fbpx
MYŚLĘ SOBIE... W DRODZE

O psie, który latał samolotem, czyli jak salwadorski kundelek trafił do Polski

Kim jest Yuka? Skąd pojawiła się w moim życiu? A poza tym jak przewieźć psa samolotem i jak sprowadzić zwierzę z krajów trzecich do Europy? Rady nie tylko dla tych, którzy chcą przygarnąć psiaka z innego kraju, ale też dla tych, którzy planują podróże z psem czy wakacje z psem.

Odkąd byłam mała, zawsze mieliśmy psa. Najpierw był Szarp, owczarek niemiecki. Piękny, dzielny i wierny. Potem był Roki. Mniej wierny, bo lubił uciekać i podróżować autobusami po okolicach, aż w końcu przepadł na zawsze. Potem długo nic. Poszłam na studia, zaczęłam dorosłe życie. Zawsze jednak marzyłam o swoim psie. Ciągle jednak coś nie pozwalało. A potem to w ogóle przyszły podróże i marzenia o psie przykrył kurz. No bo przecież jak to pies? A kto z nim będzie zostawał? W podróż przecież nie wezmę…

Los jednak zdecydował za mnie. Postanowił na mojej drodze Yukę. To historia o miłości i przywiązaniu, ale chyba też przede wszystkim o odpowiedzialności i o tym, że jak się czegoś chce i się walczy, to można dokonać wszystkiego.


A było to tak.
Dojechałam do Salwadoru. W miejscu, w którym mieszkałam rok wcześniej, nie było wolnych pokoi. Ale i tak postanowiłam tam zajrzeć, by sprawdzić, czy dalej mieszka tam kotka, która podczas mojego ostatniego tam pobytu bardzo się do mnie przywiązała.
Przywiózł ją któregoś pięknego dnia właściciel. Postanowił, że to trzymiesięczne kocie ma trzymać z dala od jego posiadłości myszy. Zostawił kotkę, jedzenia nie i wyjechał. Zaczęłam więc kotkę dokarmiać.

Szybko się do niej przywiązałam. Wiedziałam jednak, że do Polski na pewno jej nie wezmę. Po pierwsze nie była moja (choć właściciel pewnie nawet by nie zauważył, że zniknęła), po drugie no jak wieźć kota do Polski. Jakoś sobie tego wówczas nie wyobrażałam.

Po  powrocie do Salwadoru chciałam ją jednak zobaczyć, sprawdzić, czy mnie jeszcze pamięta. Zapukałam do bramy posiadłości, w której poprzednio wynajmowałam pokój. Wpuścił mnie nowy lokator. Kotki jednak nie było. Za to okazało się, że jest mały psiaczek, którego znaleziono 4 tygodnie wcześniej. Siedziało to maleństwo w kartonie gdzieś w końcu ogrodu. Gdy ją zawołałam, rzuciła się w moją stronę i wskoczyła mi na ręce. Przepadłam. To była miłość od pierwszego wejrzenia i wiedziałam już, że musimy być razem. Yuka miała wtedy 6 tygodni i na imię Gandzia. Ktoś wyrzucił ją do pobliskiej rzeki. Znalazła ją znajoma. Początkowo myślała, że to taki nieco większy szczur. Była cała umorusana w błocie, zapchlona i zakleszczona.
Kiedy ja ją znalazłam, wyglądała już o niebo lepiej. Imię zmieniłam na Yuka. Bo yuka frita to typowa salwadorska przekąska. Yuka, znana powszechniej jako maniok, smażona na głębokim tłuszczu kolorem przypomina sierść mojej suni. A poza tym to moje ulubione salwadorskie danie i coś, co bardzo mocno kojarzy mi się z Salwadorem.


