fbpx
EUROPA POLSKA W DRODZE

11 rzeczy, które warto zrobić w pomorskim

Pomorze większości się kojarzy z plażowaniem. Na tym jednak nie kończą się atrakcje turystyczne województwa pomorskiego. Znajdzie się tu wiele atrakcji dla aktywnych i ciekawych świata. Można ruszyć szlakiem latarń morskich, bursztynu lub murali. Można pojeździć rowerem po Żuławach lub pouczyć się kaligrafii. Można nawet poczuć się przez chwilę jak na Saharze. Zobaczcie 11 rzeczy, które warto zrobić w województwie pomorskim.


1. ODWIEDŹ POLSKĄ SAHARĘ

Wspinam się mozolnie krok po kroku i czuję się, jakbym faktycznie przemierzała saharyjską pustynię. Stopy brną w piachu i każdy krok kosztuje sporo wysiłku. W końcu wchodzę. Przede mną rozlega się piaszczysta przestrzeń. Nie to nie Oman czy Maroko, ale Polska i ruchome wydmy w Słowińskim Parku Narodowym. Słońce powoli chyli się ku zachodowi, zaraz zniknie za wydmą. Wspinam się więc jeszcze wyżej. Stąd widok dosłownie zapiera dech. Wydmy ciągną się niemal po horyzont i tam stykają się z morzem. Nigdy nie przypuszczałam, że w Polsce znajduje się miejsce, w którym można się poczuć jak na prawdziwej pustyni.

Ruchome wydmy w Słowińskim Parku Narodowym liczą około czterdziestu metrów wysokości i są największym pasmem ruchomych wydm w Europie. Znajdują się na wąskiej mierzei pomiędzy Morzem Bałtyckim a jeziorem Łebsko. Niesamowite jest to, że wydmy przemieszczają się już nawet przy wietrze o prędkości 5 metrów na sekundę. Ci, którzy mieszkają w okolicach i często zaglądają na wydmy mówią, że za każdym razem widzą zmiany tu zachodzące.

Krajobraz jest unikalny na skalę Polską, choć oczywiście nie pozostaje bez wpływu na otoczenie. Piasek zasypuje okoliczne lasy, bagna, a nawet tereny zamieszkiwane przez ludzi. Najwyższą wydmą jest wydma Łącka, Jej nazwa pochodzi od miejscowości Łączka, która w XVIII wieku została zasypana piaskiem. Ponoć można gdzieniegdzie znaleźć jeszcze fundamenty zasypanych budynków.



2. NARYSUJ MIŁOŚĆ WE WDZYDZACH

Ona siedziała nad brzegiem jeziora i malowała. On pływał łódką. Nie znali się. Podpłynął jednak i zapytał: – Co pani maluje? – Chcesz, to namaluję Ci miłość – odpowiedziała. Rok później wzięli ślub, popełniając tym samym mezalians. Izydor był czternaście lat młodszy od Teodory. Tak wyglądała romantyczna historia założycieli muzeum – państwa Gulgowskich.

Muzeum, a właściwie park etnograficzny narodziły się z miłości i pasji. Dziś jest  to najstarszy skansen na ziemiach polskich. Na jego terenie znajduje się około pięćdziesiąęciu różnych budynków, przede wszystkim z Kociewia i Kaszub.

U kowala bucha ogniem. Mężczyzna podsyca żar. Bierze kawałek metalu w szczypce i wkłada do ognia. Gdy metal rozogni się, zaczyna uderzać w niego młotem i formować odpowiedni kształt. – Zrobię pani listek. Chce pani? – Potakuję twierdząco głową i na  „do widzenia” dostaję nie tylko metalowy listek, ale i małą podkówkę na szczęście.

Podoba mi się interaktywność w parku. W każdym z obiektów natykamy się na pracownika, który opowiada o danym miejscu.

Poza tym organizowane są tu różne wydarzenia, na których można przekonać się, jak wyglądały dawne obrzędy. Można też wziąć udział w warsztatach z malowania na szkle, hafciarstwa czy robienia papierowych kwiatów.

