MYŚLĘ SOBIE...

Tyle jesteś wart, ile „lajków” masz

Prawdziwe życie już dawno zostało zdominowane przez wirtualny świat, w którym wartość człowieka wyznaczają kolejne lajki, serduszka, udostępnienia, liczba unikalnych użytkowników, obserwujących. Chcemy prowadzić blogi, by mieć wolność słowa i czuć się wolnymi, a w rzeczywistości zostajemy zniewoleni przez własne ego, oczekiwania i ocenę innych.

Gdy byłam mała chciałam, tak jak moja mama, zostać nauczycielką. Potem przez wiele lat aktorką jak większość małych dziewczynek i nastolatek.. Nigdy nie chciałam być żoną i matką. Nie chciałam też być nic nieznaczącym „numerkiem” w statystykach.

Aktorką nie zostałam (całe szczęście). Najpierw zostałam jednak numerkiem pesel, następnie numerkiem w dzienniku szkolnym, wreszcie numerem dowodu osobistego, zaraz potem przydzielono mi NIP i numer indeksu studenckiego. Do prześladującego mnie ciągu cyfr, doszły numery: konta bankowego, telefonu komórkowego, pozycji w korporacji połączonej z wynikami sprzedaży, numer w statystykach dotyczących liczby zawartych małżeństw. I tym sposobem okazało się, że jest ze mnie „niezły numer”.

W dorosłym życiu moja wartość wzrastała proporcjonalnie do wskaźników sprzedaży. Statystyki wyznaczały moją wartość jako pracownika. Im więcej recept zostało wypisanych, a leków wykupionych, tym wzrastało znaczenie mojej osoby. Wraz ze wzrostem słupków sprzedażowych, rosło uznanie w oczach szefów. Gdy tylko statystyki zaczynały wykazywać tendencje spadkowe odzywały się pomruki niezadowolenia. Sugestie, że może jednak trzeba się bardziej przyłożyć, poświęcić, bardziej pouśmiechać i poprzymilać klientowi, nabierały na sile. Znikało zadowolenie i uznanie w oczach szefostwa, a zaczynały się naciski. Gdy działo się źle, wymuszano współpracę z klientami, która choć w teorii „legalna”, w praktyce mocno mnie mierziła i wzbudzała ostry sprzeciw.

Marzyłam o tym, by w końcu znaleźć się w świecie, w którym nikt nie będzie mnie do niczego przymuszał, w którym będę mogła działać zgodnie z własną wolą i sumieniem, i w którym nikt nie będzie mnie oceniał na podstawie liczb, słupków, wykresów. Marzyłam o świecie, w którym będzie liczyła się osobowość, jakim jest się człowiekiem i to, co się robi w życiu, ale tak naprawdę, szczerze, a nie jedynie dla poklasku i uznania.

Postanowiłam więc cyfry zmienić na litery. Zaczęłam pisać bloga.

Kolejny cyfrowy mobbing

Ile masz lajków? Ilu obserwujących na twitterze, instagramie, google+ ? Ilu odbiorców newslettera? Ile osób czyta twojego bloga i jak długo zostają na stronie? Na ile zagłębiają się w jego treść? Statystyki strony odsłaniają wszystko, dają odpowiedź niemal na każde pytanie: w jakim wieku są czytelnicy, z jakiego kraju, co ich interesuje. Zapytacie po co? Z tą wiedzą ci, którzy są nastawieni na sukces, mogą wiele zdziałać. Pisać pod ludzi, którzy na blog zaglądają, pod wyszukiwarkę Google, które podpowiadają, czego ludzie w Internecie szukają.

F garden

Gdy zaczynałam prowadzić swoją stronę, myślałam tylko o pisaniu i wzbogacaniu przedstawianych treści fotografiami. Chciałam po prostu realizować się w tym, co od zawsze sprawiało mi radość. Pisałam głównie dla znajomych i rodziny.Wraz z poświęcanym na prowadzenie bloga czasem, zaczął wzrastać apetyt.  Tak bardzo się chciało, by czytali też inni, nieznajomi, zainteresowani tematem.

Prowadzenie bloga zajmuje mnóstwo czasu. Przygotowanie tekstu, obróbka zdjęć, zajmowanie się stroną graficzną, nierzadko zbieranie materiału, rozmowy z ciekawymi ludźmi. W pewnym momencie przychodzi jednak refleksja. Człowiek zaczyna się zastanawiać nad wartością wykonywanej pracy, co równa się wartości prowadzonego bloga. Jakie jest jego znaczenie, w czym może pomóc, gdzie nas prowadzi wysiłek i czas poświęcony na dzielenie się sobą z innymi, często zupełnie obcymi nam ludźmi?  Może pomoże w zdobyciu wymarzonej pracy? A może w zarabianiu na nim? Okazuje się, że niektórzy są w stanie przekuć pasję pisania w pracę i całkiem nieźle sobie z tym radzą. Wielu zaczyna marzyć, że i im to się uda.

Niestety, zysk zabija pasję. To, co było przygodą, staje się zawodem, źródłem dochodu.