Obejrzycie krótkie video, w którym przewodniczką jest Yuka 🙂


W Salwadorze zastała mnie pandemia. Ostre restrykcje, zakaz wychodzenia z domu. Gdyby nie Yuka, nie wiem, jakbym to zniosła. Dawała mi radość każdego dnia, choć ja cierpiałam też, że nie możemy chodzić na długie spacery i większość czasu musimy spędzać w zamknięciu. Niestety w Salwadorze nikogo nie obchodzi, że ktoś ma psa. To nie było wytłumaczenie dla wyjścia z domu. Przecież psy w Salwadorze (i ogólnie w Ameryce Środkowej) wyprowadzają się same. Kto więc widział, by robić wyjątki w pandemii i pozwalać na spacer z psem. Tak przetrwałyśmy trzy miesiące. Potem było już nieco lepiej, ale nie do końca.

Mimo że plany początkowo były takie, że ja na dłużej zostane w Salwadorze, gdzie będę miała bazę  wypadową, to w maju miałam jednak na sezon wracać do Polski (a we wrześniu/październiku znów do Salwadoru). Bilet przepadł, bo i lotniska i granice zamknięte. Powrót więc zaplanowałam na wrzesień, bo czekało mnie kilka projektów. Nie miałam jednak pojęcia, czy faktycznie we wrześniu uda mi się dolecieć do Polski. Z różnych powodów. Po pierwsze ze względu na zawrotne ceny biletów, po drugie na sytuację w kraju i zamknięte lotniska, które nie wiadomo było kiedy otworzą, a co z tym się wiązało: brak połączeń lotniczych. Znalezienie lotów graniczyło z cudem. Codziennie wydzwaniałam na infolinie do Iberii w Hiszpanii oraz lini amerykańskich, a właściwie jedynej, która latała z Salwadoru do Stanów, czyli United. Wyboru więc wielkiego nie było.

Zaczęłam się też w miarę wcześnie przygotowywać do zabrania Yuki. I też nie miałam pojęcia czy to się uda. Nie wyobrażałam sobie zostawić jej, ale nie miałam pojęcia jak w tym trudnym czasie potoczą się losy. Poza tym to nie taka prosta sprawa przetransportować psa z krajów trzecich do Europy. Masa papierów, badań, zgód i pozwoleń. Wiedziałam jednak, że Yuka musi ze mną jechać do Polski, bo przecież jest się odpowiedzialnym za to, co się oswoiło. Byłam zdeterminowana i nie dopuszczałam do siebie myśli, że ze mną nie poleci.

Masa jest nieodpowiedzialnych turystów, którzy przygarniają psiaki, bo fajnie jest mieć maskotkę, a potem wyjeżdżają z kraju i psa zostawiają. Pół biedy jak znajdą dla niego rodzinę zastępczą, ale wielu po prostu psiaki porzuca. Ja sobie tego nie wyobrażałam, mimo że miałam kolejkę chętnych, by zabrać Yukę (bo taki słodziak z niej 🙂

Jako że nigdy wcześniej nie podróżowałam z psem, to nie miałam pojęcia od czego zacząć. Zaczęłam oczywiście od weterynarza, ale ten, który Yuką się opiekował od małego szczeniaczka też nie za bardzo miał pojęcie, jak to zrobić. Musiałam więc znaleźć kogoś, kto wiedział.


Szczepienia

Yuka dostała szczepionkę na wściekliznę, którą jednak musiałam potem powtórzyć. Aby zabrać psa do Europy, trzeba przede wszystkim najpierw psa zaczipować. Dopiero zaczipowanego psa, zaszczepić przeciwko wściekliźnie. Weterynarz, do którego chodziłam od początku, nigdy czymś takim się nie zajmował, nie robił czipów i nawet nie uprzedził mnie, że przed szczepieniem, powinnam za czipem się rozejrzeć. Udało mi się znaleźć jednak poradnię weterynaryjną, w której nie pierwszy już raz przygotowywali psa do podróży. Wszczepili Yuce czip, a następnie zaszczepili przeciw wściekliźnie. Szczepienie zyskuje ważność po upływie 21 dni. I po tym czasie mogłam przejść do kolejnego etapu, czyli miareczkowania.

