fbpx
POLSKA W DRODZE

Wielkopolska vol. 2

– Trzeba uciąć.

– Co? Jak to? Nie! No proszę. Nie da rady jakoś wyciągnąć, bez cięcia? – wyjęczałam z przejęciem. Już i tak mijający właśnie weekend przyniósł sporo strat. Nie chciałam stać się przyczynkiem do kolejnej. Ale już się stałam. W rękach Nikodema dyndała ucięta końcówka pasażerskiego pasa. Wcześniej była jeszcze kamera, która…

Aha, no tak, ale w sumie to powinnam zacząć od początku, ale ze mną to jest tak zawsze. Zaczynam o czymś opowiadać, nawiązuję do dziesiątków wątków pobocznych i już po dziesięciu minutach, nie tylko mój rozmówca nie ma pojęcia, o czym rozmawialiśmy, ale ja sama nie wiem.

Weekend w Wielkopolsce zaczął się… zmęczeniem. „Dorowerowałam” do Lublina, a następnego dnia ledwo zwlekłam się z łóżka o czwartej trzydzieści, by złapać pociąg do Konina. Ha, w sumie to mało istotna, a już na pewno mało ciekawa część, więc tę pominę, starając się za bardzo nie odbiegać od głównego tematu, czyli Wielkopolski. Zresztą w ogóle chyba zaczęłam za bardzo od początku. Więc Konin, a właściwie…, nie, niech będzie już ten Ślesin, a najlepiej Mikorzyn czy jak zwykł go nazywać Maciej vel Marcin z Ruszaj w drogę – Marzęcin. Bo Rusz w drogę też się pojawiło w komplecie, podobnie jak i BearGirlLosWiaheros i Ewa z Rusz w podróż. Ot, taki sobie ośrodek w Mikorzynie nad ciepłym Jeziorem Mikorzyńskim. Na miejscu hotel, pole namiotowe, plaża i do wyboru spory wodne, a w tym wszystkim my, zaproszeni przez Visit Wielkopolska.

Generalnie uciekam przed wodą jak diabeł przed święconą. Mogę się potaplać, ale najchętniej w gorącym Morzu Karaibskim albo Czerwonym, ale żeby polskie, albo takie jezioro. Brr…! Nie żeby polskie to gorsze, odłóżcie proszę te kamienie, którymi chcecie we mnie rzucić. Jadąc wzdłuż wschodniej granicy przez ostatnie tygodnie, przekonałam się, że wcale nie gorsze, a nawet może i lepsze.. Ale Wschód zostawiłam już za sobą. Widzicie jak to ze mną jest? Niby zaczynam o czymś, a już po chwili przeskakuję na inny temat. Taka ze mną rozmowa. Więc Wielkopolska. A jak Wielkopolska to wspominana już kiedyś przeze mnie Wielka Pętla Wielkopolska, czyli szlak wodny o długości 690 km, na którym wierzcie mi, jest co robić. No więc wspominałam, że moczenie się w wodzie to nie…Ale jak nie, skoro to Wielkopolska i przede wszystkim sporty wodne, a jak sporty wodne, to wiadomo, że do wody wejść trzeba. Więc najpierw uprawialiśmy Stand Up Paddle, z którego wyszłam suchą stopą. No prawie suchą, bo żeby zejść z deski musiałam się zanurzyć, ale zanurzenie nie było nagłe i nieprzewidywalne, lecz popełnione z jawną premedytacją, więc jakoś to przeżyłam. Stand Up Paddle nie wszystkich pochłonęło. Mnie może i do końca też nie, ale zawsze to nowa atrakcja, coś innego. Wiosłowanie po jeziorze na desce może być nawet przyjemne i wcale nie takie proste jakby się wydawało. Instruktorzy śmigali po tafli wody z lekkością. Ja musiałam najpierw na niej utrzymać równowagę, a z żadną deską nie jest to łatwe. Alicja wachlowała wiosłem jakby to była dla niej nie pierwszyzna. Gdy mknęła gdzieś w oddali, w głowie migały mi zdjęcia flisaków wiosłujących po Dunajcu. Skąd takie porównanie? Nie mam pojęcia. Może… Oho, znów to robię! Stop. Przecież miało być tylko o Wielkopolsce, Wielkiej Pętli i sportach wodnych.

