fbpx
NIKARAGUA W DRODZE

Wulkanoholizm?

Leżałam wpatrując się w wentylator dudniący nad głową. Od tyłu owiewał mnie drugi, stojący. Upał był nieznośny. Wiatrak kręcił się na wszystkie strony, a ja leżąc na łóżku w krótkich spodenkach i kusej koszulce zamykałam oczy i udawałam, że oto jestem na plaży, ale takiej bez piasku, dając owiewać się  morskiej bryzie. Niby do prawdziwej plaży nie miałam daleko, ale odstręczała mnie myśl o tonie śmieci, piasku w każdym zakamarku plecaka i tłumie Nikaraguańczyków, wgapiającym się we mnie jakby pierwszy raz widzieli białą kobietę. Od tego wpatrywania się w wentylator zaczynało mi się kręcić w głowie. Czułam jak pot spływa mi po udzie, wypływając spod zgięcia kolana i spływając obficie ku pośladkom. Niech no ja kiedyś zaklnę na nasze zimno, powiedziałam sobie w duchu, dobrze wiedząc, że zaklnę i to nie raz, z zawodzeniem wyjąc do tych dni przesiąkniętych gorącą wilgocią. Skraplając się, ruszyłam w stronę kuchni. Miałam ochotę zamknąć się w lodówce, z której przy otwarciu powiało przyjemnym chłodem.

– Taki upał, że nie chce się nigdzie wychodzić? – Zagadnął chłopak w krótkich spodenkach i bez koszulki.

Potaknęłam tylko głową. Wszyscy mieszkańcy siedzieli lub leżeli w zacienionych kątach hostelu, nie mając sił, by ruszyć choćby powieką. Skwar odbierał wszystkim siły. Od godziny jedenastej rano do szesnastej niemal nikt nie wychylał nosa poza nieco chłodniejsze mury budynku.

Granada według wielu jest znacznie bardziej upalna niż miasta Kostaryki. Mimo tego podobało mi się tutaj bardziej. Brukowane szerokie ulice, biegły wzdłuż kolorowych niskich budynków. Co kilka skrzyżowań natykało się na stary podniszczony, ale jakże piękny kościół. Centrum życia skupiało się w Parque Central, wokół którego stały bryczki, zaprzężone w konie, czekające na turystów chętnych do przejażdżki. Na środku kilka drzew, fontanna i liczne ławeczki, na których przysiadali mieszkańcy i turyści. Nie było tu jednak tłumu. Pustka zaskakiwała. Granada, obok Leon jest jednym z ponoć najbardziej turystycznych miast, a tu turystów jak na lekarstwo. Ale to mi również nie przeszkadzało. Spacerowałam spokojnie, chłonąc klimat miasta, który bardzo przypominał mi moje ukochane gwatemalskie Quetzaltenango. W ogóle bardzo przypominał mi się klimat z Gwatemali. Może brakowało kobiet i mężczyzn w kolorowych tradycyjnych strojach, ale reszta była w moich oczach całkiem bliska ukochanemu pierwowzorowi. Momentami podobała mi się nawet bardziej, bo główna ulica Calle La Calzada prowadziła do Jeziora Nicaragua, gdzie znajdowało się molo pięknie odcinające się na tle nieba, skąpanego w promieniach wschodzącego słońca.

Na tej ulicy znajdowała się też większość knajpek i restauracji, które rozbrzmiewały muzyką i które zaczynały tętnić życiem pod wieczór. Tu też skrawek swego miejsca znajdowali uliczni sprzedawcy, własnoręcznie wykonujący biżuterię. Uwielbiałam każdego ranka biec wzdłuż Calle La Calzada aż do jeziora i wpatrywać się w molo, po którym dwa razy w tygodniu już o wschodzie spacerowali nowo przybyli z wyspy Ometepe, a potem skręcić w mangową aleję i przy akompaniamencie świergotu ptaków i złocistych promieni aktywnie zacząć nowy dzień.

***

– To, co? Idziemy na wulkan?

– Idziemy – odpowiedziałam mojemu nowemu znajomemu Martinowi.