To chyba najtrudniejszy, bo czasochłonny (przynajmniej w Ameryce Środkowej) i najdroższy etap. Badanie poziomu przeciwciał przeciw wściekliźnie metodą miareczkowania.
Trzy tygodnie po szczepieniu (21 dni, choć czytałam, że powinno się to zrobić nie wcześniej niż po 30 dniach), weterynarz pobrał krew i wysłał do specjalnego laboratorium, które takimi badaniami się zajmuje (link do zatwierdzonych laboratoriów ). W przypadku Salwadoru trzeba było tę próbkę krwi wysłać do Stanów Zjednoczonych. Teoretycznie można było wysłać do Meksyku, do którego jest bliżej, ale lekarz stwierdził, że to w Stanach jest pewniejszym laboratorium). Na wynik miałam czekać około 5 tygodni, aczkolwiek i tak nie można było wwieźć psa na terytorium UE jeszcze przez 3 miesiące, liczone od dnia pobrania próbki krwi do badania. Takie badanie to koszt 230 dolarów w Salwadorze (w Polsce jest taniej).

Na wyniki badania zamiast 5 tygodni, czekałam prawie 3 miesiące. Wynik Emilem przyszedł nieco wcześniej, ale na oryginał czekałam dłużej, a ponoć tylko z oryginałem mogłam wyjechać (przyszedł na tydzień przed wylotem). Oprócz tego na 5 dni przed wylotem weterynarz musiał odrobaczyć Yukę (w zależności od kraju mówi się o 3-5 dniach przed wylądowaniem) i wtedy też wystawił mi świadectwo zdrowia (Tutaj znajdziecie druki niezbędnych dokumentów).
To jednak nie koniec.


Pozwolenia z ministerstw

Ze świadectwem zdrowia, wynikami miareczkowania musiałam udać się do odpowiedniego w danym kraju Inspektoratu. Tam przejrzano dokumenty, zatwierdzono i odesłano mnie do Ministerstwa Rolnictwa i Zwierząt, gdzie musiałam odczekać w kolejce, zapłacić znów kilkadziesiąt dolarów. Przejrzano dokumenty, zatwierdzono i odesłano do Ministerstwa Spraw Zagranicznych. Tam znów przejrzano wszystkie dokumenty i wystawiono kolejny papierek. Miałam pełen komplet dokumentów, by zabrać Yuke do Europy.
Oczywiście nie obyło się bez problemów. Weterynarz mówił, że Ministerstwo Rolnictwa jest jedynym, do którego muszę się udać i że wszystko załatwię w 2 godziny. Weterynarz popełnił jednak błąd i nie wydał mi jednego papierka, w związku z czym w Ministerstwie Rolnictwa mnie odesłano z powrotem do weterynarza. Miałam godzinę, by w potwornych salwadorskich korkach wrócić i opłacić wydanie zezwoleń, zanim wszystko zamkną, a potem jeszcze jak się okazało,  udać do Ministerstwa Spraw Zagranicznych, w którym początkowo nie chciano mnie przyjąć bez umówionej wizyty. A musiałam to ogarnąć w ten jeden dzień, bo kolejne dni to była sobota i niedziela, kiedy ministerstwa były nieczynne. Nie można też było tego zrobić wcześniej, bo pies musiał być odrobaczony na 5 dni przed i dopiero wtedy można było wyrabiać wszystkie pozwolenia.
To jednak dalej nie koniec.