Przy kościele, który jest jedynym kościołem we Wdzydzach i regularnie odbywają się tu msze, a nawet śluby, natykamy się na Ryszarda. Patrzy na mnie spode łba i ucieka, gdy wyciągam rękę. Przy szkole z kolei siedzi kolejny, biały. Moja przewodniczka mówi, że park to raj nie tylko dla rodzin z dziećmi, ale i dla kotów. Teodora miała ich ponoć dziewiętnaście. Ci, którzy jeszcze ją pamiętają, mówią, że gdy szła na grób ukochanego, wędrował za nią cały sznurek zwierzaków. Zresztą, gdy wysyłała pocztówki do znajomych, to poza swoimi imieniem wpisywała również pozdrowienia od swoich pupili.

Zaglądamy też do szkoły, która znajdowała się wcześniej w miejscowości Więckowe na Kociewiu. W jednej części jest izba lekcyjna, w drugiej mieszkanie nauczyciela. Za biurkiem siedzi poważny mężczyzna, który poproszony przeze mnie, zaczyna do kamery mówić po kaszubsku. Bo tutaj również można się uczyć tego języka.

W izbie pamięci założycieli przyglądam się starym pocztówkom i obrazom, które malowała Teodora oraz plecionkom, wykonanym przez Izydora.

Oboje byli niesamowitymi ludźmi i wspólnie zrobili wiele dobrego dla miejscowych. Teodora uczyła miejscowe kobiety hafciarstwa, a Izydor mężczyzn plecionkarstwa i w ten sposób przyczynili się również do rozwoju miejscowego rękodzieła.

Cały teren liczy 22 hektary i jest przepięknie położony w lesie nad brzegiem jeziora. Z niewielkiego szczytu, gdzie został pochowany Izydor, rozciąga się piękny widok na jezioro. To tu przez 24 lata przesiadywała Teodora nad grobem ukochanego, który mimo że 14 lat młodszy, umarł stanowczo za wcześnie.

Warto tu przyjechać dla pięknego miejsca, ale też dla historii, która tutaj wciąż jest żywa.


3. POSPACERUJ SZLAKIEM MURALI

Czterysta metrów kwadratowych. Trzydzieści sześć metrów wysokości i jedenaście długości. Tak prezentują się ściany bloków na gdańskim osiedlu Zaspa Młyniec, gdzie przez kilka lat odbywał się festiwal Monumental Art. Zanim jednak odbyła się pierwsza edycja, osiedle przygnębiało szarością. Wprawdzie pomiędzy budynkami zawsze wykwitała zieleń, to jednak szara masa budynków dominowała. Bo ta zieleń, zresztą podobnie, jak i inna niż dotychczas stosowana zabudowa grzebieniowa, która ustąpiła schodkowej (od większego do mniejszego), to miały być atuty nowego wówczas w latach 60. osiedla. Chciano stworzyć miejsce przyjazne wszystkim, w którym ludzie nie będą zmuszeni zaglądać sobie nawzajem w okna, gdzie będzie przestrzeń. A było, gdzie budować, bo przestrzeni z racji tego, że znajdowało się tu lotnisko, nie brakowało. Osiedle zbudowano po dwóch stronach pasu startowego, utrzymując kształt sześciokąta (ponoć z góry osiedle wygląda niczym plaster miodu).

Przyszedł jednak czas, że oblicze osiedla się zmieniło. Zorganizowano festiwal i na pierwszej jego edycji pomalowano 6-7 ścian. W kolejnych aż do 2016 roku średnio malowano 4-5 ścian, a w ciągu roku Gdańska Szkoła Muralu domalowywała kolejne 1-3 ściany. Tak się rozrastała kolekcja gdańskich murali, która dziś jest największą kolekcją zebraną na jednym terenie.

Jak powstawały murale? Nie było rzutnika, lecz siatki, na których je przenoszono, aczkolwiek można znaleźć pracę, która była malowana również „z ręki” – mówi przewodniczka. – Każdy artysta miał maksymalnie dwa tygodnie na skończenie swojej pracy.

