EUROPA POLSKA W DRODZE

Wielka Pętla Wielkopolski

Zawsze uważałam, że trawa jest bardziej zielona po drugiej stronie płotu i że jeśli przeżyć przygodę to tylko tysiące kilometrów od domu, najlepiej na innym kontynencie, w innej kulturze i strefie klimatycznej. A tu nagle okazuje się, że „guzik prawda”, że trawa może mieć nawet bardziej soczysty kolor pod samym moim nosem i że mogę pojechać zaledwie kilkadziesiąt kilometrów od domu, by przeżyć przygodę, poznać ciekawych ludzi i pozytywnie się zmęczyć. Tak, jak lubię.

Zaczęło się od oficjalnego zaproszenia. Ale ja hulałam wówczas po Ameryce Środkowej, eksplorowałam dżungle, zdobywałam wulkany i cieszyłam oczy bajecznymi obrazami. A na zaproszeniu widniał kierunek wielkopolski, na który wzruszyłam ramionami, bo też Wielkopolski za dobrze (a nawet wcale) nie znałam, nawet palcem po mapie w tamtych terenach nie przejeżdżałam. Skończyły się jednak międzykontynentalne wojaże, a że zew przygody już po tygodniu odpoczynku we własnym łóżku na nowo zaskowyczał, postanowiłam go nieco uspokoić i udobruchać, wykorzystując owo zaproszenie.

***

 Szłam i szłam i wciąż nie mogłam wyminąć żółtych barierek, które nieco uniemożliwiały mi złapanie stopa. Musiałam przekroczyć granice miasta i znaleźć kawałek dobrego miejsca do wystawienia kciuka. Na wszelki wypadek już zawczasu, podążałam trzymając w dłoni karton z napisem Wągrowiec, licząc, że może jakiś kierowca zlituje się już wcześniej, choć nie spodziewałam się wielu chętnych do łamania zakazów. Jakże się pomyliłam! Samochód stanął na środku pasa, bo pobocza żadnego nie było. Za nim zaczęła tworzyć się kolejka, bo nim opamiętałam się i zrozumiałam, że to dla mnie kierowca się zatrzymał, minęło trochę czasu. Rozbrzmiały klaksony. Kierowca jednak ani drgnął.

– Na mnie pan czeka? – Zapytałam z niedowierzaniem.

Mężczyzna pokiwał głową. Wpatrywał się w mapę, jak się później okazało szukając nazwy miejscowości, którą miałam wypisaną na kartce. Z CB poleciała cała wiązanka przekleństw na mojego wybawcę, „że tarasuje drogę, by autostopowiczkę zabrać, że baran itd.” (tak naprawdę używano słów większego kalibru)

 – A gdzie ten Wągrowiec właściwie jest? – zapytał w końcu..

– Właściwie to ja za Oborniki chcę jechać. A pan dokąd?

Chłopak przyglądał się mapie

– Oj, chyba mi nie po drodze. – Znaczyło, że w końcu odnalazł na mapie Wągrowiec. – A wiesz, że w ogóle ty na złej drodze stoisz?

Zrozumiałam, dlaczego nikt nie chciał się zatrzymać.

– To co? – zapytałam z nadzieją, licząc naiwnie, że  może jednak się okaże, że jedzie w tym samy kierunku.

Chłopak sprawdzał mapę dokładnie, liczył i podliczał kilometry. W końcu stwierdził, że jadąc przez Oborniki będzie musiał nadrobić tylko 50 km. Było to dla niego do przyjęcia. Droga mijała, jak to zwykle na stopie, interesująco. Podszkoliłam się w maszynach rolniczych, co nieco dowiedziałam się u użytkach rolnych i uprawach i bogata w tę wiedzę dotarłam w końcu do miejscowości Wargowo, gdzie czekał na mnie przytulny pokoik w pensjonacie. Dotarłam na czas, by spróbować…

Wakeboarding – ja to chyba do tego się nie nadaję, pomyślałam, spoglądając z lekkim przestrachem to na wyciąg, to na deskę. Generalnie mało wodna jestem, zwłaszcza jeśli chodzi o sporty z deskami związane. Z desek to chyba najlepiej tę do prasowania znam, choć nie powiem żebym darzyła ją wielka sympatią. Na myśl o spływie kajakowym cieszyłam się. Wakeboarding nie wzbudzał już tak wielkiego entuzjazmu, a nawet wywoływał pewne obawy. Niestety tak działa na mnie myśl o nawet minimalnym podtapianiu się.