Pies na pokładzie samolotu

Pozwolenia na zabranie Yuki były. Teraz pozostawał temat transportu. Nie chciałam, by Yuka leciała w klatce pod pokładem, bo i ona i ja umarłybyśmy chyba ze stresu. Była jednak za duża, by oficjalnie lecieć ze mną na pokładzie. Szukałam więc sposobu.
Okazało się, że Amerykanie już go znaleźli. Pies niezależnie od rozmiaru może lecieć ze swoim właścicielem na pokładzie, kiedy jest wsparciem emocjonalnym dla swojego pana. Taka możliwość istnieje jednak tylko w samolotach amerykańskich lub na trasie do i ze Stanów Zjednoczonych. Certyfikat/ zaświadczenie (ESAN emotional support animal) uzyskuje się od certyfikowanego psychologa lub psychiatry. Nie jest to żaden wielki dokument. Psycholożka, która mi go wystawiała, napisała go na zwykłym papierze i tylko w języku hiszpańskim.  Nie miałam problemów z tego powodu, ponieważ dokumenty sprawdzono mi tylko raz, na lotnisku w Salwadorze, gdzie wystawiano mi miejscówki i bilet dla psa (ale pewnie dobrze jest mieć go również w języku angielskim). Potem już tylko pokazywałam bilet i nikt nie dopytywał o żadne dokumenty. Za wystawienie dokumentu zapłaciłam 30 dolarów, aczkolwiek oficjalna cena za dokument w Ameryce Środkowej, czy w Meksyku to 100 dolarów (w jednym miejscu zażyczono sobie 170 dolarów). Taki dokument jest ważny rok, a pies ESAN leci za darmo. W Internecie można znaleźć oferty certyfikatów również za ok. 100 dolarów. Wszyscy jednak odradzają, przekonując, że powinien być oryginał, a nie dokument wydrukowany.  Pewnie mógłby przejść w niektórych liniach, ale może i niekoniecznie. Lepiej więc nie ryzykować i wybrać się osobiście na wizytę.

Każda linia lotnicza ma swoje zasady i często dodatkowe dokumenty do wypełnienia. Leciałyśmy liniami United z Salwadoru do Waszyngtonu i z Waszyngtonu do Frankfurtu. Aby zarezerwować miejsce dla psa (a bardziej możliwość zabrania psa), najpierw musiałam kupić swój własny bilet i wtedy wysłać zgłoszenie i chęć zabrania psa. Razem z tą „chęcią”, musiałam przesłać trzy dokumenty (znalazłam je na dedykowanej stronie linii lotniczych). Jeden musiał wypełnić  weterynarz, drugi psycholog/psychiatra, a trzeci ja.

Bilet kupiłam na 10 dni przed datą wylotu. Dokumenty dla psa trzeba wysłać minimum na 48h przed wylotem, ale na odpowiedź każą czekać nawet do 5 dni roboczych. Po 5 dniach roboczych zadzwoniłam i okazało się, że dostałam odmowną odpowiedź. Coś nie tak zostało wypełnione do końca przez weterynarza, w dokumencie od psychologa też czegoś zabrakło. To były naprawdę bzdury, ale się do nich przyczepiono. W przypadku weterynarza na przykład, że nie wpisał daty wygaśnięcia legitymacji weterynaryjnej. Okazuje się jednak, że w Salwadorze weterynarz dostaje ją dożywotnio, więc nie ma daty wygaśnięcia, a więc nie może jej wpisać. Po wyjaśnieniu wszystkiego i poprawkach ponownie wysłałam dokumenty. Spędziłam jednak całe godziny, wydzwaniając do odpowiedniego działu w liniach United w Stanach. Dzwoniłam tam wielokrotnie i za każdym razem rozmawiałam z kim innym i za każdym razem, każdy mówił mi kompletnie co innego. Finalnie za piątym podejściem i rozmowie trwającej 2 godziny osiągnęłam cel. Dostałam potwierdzenie mailem, że Yuka może lecieć. Tak naprawdę chyba pomogły łzy i życzliwość po drugiej stronie.

