MYŚLĘ SOBIE... W DRODZE

Dobrze jest pomagać, czyli podróżuj i zostaw po sobie ślad

Odpowiedzialne podróżowanie mówi, że należy podróżować tak, by nie zostawiać po sobie żadnego  śladu, poza śladem stóp. Uważam jednak, że warto zostawić po sobie coś więcej, choćby dobre wspomnienie, pomocny gest, życzliwy uścisk dłoni.


W pomaganiu nie chodzi o to, by rozdawać cukierki, długopisy, czy inne gadżety dzieciom w krajach uznawanych za biedniejsze. Nie o taką pomoc chodzi. Wydaje nam się, że robimy dobrze, kiedy rozdajemy słodycze, szampony, pastę do zębów czy koszulki po młodszej siostrze lub bracie. Cokolwiek jednak byśmy nie rozdawali jako turyści przyjeżdżający do obcego kraju, będzie złe. Dlaczego? Dlatego, że dzieci się przyzwyczajają, że zawsze coś od turystów dostaną. Przyzwyczajają się jednak  do tego przede wszystkim rodzice tych dzieci, którzy zamiast do szkoły swoje pociechy wysyłają na żebry. Przypomnijcie sobie film (albo jeśli nie oglądaliście, koniecznie obejrzyjcie Slumdog. Milioner z ulicy), w którym pokazane jest jak gangsterzy specjalnie oślepiają i okaleczają dzieci, by wzbudzały więcej współczucia i tym samym więcej zarobiły. Nie o taką pomoc nam chodzi, prawda? Bo w taki sposób nie pomoc niesiemy, lecz krzywdę. Przyzwyczajamy do tego, że lepiej zamiast iść do szkoły jest iść na ulicę i żebrać.

To jak pomagać?


Droga do Manuel Antonio dłużyła się. Kilkukilometrowy podjazd był bardzo stromy. Zmusił mnie do zejścia z roweru i pchania go pod górę. Inaczej się nie dało. Za to późniejszy zjazd i plaża w Manuel Antonio wynagrodziły cały trud i wylany pot, który, gdy zmoczyłam spocone i zmęczone podjazdem ciało, zmieszał się z falami oceanu.

Wzdłuż plaży przez kilkaset metrów prowadziła nas droga asfaltowa. Kończyła się w miejscu, w którym zaczynał się park narodowy. Wzrok od razu rozpoczął skanowanie przestrzeni i poszukiwanie miejsca na rozbicie namiotu.

Plaża kusiła złotym drobnym piaskiem i palmami ciągnącymi się na granicy między plażą, a ulicą. Było jednak wiadomo, że w przypadku Pacyfiku, nocą falom nie można ufać. Mogą wezbrać i przykryć całą plażę. Mogą, ale nie muszą. Trzeba było jednak znaleźć miejsce pewne. Takie, do którego fale na pewno nie dotrą.

Dojrzałam w oddali pomarańczowy namiot, na skraju między plażą a miejscem, które wydawało się być poza zasięgiem fal. To na pewno namiot jakiegoś surfera, pomyślałam i zaczęliśmy rozkładać nasz własny. Skoro on tu się rozbił, to znaczy, że i nam nic nie grozi.

Namiot jednak wyglądał nieco dziwnie. Widać było, że ma już swoje lata. W dodatku, gdy podeszłam bliżej i obeszłam go dookoła, okazało się, że jedną stronę ma zupełnie zniszczoną. Podejrzenia, że nikt tam nie mieszka, burzyła stera ubrań w środku i dotknięte czasem materace.

Jeśli chcecie tu nocować, to lepiej rozbijcie się blisko mnie, usłyszałam pod wieczór. Autorem słów był starszy i co najmniej o głowę niższy ode mnie mężczyzna. W uśmiechu szczerzył kilka zębów, których mu jeszcze nie zabrał wiek. Okazało się, że Francis ma 72 lata i że to on, sprzedawca wody kokosowej, a nie żaden surfer mieszka w pomarańczowym namiocie na granicy plaży i miejsca, którego nigdy nie dotykają fale oceanu.