Co roku zakładano nowy temat. Według przewodniczki Basi Mayer jednym z najpiękniejszych lat był rok 2016. Powstały wówczas takie prace, które mocno chwyciły ją za serce. Jedna z nich to i ta, które mi najbardziej przypadła do gustu. To praca stworzona przez ekipę argentyńską, mówiąca o współdziałaniu. Na malowidle widać chłopca w koszulce z elementami argentyńskimi i dziewczynkę w sukience w kaszubski wzór.

Zresztą z obrazów ściennych można wyczytać wiele różnych treści, bo mimo że każdej nowej edycji przypisany był konkretny temat, to jednak jak to bywa w sztuce, ilu artystów, tyle interpretacji.

Często na muralach odkryjemy elementy związane z historią miejsca jak chociażby mural ze sterowcem w roli głównej. Kiedyś właśnie tutaj taki sterowiec wylądował. Są też nawiązania do Gdańska, jak chociażby bursztyn, czy niesamowity mural przedstawiający portret Lecha Wałęsy, który na tym osiedlu mieszkał.

Na spacerze śladami murali nie tylko można się sporo dowiedzieć o samej sztuce malowania wielkoformatowego, ale i sporo o historii osiedla i samego Gdańska.


4. RUSZ BURSZTYNOWYM SZLAKIEM

Biorę go w dwa palce. Jest piękny, a pod światło mieni się i dostrzegam w nim jakieś drobinki. W wielu można dopatrzyć się małych mróweczek albo drobnych owadów. Bursztyn.  Wiele cudownych okazów można zobaczyć w Muzeum Bursztynu w Gdańsku. To jeden z punktów na Bursztynowym Szlaku, którego przemierzanie na Pomorzu zaczynam od Faktorii w Pruszczu Gdańskim. Zbudowana została ona na wzór faktorii handlowych budowanych przez Rzymian, którzy wędrowali bursztynowym Szlakiem w kierunku Gdańska.

Na terenie faktorii odnajduję dwie zrekonstruowane chatki: bursztyniarza i kowala, w których prezentowane jest życie pierwszych mieszkańców Pruszcza Gdańskiego oraz rekonstrukcję wozu, jakiego używali kupcy rzymscy do transportu bursztynu bałtyckiego.

Chata Wodza pełni zaś rolę muzeum. Znajdują się tu eksponaty pochodzące z Muzeum Archeologicznego i Muzeum Bursztynu w Gdańsku, które skupiają się w wystawę pod tytułem: Magia Bursztynowego Szlaku – Skarby Pruszcza Gdańskiego. Tutaj znajduje się wszystko, co udało się odnaleźć na terenie miasta. Eksponaty, które świadczą o tym, że faktycznie przebiegał tędy szlak bursztynowy, a kupcy przyjeżdżali tu na wymiany. Z ciekawszych eksponatów można zobaczyć fibule, czyli zapinki spinające damską odzież, trzy złote wisiorki, bransolety. Są też oryginalne i pięknie zachowane kolie, które znaleziono w grobach szkieletowych. Jest też i sam szkielet kobiety oraz zapinki, okucia pasa oraz naczynia i narzędzia codziennego użytku, które znaleziono wraz z nim w grobie.

Dalej z Pruszcza można ruszyć do Bursztynowej Góry, gdzie znajdowała się kopalnia bursztynu albo do jednej z pracowni bursztynu, by podpatrzeć, jak taki bursztyn się opracowuje.

Dziś bursztyn jest niemal wszędzie na Pomorzu. W wielu ośrodkach SPA wykorzystuje się go do zabiegów. Można go znaleźć nawet w restauracyjnych menu. Gdańsk ma też swój wielki „bursztyn” w postaci PGE Arena, która nocą rozświetla się na złoto, a nawet autostradę, której oficjalną nazwą jest AmberOne, czyli Bursztynowa Autostrada A1. Ten szlak wiedzie aż do Słupska, gdzie znajduje się bursztynowy niedźwiadek, który wykopano na terenie miasta.