– Kto boi się wody albo nie umie pływać? – zapytał instruktor i wręczył mi kamizelkę zaraz po tym jak moja ręka wystrzeliła w górę w odpowiedzi na jego pytanie. Przemknęło mi przez głowę, że może dać sobie spokój i odpuścić próbowanie. Po zjeździe z wulkanu w Nikaragui obudziło się jednak we mnie coś dziwnego. Pokonałam jakiegoś wewnętrznego potwora, który czasem paraliżował mnie, nie pozwalając na wiele rzeczy. Na wulkanie mu się nie dałam i już chwilę potem spłynął na mnie spokój, który towarzyszył mi teraz, w chwili zakładania kasku na głowę i zanurzaniu się wraz z deską w zimnej wodzie. Położyłam się na plecach i ugięłam mocno nogi, przyciągając deskę jak najbliżej klatki piersiowej, zacisnęłam dłonie na drążku i wyprostowałam ręce. Słyszałam jak zaczyna pracować wyciąg. Lina, która miała mnie pociągnąć, zaczęła powoli naprężać się, unosząc mnie z wody do pozycji stojącej…. Stojącej na chwilę zaledwie, bo ledwo wstałam a już leżałam z powrotem w wodzie. Metr dwa do przodu i woda, metr dwa do przodu i znów woda. Zachłystywałam się nią. Wlewała mi się do nosa, powodując chwilowe uczucie tonięcia. Dopłynęłam jednak do końca. I co teraz?, pomyślałam, leżąc na brzuchu. Za cholerę nie mogłam się przewrócić na plecy i odwrócić tak, by znaleźć się we właściwej pozycji. Zaczęłam przebierać nogami, próbując przerzucić je wraz z deską. Kilka prób i nic. Czułam się jak żuczek, który niechcący wylądował na złej stronie i machając nóżkami próbuje wrócić do właściwej pozycji. Byłam w tamtej chwili takim właśnie żuczkiem. Normalnie nie dam rady, myślałam, siłując się ze swoim ciałem i wodą, która uparcie wlewała mi się do nosa. Po kilku minutach, gdy już niemal zwątpiłam w powodzenie akcji, udało się. Uniosłam rękę, dając znak, że jestem gotowa do powrotu. Lina znów zaczęła się naprężać. Tym razem, niemal na raz, z jednym zaledwie upadkiem, udało mi się wrócić do brzegu. Głupie, ale znów byłam z siebie dumna. Zwykle wcześniej taka strachliwa i niechętna wszelkim nowościom, zwłaszcza tym związanym z wodą, a tu masz. Niemal bez dyskusji, sama z siebie znów spróbowałam czegoś nowego. I musiałam przyznać, że to fantastyczne uczucie!

Na kajakach płynęłam raz, no może dwa. Zwykle godzina była satysfakcjonująca. Tu nie miałam możliwości zrezygnowania w trakcie. Kajaków było pięć. Ja sparowałam się z Ewą. Potrzebowałam kogoś z doświadczeniem, licząc na to, że wówczas nie spotka mnie niechciana kąpiel. Nawet nie tyle martwiłam się o samą siebie, ile o aparat. Jak zwykle zresztą. To tylko piętnaście kilometrów, więc nie powinno wam zająć dłużej niż trzy i pół godziny, oznajmił pracownik parku rozrywki Adrenalina. W mojej głowie te trzy i pół godziny nie jawiły się jakoś groźnie. Na rowerze potrafię jechać i przez dwanaście godzin bez przerwy, więc trzy i pół godziny wydawały się całkiem rozsądnym czasem. To nic, że już po godzinie ramiona były obolałe, a na kciuku zrobił się bąbel, a po półtorej godziny zdążył już pęknąć, piekąc i boląc przy każdym machnięciu wiosłem. Nie było głęboko, często klinowałyśmy się na mieliźnie, lub na wyłożonych na dnie powalonych pniach drzew. Musiałyśmy wygrzebywać się z kajaka i przepychać go Czasem wykonywałyśmy z Ewą dziwne ruchy: przód-tył-przód, by bez moczenia nóg przepchnąć sprzęt. Zaśmiewałyśmy się przy tym do łez, bo nasza walka z płyciznami wyglądała niezwykle komicznie. Po trzech godzinach do śmiechu już nam jednak nie było. Ból ramion stawał się coraz bardziej dotkliwy, a nas czekała jeszcze co najmniej godzina machania wiosłami.

– Ewka, ja już nie dam rady dłużej – zaczynałam marudzić, robiąc przerwę już co kilka minut.

Ewa też już powoli zaczynała mieć dość. Obie wypatrywałyśmy znaków dobicia do celu.

– Miały być jakieś liny rozwieszone i napis Adrenalina – rzuciła Kamila, gdy spotkaliśmy się ponownie na trasie. Z Ewą płynęłyśmy jako ostatnie.

Trasa była niezwykle malownicza, zielona, z powalonymi drzewami, stanowiącymi przeszkodę do pokonania, malutkimi wodospadami, nie pozwalała się nam nudzić. Rzeka Wełna ponoć jest wyjątkowa. Łączy w sobie cechy zarówno rzek nizinnych, jak i górskich. Momentami więc tafla wody była prawie nieporuszona jakby bała się opuścić dobrze znane sobie brzegi, a momentami niczym rwący potok gnała przed siebie. Na przyrodzie specjalnie się nie znam, ale informacje dotyczące rzeki wspominają o rzadkich okazach flory i fauny. Dla mnie największą frajdą było spotkanie z wydrą, która właśnie wracała z polowania. Skubana jednak była tak szybka, że jedynie towarzyszącemu nam fotografowi udało się ją „ustrzelić”.