Mówią, że jestem szczęśliwcem. Niezależnie czy jest pełnia, czy mocno pada, fale wzbierają i opadają, ale od 13 lat nawet nie dotknęły mojego namiotu. Trudno mi w to uwierzyć, bo w innych miejscach zachodzą znacznie dalej niż namiot Francisa. Ale on jest szczęśliwcem jak mówi. Jego szczęście polega też na tym, że żyje w raju. Dlaczego od 13 lat mieszkasz w namiocie, pytam. Nie wolisz mieszkać z dziećmi, w domu? Nie, odpowiada. Kocham tę plażę. To jest mój raj.

Rozbijamy się ciut dalej. Dobry namiot, pyta Francis. Bardzo dobry, odpowiadam. Wygląda na mały, prawie nic nie waży, a miejsca w środku jak w pałacu, odpowiadam. Cztery osoby w warcaby mogą grać. Francis się uśmiecha….Mnie marzy się taki sześcioosobowy, mówi. Ten, co mam jest dla trzech osób. Kupili mi go właściciele restauracji dwa lata temu, odkąd dla nich pracuję. Ale niestety wandale go zniszczyli.  Odkładam teraz pieniądze, by kupić większy, sześcioosobowy, mówi z uśmiechem i odchodzi w stronę namiotu.

Wołamy go na chilli con carne przygotowane na kuchence gazowej. Dziękuje. Jadł już w restauracji. Clara jest moją przyjaciółką. Niektórzy dokuczają nam, że jesteśmy parą, ale my jesteśmy tylko przyjaciółmi. Ona dba o mnie, karmi.


Gdy Francis opowiada o swoim marzeniu w mojej głowie rodzi się plan.

A może tak by mu pomóc spełnić jego marzenie wcześniej? Człowiek pracuje sprzedając wodę kokosową w tym samym miejscu od 13 lat za 2 dolary sztuka i od tylu samu lat mieszka w namiocie. Ile jeszcze będzie zbierał na namiot, który można mu kupić w jedne dzień. On przecież o nic nie prosi, niczego nie oczekuje. Dzieli się tylko z nami swoim małym/wielkim marzeniem. Pomyślałam, że fajnie byłoby pomóc mu je spełnić.

Szybkie ogłoszenie wśród znajomych na facebooku i w kilka godzin zebrało się na tyle pieniędzy, że nie tylko mogłam kupić wymarzony przez Francisca namiot, ale dodatkowo dmuchany wygodny i nie przesiąkający wilgocią materac.


Francis jak co dzień sprzedawał wodę kokosową. Z nosem w codziennej gazecie i przeżywając aferę z kuzynem prezydenta przemycającego tonę kokainy w roli głównej, nawet nie zauważył, gdy przemknęliśmy w pobliże jego namiotu, by rozłożyć ten nowy i w pełnej okazałości mu go zaprezentować.

Może być?, zapytałam, a Francis zrobił wielkie oczy. Spoglądał przez chwilę, a to na mnie, a to na namiot. Zwątpiłam przez chwilę, czy zrobiłam dobrze. A może popełniłam błąd, a może go dotknęłam tym zakupem. Chciałam dobrze, a może wyszło jak zwykle, pytałam samą siebie.

Francis podszedł do namiotu, zaczął go oglądać, zajrzał do środka. Szybko wyniósł rzeczy ze starego namiotu i jego części rzucił na lewo. Przenieśliśmy wspólnie namiot na miejsce starego, wbiliśmy śledzie, wnieśliśmy materac. Francis zaczął układać swoje ubranie. Gdy skończył podszedł do mnie i przytulił mocno. Dziękuję, powiedział, a oczy mu się zaszkliły. I przepraszam, że nie ma jak Wam zapłacić.