Martina spotkałam już na promie z Ometepe. Potem wpadłam na niego, gdy zmieniałam autobus jadący do Granady. Żadne z nas się jednak nie odzywało. Każde z nas wolało chyba samo popodróżować. Potem jednak błądząc po mieście z plecakami w poszukiwaniu dobrego miejsca na kilkudniowe osiedlenie się, wpadając, co krok na siebie na każdym skrzyżowaniu, postanowiliśmy w końcu połączyć siły w poszukiwaniu właściwego miejsca, a potem już zwiedzaliśmy razem.

Miałam wrażenie, że znalazłam się na innej planecie, na której nie istnieje życie. Tereny, przez które jechaliśmy autostopem, by dojechać do krateru prowadziły przez pola, które zamiast roślinami, pokryte były wulkanicznymi skałami. Wulkan Masaya to ponoć jeden z najaktywniejszych w Nikaragui. W dodatku na tyle aktywny, że jeszcze miesiąc wcześniej wstęp do parku był zamknięty, ze względów bezpieczeństwa. Wciąż jednak było niemożliwe wejście na niektóre szlaki i na szczyt wulkanu, z którego można zajrzeć w głąb „piekieł”. Wszystko tonęło w oparach szkodliwych gazów, wydobywających się z wnętrza krateru. Ostrzegano nas, że wulkan „lubi” oprócz gazów wystrzeliwać głazy i każdy z nas musiał podpisem potwierdzić zapoznanie się regulaminem, pouczającym jak zachować się w razie erupcji.

No, nie ma żartów, pomyślałam. Ale dzięki temu wędrówka wokół dostępnych kraterów (w parku są dwa wulkany i pięć kraterów) była bardziej emocjonująca. Wyższy niż zazwyczaj poziom adrenaliny towarzyszył nam przez całą wędrówkę, podobnie jak zmieniające nas w skwarki słońce oraz padlinożerne ptactwo, obsiadające nieliczne drzewa.

Z daleka zobaczyłam już nikaraguańskiego rangersa. W mundurze i kapeluszu z rondem prezentował się naprawdę profesjonalnie. Wychynął zza skały, machnął na nas ręką i znów zniknął. Spojrzeliśmy po sobie, nie bardzo rozumiejąc, o co mu chodziło. Mimo wszystko ruszyliśmy w jego ślady.

– Zobaczcie – szepnął, wskazując na wnękę w skale.

Spojrzałam. I nic. Widziałam tylko czerwonawy blok skalny. Dopiero po chwili ujrzałam to, na co wskazywał mężczyzna i aż zapiałam z radości.

– O jejku, jaki śliczny, jaki piękny. Ajjj…!!!

– To jeżozwierz – powiedział rangers. – Normalnie żyją tam w dole. – Wskazał nieczynny krater, zarośnięty trawą i krzewami. – Musiał się zgubić, bo normalnie w ciągu dnia zwykle śpią.

W życiu takiego cudaka nie widziałam. Jeżozwierz zawsze kojarzył mi się z czarno-białymi barwami, a nie żółtymi iglakami (dopiero później okazało się, po bardziej dogłębnych poszukiwaniach, że to nie zwykły jeżozwierz, a igłozwierz meksykański). Mogłam tak stać godzinami i wpatrywać się w zwierzątko. Widziałam jednak jak trząsł się ze strachu. Był zagubiony, a nasza obecność wcale mu nie pomagała. Strażnik już czekał, by zawołać kolejnych turystów. Wyprosiłam go by tego nie robił i zmusiłam tych, którzy stali wraz ze mną, byśmy już mu dali spokój, nie stresowali dłużej.

– Czy coś z nim zrobicie? – zapytałam jeszcze na koniec. – Wygląda na młodego. Może zgubił rodziców – zapytałam naiwnie.

Strażnik wzruszył ramionami, szczerząc się w biało-złotawym uśmiechu. – Znajdzie się. Bez obaw – zapewnił.

Miałam nadzieję, że tak właśnie będzie.