Po prawie czterech godzinach dopłynęliśmy do celu. Zmęczeni, ale szczęśliwi zasiedliśmy do uczty. Trzeba było uzupełnić stracone z takim wysiłkiem kalorie. Ze zmęczenia nikt nie miał siły mówić. Pomruki zadowolenia rozbrzmiewały jednak przy deserach, szczególnie przy genialnym torcie czekoladowym z lodami. Po takiej uczcie siły wróciły. Może nie ze zdwojoną siłą, ale na tyle by wziąć udział w  grze miejskiej, a potem jeszcze, by pokonać tor przeszkód w parku linowym. Największą radość sprawiła chyba wszystkim tyrolka, czyli zjazd po linie, a właściwie po trzech. Najbardziej cieszyła się Ewa, która zatrzymała się w połowie ostatniego zjazdu i była ratowana przez przystojnego pana instruktora. Żeńska część ekipy pluła sobie w twarz, że też na pomysł zaklinowania się nie wpadła, natomiast mężczyźni podchodzili z mniejszą wyrozumiałością do przestoju, licząc minuty, które już upływały od rozpoczętego tego dnia meczu (choć ekipa żeńska też całą noc potem kibicowała).

Minęły tylko dwa dni (w tym połowa jednego na dojeździe), a ja miałam wrażenie jakbym była na wakacjach co najmniej od dwóch tygodni. Im bardziej aktywnie i im więcej ciekawej rozrywki, a przy tym śmiechu i interesującego towarzystwa, tym wypoczynek chyba wydaje się jakby pełniejszy. Spróbowałam wakeboardingu, wzięłam udział w spływie, biegałam po mieście, rozwiązując zagadki (uwielbiam gry miejskie!), pokonywałam przeszkody w parku linowym, próbowałam przysmaków wielkopolskich i pysznego wielkopolskiego piwa, oglądając rozgrywki piłkarskie, a to jeszcze nie był koniec. Następnego dnia czekała nas nowa atrakcja – spływ tratwami kajakowymi Wartą. Ale co to takiego, dopytywał każdy. No jak to co? Tratwa położona między dwoma kajakami J wydaje się całkiem proste. Wiosłowanie też nie było trudne, bo wymagało angażowania jedynie jednej ręki (no ewentualnie dwóch). W takiej tratwie kajakowej zasiadają cztery osoby. Największą jej zaletą jest to, że tak naprawdę  tylko dwie muszę wiosłować, podczas gdy dwie pozostałe mogą odpoczywać, co skrzętnie z Kamilą wykorzystałyśmy, rozkładając się na tratwie. Genialny wynalazek!

Po tym cudnym weekendzie, w trakcie którego odpoczęłam mentalnie, choć fizycznie mocno (w pozytywnym znaczeniu) zmęczyłam się, nie miałam siły stać już przy drodze i łapać stopa. Nawet nie tyle stać przy drodze, ile prowadzić konwersacje „autostopowe”. Podjęłam odważną decyzję i po kilku latach przerwy postanowiłam… przejechać się PKP. Po tej jeździe, niemal rozbijając obozowisko na podłodze przy kolejowym „szalecie”, po opóźnieniach i spotkaniach z nieprzychylnymi pasażerom konduktorami przypomniałam sobie, dlaczego nie jeżdżę polskimi kolejami i za co tak kocham autostop. Przebiegła mi też myśl przez głowę, że ludzie powinni raczej pytać „czy nie boisz się jeździć PKP”, zamiast „czy nie boisz się jeździć stopem”

A Wielkopolska zaskoczyła mnie pozytywnie. Spędziłam tam świetne chwile i już dziś wiem, że za kilka tygodni ponownie tam wracam.

Zapraszam na Wielką Pętlę Wielkopolski

Zdjęcia: ProjectOn

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

8
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
5 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
Vistit Wielkopolska -warto wpaść do Wielkopolski!MonikaB*Anita DemianowiczMagdaQtravelerka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
travelerka
Gość
travelerka

Super weekend 🙂 Prawdę powiedziawszy narobiłaś tylko ochoty, a tu jak na złość praktycznie wszystkie wakacyjne weekendy mam zajęte 🙁 Ale będę pamiętać i może przy innej okazji się uda 🙂

MagdaQ
Gość
MagdaQ

„Z desek to chyba najlepiej tę do prasowania znam, choć nie powiem żebym darzyła ją wielka sympatią.” <3 😀
Mam dokładnie takie same odczucia jeśli chodzi o wodę, ale po przeczytaniu tego posta pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy to: "cholera, może ja też powinnam tego spróbować?" W końcu trzeba pokonywać swoje ograniczenia, nie? Dzięki!

trackback
Vistit Wielkopolska -warto wpaść do Wielkopolski!

[…] Więc Wielkopolska. A jak Wielkopolska to wspominana już kiedyś przeze mnie Wielka Pętla Wielkopolska, czyli szlak wodny o długości 690 km, na którym wierzcie mi, jest co robić. No […]