać trzeba, ale nie zawsze ma się taką możliwość. Nie ma problemu, jeśli jeden dzień jedziemy, kolejny odpoczywamy i wtedy ubranie ma szansę wyschnąć. Gorzej, jeśli przemieszczamy się codziennie z miejsca na miejsce. Wtedy mokre z poprzedniego dnia ubrania suszę przytroczone do linek na sakwach. Jeszcze trudniej jest, gdy ciągle pada, bo wtedy o suszeniu prania można zapomnieć. No cóż, z rowerami i spaniem pod namiotem jest często tak, i nie ma co udawać, że jest inaczej, że czasem (mówiąc dość eufemistycznie)… nie pachnie się 🙂

12. Sprawy kobiece (panowie ten punkt mogą ominąć)

Zwykle mam takiego pecha, że nawet jak jadę na krótko, to zawsze w tym czasie dostaję miesiączkę. Niektóre dziewczyny radzą sobie w ten sposób, że regulują ją tabletkami i na czas podróży pozbywają się jej. Ja nie mam takiej możliwości, dlatego muszę się z nią męczyć. Myślę, że to jednak już kwestia przyzwyczajenie. W styczniu jechałam na rowerowy wyjazd zimowy przez Rumunię, Bułgarię do Turcji i oczywiście dostałam okres pierwszego dnia. Dwie pozostałe dziewczyny z zespołu również. Trudniejsze od higieny, było to, żebyśmy się wzajemnie nie pozabijały 🙂 Miesiączka nie oszczędziła mnie nawet na tygodniowym trekkingu w góry, gdzie niskie temperatury i woda z lodowca pod prysznicem odbierały jakąkolwiek chęć na prysznic. Po prostu trzeba sobie z tym poradzić. Zabieram zawsze ze sobą tony tamponów, podpasek i mokrych chusteczek (takich do stosowania dla dzieci i do higieny intymnej).

Mam nadzieję, że mniej więcej udało mi się odpowiedzieć na wszystkie pytania i wątpliwości. Jeśli nie, to razem z Wami będę tekst edytować i dopisywać tak, byście mogli znaleźć tu odpowiedzi na wszystkie dręczące Was wątpliwości. Pamiętajcie jednak, że każdy podróżuje inaczej, ma inne oczekiwania i potrzeby. To, co dla mnie może być dobre, dla Was niekoniecznie. Wiadomo, że lepiej uczyć się na cudzych błędach, ale nie obędziemy się bez popełniania i uczenia się na własnych 🙂

Ponieważ już dostaję kolejne pytania, od razu zaczynam dopisywac odpowiedzi na nie:

13. Jakie drogi wybierałam?

Starałam sie jak najmniej korzystać z głównych dróg, ale czasem nie było wyjścia. Z reguły trzymałam się szlaków rowerowych i bocznych ścieżek, ale zdarzało się, że wjeżdżałam na ruchliwe drogi, żeby ominąć „piachy”, w których wiedziałam, że się zakopię. Kultura jazdy naszych kierowców do najwyższych nie należy. Po prostu musiałam zaciskać zęby i jechać. Niestety robię coś takiego, co wkurza na pewno kierowców, ale czego nie robi się dla własnego bezpieczeństwa. Jeśli widzę, że coś jedzie z naprzeciwka, zaczynam jechać środkiem pasa, a nie poboczem. Mam wówczas pewność, że kierowca jadący za mną nie będzie próbował na siłę mnie wyprzedzać i spychać do rowu.

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: „Końca świata nie było”.

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

40 komentarzy do "Rowerem dookoła Polski – 13 praktycznych porad"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
wpDiscuz