5. ZAJRZYJ DO DOMU PODCIENIOWEGO

 Wszystko zaczęło się od mojego taty, który zajmował się fotografią – mówi Jacek Opitz. – Fotografował Żuławy. Dom podcieniowy zwany Małym Holendrem jest wynikiem pasji  do Żuław Marka Opitza. Został przeniesiony z miejscowości Jelonki. Wcześniej w tym domu mieszkały dwie rodziny, które mieszkać w zabytku dłużej nie chciały. Pan Marek od początku marzył, by Mały Holender był restauracją i finalnie tak się stało. Wcześniej jednak organizowano tu warsztaty związane z Żuławami, warsztaty serowarskie czy plenery malarskie.

W sezonie jednak dom podcieniowy funkcjonuje jako restauracja i w karcie menu można znaleźć dania kuchni mennonickiej, np. zupę klopsową, na którą przepis rodzina Opitzów otrzymała od rodziny mennoickiej Andres. Zresztą nie tylko przekazali jeden przepis, ale cały zeszyt. To jeden z kilku domów podcieniowych na Żuławach, ale jeden z niewielu, do którego można zajrzeć oraz jedyny, który jest gospodą.

Dom ma 400 m2. Obecnie używana jest jednak tylko połowa. Jest to dom średniej wielkości. Są jednak takie domy podcieniowe, które miały nawet tysiąc metrów i co ciekawe były to domy chłopskie.

Podcień, od którego cały dom bierze nazwę, pełnił funkcję spichlerza. Na Żuławach dość częste były powodzie, dlatego chowano zboże na górze, by w razie czego ochronić zapasy. Z czasem jednak, kiedy powodzie już zaczęły się zdarzać coraz rzadziej, podcień zaczął pełnić rolę ozdobną z zewnątrz i mieszkalną wewnątrz. Liczba filarów podcienia, na których był ustawiony, świadczyła o zamożności właściciela.

Domy podcieniowe to jeden z elementów charakterystycznych Żuław. Poza nimi są jeszcze wiatraki holenderskie, na przykład w Palczewie, czy kościoły szachulcowe. Znajdziemy też sporo śladów po Mennonitach, którzy osiedlali się na Żuławach. A kim byli? Przyjechali z Holandii, gdzie brakowało m.in pola pod uprawy, a ziemia na Żuławach, mimo że dość częsta była nawiedzana powodziami, była też jedną z najżyźniejszych.

Żuławy mają specyficzny krajobraz. Niemal całkowicie pozbawione są lasów. W każdą stronę rozciągają się pola. Nie ma żadnych wzniesień, a wręcz przeciwnie region znajduje się poniżej poziomu morza. Jest idealny na jazdę rowerem. Można się wybrać Pętlą Żuławską lub właśnie śladem Mennonitów, by pogłębić wiedzę o tym niespecjalnie wciąż znanym wśród turystów regionie.


6. POUCZ SIĘ KALIGRAFII 

Pióro nie przypomina tego, jakie pamiętam z filmów historycznych. Nie ma opierzenia. Tak, czy inaczej zanurzam je w atramencie i staram się narysować równe kreski. Cienka, szeroka, cienka, szeroka. Nie wychodzi. – Trzymamy pod kątem 45 stopni – instruuje skryba z Pelplina Grzegorz Kilian, pod którego okiem próbuję trudnej sztuki kaligrafii.

Lekcje odbywamy na Krużgankach klasztornych. – Nazywam je średniowiecznymi autostradami – mówi żartobliwie – ponieważ służyły do szybkiego przemieszczania się między najważniejszymi pomieszczeniami w klasztorze. I to tu odbywają się lekcje muzealne, podczas których można się podszkolić z najwyższej formy,  jaką mógł się trudzić średniowieczny mnich, czyli przepisywaniem ksiąg. W krużgankach  często funkcjonowały  bowiem skryptoria. Przy pulpitach zasiadali mnisi i kopiowali książki. Dlaczego krużganki? Ze względu na bardzo dobre oświetlenie przez cały rok.

