EUROPA MALTA W DRODZE

St. Julian’s, Malta – biegowe impresje

Pierwszy kilometr

Wybiegam z hoteliku Jules Suits i skręcam w prawo, w drogę, która prowadzi mnie na bulwar. Ten zapach…czuję Egipt. Nie wiem, dlaczego akurat Egipt. Przecież miasta teoretycznie nie mają swojego zapachu. Ale ten „egipski” zapisał mi się w pamięci i czuję go tu. Przynosi go ze sobą ciepły wiatr przesiąknięty zapachem morza i ryb. Po ulicy walają się kartony, papierki, niedopalone papierosy. Przez tę ulicę poprzedniego wieczoru przelewał się tłum młodych, żądnych zabawy ludzi. Mijałam ich wieczorem. Wielu wyglądała na 13-15 lat. Teraz mijam knajpkę na rogu. Wieczorem wyglądała niczym mrowisko. Stoją jeszcze niedobitki, a może już nowi klienci, ci poranni, czekający na śniadanie i na autobus do pracy. Jest przecież poniedziałek.

Zatoka St. Julian's

Drugi kilometr

Mijam wieżę St. Julian. Nie przepadam za bieganiem w mieście, bo szum samochodów, wymijanie przechodniów, smród spalin. Tu szum ulicy jednak tak bardzo nie przeszkadza. Zagłusza go łoskot fal uderzających o kamienisty brzeg. Udaję, że prawej strony w ogóle nie ma. Patrzę na lewą, wsłuchuję się w nią i czuję zapach wody. Jestem tylko ja, morze i mój oddech.

Tower St. julian's

Trzeci kilometr

Zastanawiałam się, czy jest jakaś inna, przyjemniejsza trasa do biegania. Teraz wiem, że to jedyna w St. Julians. Mijam jednego biegacza, za chwilę kolejnych. Wyprzedza mnie pięciu mężczyzn w pięciopalczastych butach, zbiegają na kamienisty brzeg i zaczynają robić pompki, a potem przeskakują z kamienia na kamień, utrudniając sobie trening. Twardziele. Ja zostaję na bulwarze.  Wczoraj na Malcie odbywał się maraton. Ale z rana jak widać, wszystkim jest jeszcze za mało biegania. Im później się robi, tym spotykam więcej biegaczy. Prawie nie ma zwykłych spieszących do pracy ludzi.

biegacze

Czwarty kilometr

Koniec trasy. Zakaz przejścia. Zatrzymuję się zdezorientowana. Mogę biec przez miasto, pokrążyć gdzieś górą i przebiec na drugą stronę bulwaru w Sliemie. Kombinuję. Z moją orientacją w terenie jestem jednak pewna, że się zgubię. Zawracam.

Piąty kilometr

Wiatr jest łagodniejszy niż poprzedniego dnia, ale morze dla odmiany bardziej wzburzone. Dopiero teraz zauważam, że skalista plaża, na której siedzieliśmy poprzedniego dnia, dziś niemal całkowicie zalana jest wodą.

Skaliste nabrzeze

Szósty kilometr

Zaczynam obserwować dokładniej drugą stronę ulicy, lekceważoną przy pierwszych czterech kilometrach. Fascynują mnie budynki, szczególnie charakterystyczne kolorowe zabudowane balkony i bramy wejściowe z różnokształtnymi kołatkami: najczęściej w kształcie ryby, ale później zobaczę też w kształcie słonia, dłoni (tych wiele widziałam kiedyś w Tunezji) i wiele innych.

Rybna kolatka

Kolatka

Jedne z drzwi

Siódmy kilometr

Zaczynam myśleć, że St. Julians to miasto zakazów i nakazów. Na długości jednego kilometra trafiam na tablice z napisem zakazującym jazdy rowerem po chodniku, kąpania się, opalania się topless, hałasowania, nakaz sprzątania po swoim psie, przypominającym o nieprowadzeniu samochodu pod wpływem alkoholu (oczywiście wszystkie jak najbardziej słuszne). Tablice pojawiają się jednak co chwilę, przypominając o tym, co powinniśmy, a czego nie powinniśmy robić.

No topless

DSC_1988

Sprzatanie po psie

Zakaz rowerowy

Siódmy kilometr

Dużo betonu i drewna, a nie za wiele zieleni. Wzdłuż drogi posadzono trochę drzew. Zamiast kwiatowych klombów, które często spotyka się w miastach, pojawiają się klomby kapuściane. Hitem tu jest kapusta ozdobna. Może jest najtrwalsza i najbardziej odporna na zanieczyszczenia? A może taka panuje tu moda, by przystrajać ulicę kapustą.

Ozdobna kapusta

Ósmy kilometr

Ulica, na której mieszkam już wysprzątana. Zniknęły ślady wieczornej imprezy. Zniknął też zapach ryb i śmieci. Zastąpił je zapach świeżych wypieków z pobliskiej pastizzerii. Poczułam głód. Czekała mnie jeszcze zawrotka i bieg tą samą trasą po raz kolejny i po raz kolejny przyglądanie się tym samym budynkom, morzu, skałom, zabudowanym balkonikom, klamkom w kolorowych drzwiach, tablicom z zakazami i przypomnieniami i kapuście. Liczyłam, że dostrzegę też coś nowego, czego wcześniej nie zauważyłam. Przede mną jeszcze siedem kilometrów.

(Wieczorem dostrzegam jeszcze więcej)

St. Julians wieczorem

St. Julian's noca

MALTA PRZEWODNIK PRAKTYCZNY MALTA i GOZO -Skaliste wybrzeża

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

4 komentarzy do "St. Julian’s, Malta – biegowe impresje"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
Iwona Okragla via Facebook
Gość

….a co z rowerem? Pierwszy raz znalazłam Twoją stronę ze wzgledu na dokonania rowerowe, czyżbyś zdradziła rower?

Leszek
Gość

Czytając , myślami biegłem razem z Tobą …. do biegania również preferuję leśne ścieżki , ale nigdy nie zapomnę joggingów w Barcelonie .. dużo pozdrawiających się biegaczy, co chwila jakaś perełka w zasięgu wzroku, a kilkukilometrowy bulwar dodaje niesamowitej lekkości.
Pozdrawiam Anitko

Joanna Głuchowska via Facebook
Gość

nieco głupie, techniczne pytanie – zabierasz cegłę na bieganie? 🙂

katharina
Gość

Miło jest zobaczyć Maltę na twoich zdjęciach. Piękna gra światła, ujęłaś znajome mi scenerie o innych porach dnia, co jest urzekające. I’ll be back Malta! Pozdrawiam

wpDiscuz