Z każdą godziną, dniem, tygodniem poświęconym na tworzenie posta, który zainteresuje czytelników, zaczynamy tracić to, co najważniejsze w pisaniu – autentyczność. Nasza działalność skupia się na zdobywaniu „lajków” i kolejnych udostępnieniach. Na tym, by napisać post, który zainteresuje czytelnika. Powstają więc materiały o dziesięciu najlepszych drinkach w Ameryce Środkowej, czy pięciu sposobach jak pozbyć się w podróży nachalnego adoratora. Przywiązujemy wagę do tego, by tekst nie był za długi, za to okraszony dużą liczbą zdjęć, bo nie od dziś wiadomo, że czytelnik nie lubi się męczyć długaśnym tekstem, w końcu zdominowała nas kultura obrazkowa

Chcąc nie chcąc znów trafiłam w świat statystyk i rankingów. Znów stałam się jakimś numerkiem, cyfrą, słupkiem… Znów w jakimś rankingu mnie nie ujęli, a w innym umieścili na jednym z ostatnich miejsc. Ech, ten wyścig…

Nie chodzi tylko o statystyki

„Powinni nas pogrupować – padło hasło. – Najlepiej liczbą „lajków” na facebook’u.” Pomysł został rzucony półżartem, ale czułam jednak, że bardziej na serio. Byliśmy na imprezie blogerów. I poczułam się źle, ale nie, dlatego że wiedziałam, iż znajdę się w innej grupie niż osoba, która pomysł rzuciła. Poczułam się źle, bo komuś w ogóle takie pomysł przyszedł do głowy, bo zdałam sobie sprawę, że ktoś może postrzegać innych tylko przez pryzmat fanów na facebook’u, a nie poprzez to, jaką jest osobą i co sobą reprezentuje. Dla tej osoby liczyło się jedynie to, czy znaczy się coś w wirtualnym świecie i czy dane „bycie” może się komuś na coś przydać, pozwoli się ogrzać w blasku, przyniesie wymierne korzyści. Cóż, tyle jesteś wart, ile masz „lajków”.

super_like_facebook_dumptruck_by_wormchow-d7kefb3

Podziały istnieją od zawsze. Kiedyś dzielono ludzi na źle i dobrze urodzonych, biednych i bogatych, z koneksjami i bez, władze i dysydentów. W tym kontekście stare powiedzenia: „nie szata zdobi człowieka” czy „nie oceniaj książki po okładce” wydają się zabawnym nieporozumieniem. Jak pokazuje historia ludzkości, ludzi szufladkuje się od zawsze, tylko do starych podziałów doszły nowe, te wirtualne: „lajki, udostępnienia, liczba odwiedzin i unikalnych użytkowników.  Internet rządzi się swoimi prawami – rządzą „lajki” i „hejterzy”.  Im więcej masz polubień i odwiedzin, tym większy potencjał widzi w tobie reklamodawca. A im większy potencjał, tym większa szansa, że reklamodawca szarpnie się na wymierną finansowo współpracę, a stąd już tylko krok do spektakularnego i konkretnego sukcesu  (czytaj: pasja równa się kasa).

Blogi podróżnicze należą raczej do niszy. Tylko nieliczni na nich faktycznie zarabiają. Są i tacy, którzy nie dostaną gotówki do ręki, jednak korzystają z materialnego wsparcia jak na przykład testowanie sprzętu turystycznego, darmowe bilety, wyjazdy.

Ja nie robię projektów i zrezygnowałam z prób zdobywania sponsorów na wyjazdy. Może inaczej bym postępowała czy myślała, gdybym była wyczynowcem. Skoro chcę tylko podróżować, to nie chcę mieć nad sobą „kata”, który może i sfinansuje pomysł, ale w zamian stawia żądania trudne do spełnienia. Czasem takie, które przyjemność podróżowania są w stanie zamienić w orkę. Obowiązek w moim mniemaniu zabija radość, a ja dość mam wywiązywania się ze zobowiązań wobec kogoś. Chcę podróżować i robić to tak, jak mi się podoba. Bez ustawiania się do zdjęć z flagą sponsora czy robieniem mniej lub bardziej nachalnego „product placementu”.

Osoba wpływowa

Nic nie daje takiego zastrzyku nowych „lajków”, jak protekcja osoby z wirtualnym, i nie tylko, autorytetem.  Udostępni twój post, zachęci do polubienia, pokaże się z tobą na zdjęciu. Fala nowych „lajków” zaczyna spływać jak wody Niagary. Z tego też powodu blogerzy zabiegają o znaczące kontakty. Znaczące, czyli bogate w statystyczne wejścia i „lajki”. Mój fan – mój Pan: w wirtualnym świecie, to norma.