-No, a co z tymi gęsimi piórami? Dlaczego są nieowłosione? – pytam. Takim piórem oczywiście też można pisać, ale cała ta chorągiewka jest zbędna i nie uczestniczy w pisaniu. – tłumaczy. – To pióro nie jest może tak imponujący jak opierzone, ale jest autentyczne.

Próbuję do skutku. Odpowiednio ustawiam narzędzia pod kątem 45 stopni i usztywniam ramię. W ten naturalny sposób zaczynam tworzyć cienkie i szerokie linie, z których jest zbudowana litera gotycka. To cała magia. Po kilku próbach, pisane przeze mnie litery zaczynają faktycznie przypominać pierwowzór.

Pelplin posiada bardzo bogate tradycje piśmiennicze. Tu funkcjonowało jedno z lepszych skryptoriów w Polsce. – My trochę kontynuujemy tradycje piśmiennicze szarych mnichów ,bo od 2012 roku udało się zrekonstruować w Pelplinie średniowieczny warsztat kaligraficzny i od tego czasu turystom oferuje się zajęcia z kaligrafii – mówi Grzegorz. Są to lekcje muzealne połączone z elementami manualnymi. Skryba pokazuje, jak wyglądał średniowieczny warsztat, jakich narzędzi się używało i jak powstawała w średniowieczu książka.

A jakich narzędzi poza piórem jeszcze używali mnisi? Na przykład skalpela, z którym skryba się nie rozstawał, a który służył do ostrzenia piór. W ciągu dnia potrafił bowiem stępić kilkanaście piór. Skalpel służył też jednak do korekt. W ten sposób przekonałam się, że jeszcze w podstawówce też często korzystałam z technik średniowiecznych. Pamiętam, jak się kupowało żyletki w sklepie lub jak nie było takiej pod ręką i do zeskrobywania błędów ortograficznych używało się nożyka.

Przeglądamy księgi. Jedna, taka licząca około pięciuset stron, powstawała mniej więcej od roku do dwóch lat. Wszystko zależało od na przykład wielkości liter. Ile mogła kosztować? – Mówi się, że osiągała wartość wsi. – Ale Grzegorz od razu tłumaczy, że mogła tyle kosztować, bo księgi miały różną wartość. Bez wątpienia były jednak bardzo drogie jak na „handmade” przystało, ale nie można powiedzieć, że jedna kosztowała wieś.

A jako że w Pelplinie tradycje piśmiennicze są długie, to warto przy okazji odwiedzić Muzeum Diecezjalne, w którym znajduje się jedna z 48 istniejących na świecie egzemplarzy Biblii Gutenberga. Z których zaledwie dwadzieścia jest kompletnych. Muzeum pelplińskie ma się czym poszczycić. Posiada bowiem jedyną w Polsce dwutomową papierową wersję w oryginalnej XV-wiecznej oprawie.


7. ODWIEDŹ SŁOWIŃCÓW

Ciepła kartoflanka  rozpływa się w ustach, podobnie jak świeżo pieczony chleb z dopiero co ubitym masłem. Do tego do popicia maślanka, która powstała przy ubijaniu masła. A na deser gofry, które Słowińcy przygotowywali na specjalne okazje.

Słowińcy, czyli grupa ludności, o której jedni mówią, że stanowi odrębną grupę etniczną, drudzy, że to odłam ludności kaszubskiej. Jako odłam posługiwali się językiem kaszubskim, który był określany gwarą słowińską. Słowińcy pojawili się tu w XVII-XVIII wieku, początkowo byli pracownikami, którzy mieli wypasać bydło na łąkach. Z czasem zaczęli się tu osiedlać.

Jako protestanci cenili sobie minimalizm i prostotę, zarówno w domach, w stroju, jak i w kuchni. Trochę na opak też, niż jesteśmy do tego przyzwyczajeni, posługiwali się kolorami. Strój żałobny był biały, natomiast ślubny – czarny.