Nie jestem w stanie opisać tego całego stresu, jaki przeżyłam i określić litrów wylanych łez. To był bardzo ciężki czas. 7 miesięcy kwarantanny, brak możliwości kupienia biletu powrotnego do domu, zamknięte lotniska, granice, brak pracy i jeszcze możliwość, że nie uda mi się zabrać ze sobą psa. Byłam kłębkiem nerwów. Wiedzą to ci, którzy na bieżąco śledzili stories na instagramie. Niektórzy nawet pisali, że na moje stories czekali z większą niecierpliwością, niż na kolejny odcinek ulubionego serialu na Netflixie. A nasz powrót z Yuką wszyscy śledzili z zapartym tchem 🙂


Lot samolotem z psem

Lot minął nam w miarę spokojnie. Bałam się, że zaraz ktoś się przyczepi do czegoś w dokumentach Yuki i nie pozowolą jej lecieć. Dokumenty, a konkretnie książeczkę ze szczepieniami oraz zaświadczenie od psychologa sprawdzono mi jednak tylko na początku w Salwadorze. Wydano bilety i tyle. Na całej trasie kompletnie nikt mnie już nigdzie nie prosił o żadne dokumenty. A co najlepsze nikt nie sprawdził nawet tego niezwykle ważnego badania miareczkowania, bez którego ponoć nie można wwieźć zwierzęcia do Europy. W Niemczech nikt chyba nawet nie zauważył, że przyleciałam z psem. Byłam w szoku. Więcej papierów, załatwiania i pozowleń oraz stresu z tego powodu niż w rzeczywistości było to warte. Ale kto to mógł wiedzieć, prawda?

Sam lot odbył się też w miarę bez problemów. Nie podawałam psu żadnych leków. Yuka początkowo się trochę denerwowała przy starcie ze względu na nieznane jej hałasy. Potem jednak spała jak zabita całą drogę. Przy przelocie jako wsparcie emocjonalne, przynajmniej w liniach United, Yuka nie miała wyznaczonego miejsca na siedzeniu pasażera. Teoretycznie wg. zaleceń powinna zajmować miejsce w nogach właściciela, co z dużym psem nie jest wcale takie proste. Ponieważ wracałyśmy w dobie pandemii, gdzie co drugie miejsce w samolocie było wolne, Yuka miała większe możliwości ułożenia się. Bywały moment, że wskakiwała na siedzenie i zwijała się w kłębuszek. Personel był super życzliwie nastawiony i nigdy nie zwrócili mi uwagi na to. Wręcz przeciwnie przychodzili dopytywać, czy Yuka czegoś nie potrzebuje.Wielu pasażerów dziwiło się przy wyjściu, że leciał z nimi pies, ponieważ w ogóle nie słyszeli i nie zauważyli Yuki.
W drugim locie z Waszyngtonu do Frankfurtu Yuka przespała 8 godzin.

W zależności od linii istnieją różne zasady. A mianowicie, że przelot nie może być dłuższy niż np. 8h, ale też czas między jedynym a drugim samolotem również nie może przekraczać pewnej liczby godzin. Wszystko zależy od linii i trzeba dokładnie o to dopytać i sprawdzić i zgodnie z tym wybrać lot.
Na wielu lotniskach można znaleźć specjalne miejsca dla zwierząt. W Waszyngtonie pomieszczenie jednak nie było zbyt przyjazne i tak naprawdę Yuka nie miała pojęcia, co w nim ma zrobić, dlatego swoje potrzeby niestety załatwiła podczas międzylądowania na dywanie na lotnisku.

Do tej pory wszyscy mi zawsze mówili, że podziwiają mnie, bo podróże w pojedynkę przecież muszą być bardzo trudne. Muszę przyznać jednak, że w porównaniu to podróżowania w pojedynkę z psem jest dużo trudniejsze. Do tej pory problemem było np. skorzystanie z toalety, bo jak się jest samemu, to nie ma komu zostawić do przypilnowania rzeczy. Tu nie dość, że nie ma komu zostawić rzeczy do przypilnowania, to jeszcze dodatkowo trzeba się do kabiny władować z bagażami i z psem.
Ta pierwsza podróż z Yuką, to była najbardziej stresująca i męcząca podróż w moim życiu. Ze względu na Yukę, rozłożyłam ją w czasie na 3 dni. Tak, bym mogła spokojnie dać jej zjeść, wyjść z nią na spacer. Myślę jednak, że to kwestia przyzwyczajenia. Z czasem będzie się nam podróżowało coraz lepiej, bo Yuka to idealny i genialny pies na podróże. Od małego  przyzwyczajałam ją do jeżdżenia autobusem czy samochodem. Chwilę trwało oswojenie się z samolotem i pociągiem. Jeżeli przyzwyczajamy psiaka od małego do podróży, to nie ma opcji, by nie wyrósł na prawdziwego psa podróżnika.