Nie miałam przekonania do nart wodnych, chociaż zawsze chciałam spróbować jak się na tym jeździ (albo raczej pływa). Sama stukałam się jednak w głowę, po co to w ogóle robię. Powinnam pewnie zacząć od zwykłych nart, a tych chyba nigdy na nogach nawet nie miałam. Wcisnęłam stopy w gumowe obuwie. Nie czułam się pewnie. Już moi poprzednicy z tych butów parę razy wyskoczyli, zostawiając dechy gdzieś w oddali. Wiedziałam, że mnie czeka to samo. Byle się tylko nie przytopić, powtarzałam sobie po cichu. A instruktor z Wakepark Ślesin tylko uspokajał. W końcu włożyłam kask na głowę, dechy na nogi, a linkę złapałam w ręce. Wystartowałam z pozycji siedzącej na pomoście, co było znacznie łatwiejsze niż z wody. Nie będę tu bajek opowiadać jak to mi świetnie szło, bo zbyt wielu blogerów widziało, że nie. Powierzchnia, woda, powierzchnia, woda. Frajda była do momentu, aż… Ożesz! Topię się! Nie miałam nawet sił, by krzyczeć. Miałam wrażenie, że woda wlała mi się aż do płuc. Nie mogłam oddychać. Jedyna myśl, żeby dopłynąć w miarę do brzegu, gdzieś gdzie będę mogła stanąć stopami na podłożu. Wachlowałam rękami jak oszalała. Słyszałam tylko z pomostu krzyk, że zostawiłam narty. Nie miałam jak po nie wrócić. Brzeg, tylko brzeg… Alicja wskoczyła do wody, by przytransportować moje narty. Tylko jej spostrzegawczemu wzrokowi nie umknęło, że coś ze mną jest nie tak. Nie mogłam się uspokoić. Ciągle dusiłam się, próbując złapać powietrze. O żesz! Narty chyba nie dla mnie. Po ochłonięciu poszłam strzelać z łuku i wiatrówki. Znacznie bezpieczniejszy sport…dla mnie, nie dla kaczek (całe szczęście nie tych żywych!), które próbowałam upolować, ani dla kręcących się wokół ludzi. Z wodą postanowiłam wstrzymać się do następnego dnia. Windsurfing to było coś, co w mojej głowie zapadło jako sport znacznie bezpieczniejszy dla tych, którzy obawiają się przytopienia. I znów bym skłamała, gdybym napisała, że poszło mi jak z płatka (jakoś wydawało mi się, że lepiej będę pamiętać moje pierwsze lekcje windsurfingu sprzed kilku lat). Stałam na tej desce, próbując ustawiać tak żagiel, by coś się działo. Działo się mało. Chociaż może to i dobrze. Wiatr nie był za gwałtowny, więc na nauki było w sam raz. Z „dziania się” to najciekawsze były upadki do wody, na które z niecierpliwością i lekkim już znudzeniem czekał nasz fotograf, ożywając w takich właśnie momentach. Wpadka do wody nie była jednak bardzo bolesna. Największym plusem tego jeziora było jego zaskakujące wręcz ciepło. Tajemnica wysokiej temperatury szybko wyszła na jaw. Do jeziora dostają się wody ciepłownicze z pobliskiej elektrowni, co sprawia, że latem temperatura wód może wynieść nawet 25 stopni Celsjusza! I to u nas w Polsce! Dwadzieścia pięć stopni! W takie wody to ja mogę częściej wpadać.

Po wodnym weekendzie stwierdziłam jednak, że wolę chyba pozostać przy moich wycieczkach rowerowych, górskich i bieganiu. Próbowanie nowych rzeczy jest super i obstaję przy tym, że wszystkiego trzeba spróbować, ale nie oznacza to, że każdej z nowych dziedzin muszę zostać dożywotnim fanem.

Było od początku, a zapomniałam, że w środku oprócz przytopienia była również historia ze zagubieniem kamery, która przyczepiona do linki, ciągnącej nas na nartach i wakeboardzie uwieczniała nasze czasem głupie, częściej mocno skupione miny. W którymś momencie przepadła w odmętach niezbyt przejrzystego jeziora. Były obietnice nagrody, było nurkowanie i nic. – To tylko rzecz – powiedział właściciel kamerki, choć dobrze wiedzieliśmy, że jest mu jej żal. Każdemu by było. Jedna strata jeszcze do przebolenie, ale gdy musisz potem jeszcze zdewastować swój samochód, tylko z powodu osoby, która wprosiła ci się do niego, to już trochę za dużo. – Znajdziesz miejsce dla mnie i roweru? – Zapytałam naszego fotografa. Do Poznania był kawałek jazdy, a ja chciałam zdążyć na pociąg. Protestów nie było. Bagaże zostały upchnięte. Rower też. Na wszelki wypadek przypięliśmy go pasem. Okazało się jednak, że ten się zablokował i wydostanie roweru okazało się niemożliwe, a pociąg był tuż tuż. Nikodem zachował jednak siłę spokoju, twierdząc, że tylni pas i tak zwykle nie jest w użyciu. Nasz fotograf stracił sporo podczas tego wyjazdu. Maciejowi z Kasią zepsuł się samochód, Rafałowi po plecach przejechała motorówka. Gdy jechałam do domu, zastanawiałam się czy przypadkiem na miejscu nie okaże się, że znów coś zgubiłam. Oprócz stresu na dworcu i próbach dostania się do pociągu, nieprzyjemnych przygód jednak żadnych więcej nie miałam.. Niektórzy byli stratni podczas tego wyjazdu, ale to nie oznacza, że weekend był nieudany. Wręcz przeciwnie. Przecież „to tylko rzeczy”. Najważniejsze są relacje z inspirującymi ludźmi, a tych akurat nie brakowało.

Zdjęcia: project-on

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

6
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
3 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
MonikaMarek MasalskiB*Anita DemianowiczMaciej Marczewski Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Marek Masalski
Gość
Marek Masalski

Ja również zdecydowanie wolę jazdę rowerem oraz bieganie. Lato nad to w moim przypadku mniej aktywny wypoczynek przy piwie i grillu którego do końca nie jestem fanem 😉 Jeśli chodzi o pływanie to jedynie zimą na krytyn basenie ;).

Monika
Gość
Monika

A po zdjęciach na fb już myślałam, że stałaś sie fanem nowych sportów 🙂 Chociaż i tak dobrze, że spróbowałaś – ja się panicznie boję otwartej wody i jedynym sportem wodnym, który lubię to nurkowanie więc pewnie na nic takiego bym się nie odważyła.

Maciej Marczewski
Gość
Maciej Marczewski

Haha, co za chaos. Coś pechowy ten Marzęcin 😀