Czarne też było wesele, które miało miejsce zwykle w maju i czerwcu. Czarne od koloru torfu, w które ten region jest bardzo bogaty. Wesele, bo codziennie po wspólnej pracy  (wykopywaniu torfu) świętowano na łące.

Muzeum w Klukach, podobnie jak to we Wdzydzach, jest bardzo interaktywne.  Można zobaczyć, jak wykopywało się torf, albo jak się robiło buty…dla konia. Zaskakuje mnie ta informacja, ale szybko się wyjaśnia, że na tych podmokłych terenach, w drewnianych butach koniom po prostu łatwiej się chodziło i pracowało.

Robienie końskich butów

Skansen w Klukach jest wyjątkowy. Jego historia zaczyna się w zagrodzie Rejmana, gdzie w 1963 roku powstało muzeum. Zagroda stoi w miejscu, w którym stała dawniej. Małgorzata Dubasiewicz, etnolog mówi, że jest to o tyle nietypowe, że zwykle skanseny są przenoszone. Są w nich gromadzone domy z różnych regionów, a w Klukach skansen powstał w miejscu, w którym dwie zagrody wcześniej się znajdowały. Reszta budynków jest przeniesiona, ale tylko i wyłącznie z terenu Kluk (poza dwoma budynkami) i co ważne budynki są umieszczone w dawnych gniazdach, co sprawia, że dziś możemy zobaczyć dokładnie, jak wyglądała wieś sto-dwieście lat temu.


8. PRZEJEDŹ ROWEREM SZLAK LATARNII

Czarno-biało-czerwona w kształcie wysokiego ostrosłupa. Tak wygląda moja ulubiona latarnia. Latarnia Stilo. Nie dość, że sam obiekt jest ładny, to jeszcze wznosi się na wydmach i żeby do niej dotrzeć, trzeba przejść piaszczystą drogą przez las.

Latarnia Stilo

Ale latarni na Pomorzu jest znacznie więcej, a na terenie pomorskiego znajduje się ich aż dziesięć. Najwyższą jest latarnia w Nowym Porcie w Gdańsku, liczy 61 metrów. Drugą najwyższą jest ta znajdująca się na Helu (40 metrów), zaś najniższą jest latarnia w Ustce. Najstarszą latarnia znajduje na Przylądku Rozewie. Pochodzi z 1822 roku. Tu znajdują się nawet dwie latarnie. Druga była pomocnicza i działała do 1910 roku.

Latarnie miały też różne funkcje. Ta w Sopocie funkcjonowała kiedyś jako komin przy zakładzie balneologicznym i dopiero potem przebudowano ją na latarnię.

Latarnia Stilo i Rozewie

Szlak latarń to świetna opcja dla rowerzystów. Na terenie województwa pomorskiego   przemierzamy około 260 km. Można jednak zacząć już w sąsiednim województwie. Wtedy cały szlak będzie liczył około 420 km.

Nic nie stoi jednak na przeszkodzie, by przemierzyć go samochodem, czy nawet pieszo.


9. STAŃ DO GÓRY NOGAMI W SZYMBARKU

Kręci mi się w głowie. Mój błędnik wariuje, kiedy wchodzę do budynku przez szczytowe okno w dachu. Nie chodzę przecież do góry nogami, ale ponieważ wszystko w domu do góry nogami jest ustawione, stwarzając wrażenie, że chodzę po suficie, to mój błędnik nie radzi sobie i trudno mi utrzymać równowagę. Telewizor, fotel znajdują się nad moją głową, przyklejone do sufitu. A wyposażenie jest iście PRLowskie, co oczywiście jest zamierzone. Dom na głowie ma symbolizować czasy PRLu, kiedy to wszystko faktycznie było na odwrót. Próbuję iść normalnie, zresztą jak większość osób, odwiedzających Szymbark, ale zataczam się i nie pomaga nawet przytrzymywanie się ścian.