***

– Nie nachodziłam się wczoraj po wulkanie. – Marudziłam rano przy śniadaniu.

– Mówisz poważnie, że chcesz iść na piechotę nad lagunę? – Zapytał Martin z powątpiewaniem.

Sam lubił trekkingi, ale wędrowania z całym dobytkiem trochę się obawiał. Ja byłam w o tyle lepszej sytuacji, że miałam być pozbawiona balastu. Plan był taki, że wracałam z powrotem do Granady. Martin nie. Mi już dawno przeszła ochota na codzienne zmienianie miejsc pobytu. Wolałam nieco dłużej posiedzieć w jednym miejscu, a nie gnać z hostelu do hostelu. Mimo, że czasu miałam coraz mniej, to chciałam podróżować bez pośpiechu. Pośpiech to coś, co wykańcza mnie najbardziej.

– No, dobra. Niech ci będzie – powiedział w końcu Martin, a ja rozkwitłam uśmiechem.

Pewnie, że poszłabym sama. Istniała jednak wówczas niewątpliwa szansa na historię mrożącą krew w żyłach o tym jak zagubiłam się gdzieś po drodze. Mimo nieustannej żądzy przygód i łaknienia adrenaliny, „zgubnych” opowieści wolałam uniknąć i towarzystwo kogoś ze znacznie bardziej rozwiniętą orientacją w terenie było jak najbardziej w tym przypadku wskazane.

Całą kamienistą drogę, nieowiewaną wiatrem, za to paloną słońcem, szliśmy równym marszem. Trasa nie była długa, ale woda kończyła się dość szybko i przy takiej temperaturze już po godzinie w butelce zamiast chłodzącego płynu, miałam ciepławą zupę. Czułam jak zaczynają mi pękać usta. Krem z filtrem +50 nie pomagał. Zarzuciłam ręcznik na głowę i ramiona. Po trzech godzinach ledwo już powłóczyliśmy nogami. Moje chęci na dalsze wędrowanie podtrzymywała jedynie myśl o rzuceniu się do wody zaraz po dotarciu nad brzeg Laguna de Apoyo. Wiele słyszałam o tym miejscu i faktycznie się nie zawiodłam. Ostatnie kilka kilometrów podjechaliśmy autobusem i wylądowaliśmy w części nieturystycznej. Jak najszybciej ruszyliśmy ku wodzie, marząc o schłodzeniu. Już miałam zrzucić ubranie, ale jeszcze rozejrzałam się wokół.

– Eee… Ja to chyba nie mogę jednak się pójść kąpać – stwierdziłam po dłuższej chwili przyglądania się otoczeniu.

– Dlaczego? – Zapytał Martin z podejrzliwością, rozglądając się i szukając wskazówek, które podejrzewał, że ja zauważyłam, skoro zrezygnowałam z planu kąpieli.

– Nie widzisz?

Martin rozejrzał się po raz kolejny i wzruszył ramionami.

Wokół nie było żadnych turystów, a wszystkie miejscowe kobiety kąpały się w krótkich spodenkach i koszulkach z rękawkiem.

– Może nie stać je na kostiumy kąpielowe? – Rzucił żartem.

Wątpiłam w to wytłumaczenie. Wiedziałam jednak, że w stroju paradować tu nie mogę. W spodniach do kolan i zarzuconym na ramionach sporym ręcznikiem, budziłam już duże zainteresowanie. Wolałam nie sprawdzać, jakie wzbudziłabym w bikini.

Mimo że nie było mi dane zanurzyć się w wodach, uwięzionych w wygasłym kraterze to i tak było pięknie. Siedziałam pod palmową strzechą, wpatrując się w błękit wody i otaczającą ją zieloność, z której zstępował na mnie spokój i błogość. Aż żal było opuszczać to miejsce. I tak myślę, że chyba to magia wulkanu sprawiła. Nie po raz pierwszy zresztą. Czy to już zakrawa na uzależnienie? Czy od wulkanów naprawdę można się uzależnić. Wulkanoholizm? Czyżby?

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
error: Treść chroniona!