Wielu z Was mi pisało, że jestem dobrym człowiekiem, bo przygarnęłam psiaka. Nie sądzę bym była dobrym człowiekiem. Przygarnęłam Yukę, bo ją po prostu pokochałam. A jak się kogoś kocha, to się o niego dba, troszczy i nie zostawia z byle powodu. Na pewno jestem jednak zdeterminowana i łatwo się nie poddaję. Jak już czegoś chcę to o to walczę do końca. Jeśli poniosę klęskę, to z myślą, że zrobiłam wszystko, co w mojej mocy.

I taki apel na końcu. Nie kupujcie – adoptujcie. Jest tyle niekochanych samotnych psiaków. Nie szukajcie wymówek, że ciężko, bo praca, podróże i nie ma z kim zostawić. Nie jest łatwo, przyznaję. Yukę zabieram ze sobą wszędzie, gdzie się da, a jeśli się nie da, bo musze wyjechać na kilka dni do pracy, to szukam dobrej duszy, która się zaopiekuje wśród przyjaciół.  Gwarantuję Wam, że zawsze się ktoś znajdzie. Ja w razie czego chętnie się zajmę. Yuka będzie miała towarzystwo 🙂


W drodze powrotnej, a dokładnie po wylądowaniu we Frankfurcie, dostałam telefon, że zostałam wybrana jako bloger, który w ramach Turystycznych Mistrzostw Blogerów będzie reprezentował województwo pomorskie. Jako że wróciłam z Yuką, to postanowiłam podejść do tematu inaczej i pokazać miejsca na spacery z psem w GdyniSopocie. Oraz nakręciłam króciutkie video, w którym to Yuka jest przewodniczką. Zapraszam do oglądania i czytania:)


AUTORSKI KALENDARZ 2021

A gdybyście chcieli nas obie wesprzeć, a przy tym sprawić sobie przyjemność, to zapraszam serdecznie do zakupu autorskiego kalendarza, który już dawno temu chciałam zrobić i dopiero w tym roku mi się to udało. Zdjęcia w kalendarzu pochodzą z baśniowego projektu fotograficzno-podróżniczego “Stroje regionalne świata”. Jest też oczywiście zdjęcie w stroju z ojczyzny Yuki. Złóż zamówienie!

 

0 0 vote
Article Rating

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Subscribe
Powiadom o
guest
3 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Magda

Dzień dobry,
Widziałam Cię w niedzielę jak wychodziłaś z gorlickiego parku, z Yuką…gdyby nie to, że szłaś z Mamą pewnie bym zagadała, ale nie chciałam zakłócać rodzinnego spaceru. Byłam tak podekscytowana, że aż trudno opisać moje emocje…byłaś taka prawdziwa, w tej czerwonej kurtce, z plecakiem, z Yuką na smyczy, z tymi blond włosami. Wszystko co znałam z neta, ze zdjęć, relacji….miałam 3m przed sobą. Fajne to było uczucie! Ucieszył mnie Twój widok ogromnie ! Trzymaj się dzielna Dziewczyno , życzę Ci wszystkiego co dobre, mądre i piękne.
Magda z Gorlic

Irmina

Piękna historia. Kto by pomyślał, że tyle biurokracji na ciebie czeka, która koniec końców, nie była aż tak ważna… Ale grunt, że się udało i teraz jesteście razem:)

Ogrodolandia

Fantastyczny pies, jest przepiękny! 🙂 To w końcu – najlepszy przyjaciel człowieka:)