Chociaż nie brakuje osób, które za główny cel w wirtualnym blogowo-podróżniczym świecie, postawiły sobie zdobycie jak największej liczby fanów, dążąc do tego celu różnymi środkami (rzadziej skupiając się na podróżowaniu i autentyczności), to na szczęście nie wszyscy dali się wrzucić do „lajkowego wora”. Na swojej drodze spotkałam jak dotąd jedną osobę, które podejście do świata, życia i przede wszystkim innych ludzi mocno mną wstrząsnęły. Może jednak mam szczęście do dobrych ludzi? A może to kwestia wyboru z kim chcę pozostawać w relacjach? Wartościowanie innych przez pryzmat liczby fanów czy unikalnych użytkowników, to coś, nad czym nie potrafię przejść do porządku dziennego. Uciekając z korporacji myślałam, że trafię do lepszego świata. Przeliczyłam się, ale to nie mój problem. Fakt, pozostaje niesmak i refleksja – koniec ze statystykami. Na moim blogu ja dyktuję warunki. Kto chce „lajkuje”, kto chce „hejtuje”, ja idę swoją drogą. Tu jestem sobą! Nie lubisz mnie? Twój problem! Podoba Ci się to, co piszę? Super. Nie? Twój wybór, twoja sprawa. Nikt nie zmusza nikogo do czytania.

Nie jestem już w korporacji, w której musiałam silić się na uśmiechy do znienawidzonego szefa czy jeszcze mniej przyjemnego i interesownego klienta. Mogę wybierać. Mogę nawet olewać osoby wpływowe, które poznałam, a których charakter zupełnie mi nie odpowiada. Nie potrzebuję ich pomocy, nie chcę. W swoim życiu już wyczerpałam limit sztucznych uśmiechów. Dziś kładę nacisk tylko na te najszczersze kontakty i tylko z inspirującymi osobami, o ciekawym wnętrzu i dobrym sercu.

Parcie na sukces a może uzależnienie

Przeczytałam gdzieś, że od zdobywania polubień można się uzależnić, podobnie jak od zakupów, seksu czy jedzenia. Mam wrażenie, że żyjemy w świecie, w którym bez uzależnienia ani rusz. Wciąż sprawdzamy powiadomienia, zerkamy na statystyki, wciąż zastanawiając się jak dotrzeć do większej grupy odbiorców, jak zachęcić innych do odwiedzenia naszego bloga. Okazuje się, że dziś sam tekst lub zdjęcia już nie wystarczają.

Chciałabym być wolna od uzależnień i żyć w świecie wolnym od wyścigu szczurów, w każdej postaci. Zastanawiam się czy to możliwe? Czy da się tak. Czy jest sens pisać bloga, jeśli nikt go nie będzie czytał. Czy jest sens prowadzić portale społecznościowe, których nikt nie będzie obserwował. Oczywiście, że nie ma. Ale czy sens z kolei ma zabijanie się o te „lajki’, „serduszka” i „szerowania”? O kolejny komentarz? O widoczność postów?

Chciałabym być zupełnie wolna od tego wszystkiego, ale czy skoro prowadzę blog to mogę? Chyba nie do końca. Chciałabym tylko podróżować i pisać o tym, ale rzeczywistość jest brutalna i trzeba za coś żyć i czymś opłacać podróże. Więc cóż mi zostaje? Prosić o „lajka”pod postem? O udostępnienie na swojej tablicy? Wrzucenie na twittera? Czy o zachęcenie znajomych do polubienia?

A może mogę po prostu jednak być i pisać i fotografować… i po prostu najzwyczajniej w świecie czerpać z tego radość? Bez sprzedawania powierzchni reklamowych na blogu, bez rozmieniania się na drobne, bez parcia na szkło. Być autentyczną, tak po prostu. Dla wielu to może trudne, niewykonalne, bo wielu chciałoby żyć z pasji, coś znaczyć, mieć tłum fanów, bijących pokłony. Ja ten epizod w myśleniu mam już jednak za sobą. Nie potrzebuję poklasku tysięcy, wystarczy mi kilka słów „wzruszył mnie twój tekst”, „popłakałam się”, „poruszyłaś mnie” wypowiedziany przez garstkę. Bo w moim życiu chodzi mi o to, by być szczęśliwą i by przeżyć życie tak, by tego nie żałować, a nie wciąż gonić za czymś, co ulotne i wcale niekoniecznie dające szczęście. I choć wielu może powiedzieć, że życie jest zbyt krótkie, by być przeciętnym, to ja odpowiem, że jest zbyt krótkie, by tracić je na walkę o cyfrową popularność.

Myśląc o naszej rzeczywistości, w głowie mam jeden obraz – gladiatorów w Koloseum, tłumu rzymskiej gawiedzi oraz Cesarza unoszącego kciuk, decydującego o życiu lub śmierci walczących. Dziś te symbole odnajduję na wirtualnej arenie, gdzie o „życiu” blogera decyduje wirtualne audytorium wykrzykujące „Oszczędź go!” lub „Dobij!

800px-Jean-Leon_Gerome_Pollice_Verso Public DOmain

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

92 komentarzy do "Tyle jesteś wart, ile „lajków” masz"

Powiadom o
avatar
Sortuj wg:   najnowszy | najstarszy | oceniany
wpDiscuz