Moje zwątpienie czy dobrze zrobiłam, szybko minęło. Zrozumiałam, że nie wiedział, jak zareagować, ponieważ nikt nic podobnego dla niego nigdy wcześniej nie zrobił.

Wstałam wcześnie rano. Wyjrzałam z namiotu. Widziałam jak Francis pożyczał telefon od jednego z mężczyzn, wypożyczających deski do surfowania. Zależało mu na wideo-rozmowie. Gdy zaczął swoim dzieciom pokazywać swój nowy dom, wiedziałam, że zrobiłam dobrze.


Chcemy, by świat się zmienił. Narzekamy, że jest źle, a tymczasem niewiele sami robimy, by cokolwiek zmienić. A zmiany ni czyny nie muszą być wielkie. Czasem wystarczy zrobić małą rzecz, okazać zainteresowanie, by zmienić czyjeś życie na lepsze. Nie trzeba być milionerem, by pomagać. Nie trzeba zmieniać od razu całego życia kogoś. Wystarczy chcieć i zrobić choćby małą rzecz. Bo dla nas ta mała rzecz, dla kogoś może mieć ogromne znaczenie.

Piszę o tym wszystkim po to, by zainspirować do pozostawiania po sobie śladu, ale tylko i wyłącznie tego dobrego.

Mówisz, że świata nie da się zmienić? Też tak czasem powtarzam, a potem robię coś takiego jak rozmowa z kobietą ze świata macho, która dziękuje mi, że dałam jej inspirację i ogląd na to, że może być inaczej lub ofiaruję starszemu panu namiot, w którym może przeżyje swoje ostatnie dni i który nie tylko cieszy się z podarunku, z rzeczy materialnej, ale z tego, że został zauważony przez drugiego człowieka. Czasami zwyczajne okazanie zainteresowania, rozmowa mogą już sporo zmienić, choćby w patrzeniu na świat naszego rozmówcy.


Francis stał po drugiej stronie ulicy i machał zawzięcie, gdy odjeżdżaliśmy. Dziękuję, powtarzał w kółku.


Nie zawsze chodzi o to, by pomagać komuś w podróży. Wokół nas, w naszej dzielnicy, mieście, kraju dzieje się dużo. Wiele osób potrzebuje pomocy. Zbliżają się święta, rozejrzyj się wokół. Może ktoś z sąsiadów potrzebuje pomocy, a może jest ktoś taki w Twojej dzielnicy. Nie wiesz jak się do tego zabrać? Jest wiele instytucji i akcji. Możesz wspomóc Orkiestrę Świątecznej Pomocy, wziąć udział w Szlachetnej Paczce, albo tak, jak ja przez ostatnie dwa lata, gdy byłam w Polsce, pomóc przy akcji Food not bombs. Możesz też wesprzeć dzieci z Gwatemali w akcji mojej znajomej Amalii Start with a smile project i sprawić dzieciakom radość z okazji świąt. Możliwości jest wiele. Wystarczy chcieć. Mieć otwarte oczy i uszy i nie skupiać się na sobie, ale na otaczającym nas świecie. I nie myśleć: co ja jeden mogę zrobić/zmienić. Bo każdy z nas może wiele zmienić i zrobić wiele dobrego. Więc podróżujcie i zostawiajcie po sobie dobry ślady. Jak powiedział Baden-Powell: Starajcie się zostawić ten świat, choć trochę lepszym niż go zastaliście. To jest możliwe.


Zapraszam do krótkiej relacji z akcji

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

1
Dodaj komentarz

avatar
1 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
mesh Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
mesh
Gość
mesh

Mądry tekst. Pmagać można choćby małym gestem.
Ja bym jeszcze dodał: pomóżcie też sobie samym próbując ograniczyć zaśmiecanie tej planety. Ona się nam kiedyś odpłaci… Te wszystkie plastikowe butelki i inne syfy… Dramat.