Dom do góry nogami, który powstał w Szymbarku i znajduje się na terenie Centrum Edukacji i Promocji Regionu to tylko jedna z czekających tam atrakcji. Odkrywam tu nie tylko ciekawe wątki z historii, ale również dostaję dobrą lekcję z kultury i kaszubskich zwyczajów. Słucham kaszubskiego języka, podziwiam kaszubskie stroje, a nawet próbuję tabaki, której zażywanie na Kaszubach jest tradycją.

Więcej o  Szymbarku oraz innych ciekawych miejscach na Kaszubach znajdziecie w tekście Weekend na Kaszubach


10. PRZYWIEŹ POCZTÓWKĘ ZNAD MORZA

Morze Bałtyckie jest niezwykłe o każdej porze roku i dnia. Latem pełne turystów, słońca, choć czasem też deszczu oraz wiatru. Zimą bezludne, czasem zmrożone i dające chwile wytchnienia.

Molo w Orłowie

O świcie lubię je najbardziej. Puste plaże, które ciągną się przez setki kilometrów. I na tej jednej z plaż tylko ja, szum fal i mój aparat. O zachodzie też jest sympatycznie, gdy plaże zaludniają się parami głodnymi romantycznych scenerii dla spotkań i spacerów.

Plaża w Orłowie

Bo wschody i zachody słońca nad Bałtykiem są bajeczne, a ciekawych scenerii dostarczają drewniane mola, latarnie morskie, kamienne groble, czy nawet stare budowle, typu torpedownia w Gdyni. Warto chociaż raz wstać na wschód słońca i uwiecznić ten niesamowity spektakl na zdjęciu, by w zimowe chłodne dni móc do niego wrócić i nacieszyć oczy widokiem, a głowę wspomnieniem lata.


11. PÓJDŹ NA IMPREZĘ W 100STOCZNI

A jeżeli już po całym dniu zwiedzania, chcesz odpocząć (choć to może niefortunne określenie 🙂 ) i zrelaksować, to koniecznie odwiedź tereny postoczniowe. Powstało tu niezwykłe małe miasteczko, zbudowane z 17 dwunastometrowych kontenerów. Znajdziesz tu liczne punkty gastronomiczne i generalnie dobrą zabawę w weekendy (i nie tylko). 100cznia to nie tylko miejsce imprez, ale przede wszystkim spotkań. Poza imprezami odbywają się tu też liczne warsztaty (w tym rodzinne), kino plenerowe czy pchli targ. Na terenach postoczniowych znajduje się nie tylko 100stocznia, ale też nieco dłużej istniejąca Ulica Elektryków. Będą w tym rejonie Gdańska, warto też udać się na spacer po Stoczni Cesarskiej.

To miejsce naprawdę wyjątkowe i nietuzinkowe, którego mogłaby nam pozazdrościć niejedna europejska stolica.

Powyższe propozycje nie wyczerpują wszystkich atrakcji turystycznych województwa pomorskiego. To zaledwie niewielki procent tego, co możecie u nas znaleźć. Tekst jest inspiracją do tego, byście poszukiwali kolejnych rzeczy, które warto zrobić w pomorskim. Dajcie znać, jakie atrakcje turystyczne Wam się najbardziej spodobały. A może już próbowaliście któryś z wymienionych przeze mnie?


Wpis powstał w ramach konkursu Turystyczne Mistrzostwa Blogerów organizowanego przez Polską Organizację Turystyczną.   Jeśli podoba Ci się tekst, uważasz go za interesujący, zostaw komentarz, a tekst podaj proszę dalej. Możesz też oddać głos (raz dziennie) na mój blog na stronie Mistrzostw. Tu możesz zagłosować >>> Dziękuję! 

Dziękuję Pomorska Organizacja Turystyczna za nieocenioną pomoc przy planowaniu trasy oraz  wszystkim tym, którzy znaleźli czas, by się ze mną spotkać na moim szlaku i oprowadzić po swoim świecie.

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
error: Treść chroniona!