fbpx
CHORWACJA EUROPA W DRODZE

Zatoczone koło

– Trochę tam ciemno, nie sądzisz? – zapytałam z niepewnością Agę. – Nie jestem pewna czy to bezpieczne.

– A mamy jakieś wyjście?

Zagłębiłyśmy się w ciemność.

Wyjściem było czekać, aż łaskawie ktoś jednak zdecyduje się zatrzymać i nas podwieźć. Od kilku godzin na to się jednak nie zapowiadało. Dotarłyśmy do wjazdu na autostradę, prowadzącą wprost do Polski, no prawie do Polski. I prawie przed wjazdem na autostradę, bo od niej oddzielał nas wąski i długi most, po którym spacerowanie nie należało do najrozsądniejszych. Zresztą nie było którędy spacerować, bo nie była tam nawet skrawka pobocza. Stałyśmy więc kawałek przed wjazdem, w miejscu gdzie krzyżują się drogi z dwóch kierunków, a samochody, zamierzające podążać autostradą, skręcają. Po dłuższym czasie straciłyśmy cierpliwość, bo niewiele samochodów wykazywało potrzebę przejazdu autostradą, a te które wykazywały, mijały nas obojętnie. No i co dalej?

– Musimy się dostać do bramek – zadecydowała Aga, wskazując drogę biegnącą jakby wzdłuż mostu, ale górą..

Ponieważ i tak nie miałyśmy wielkiego wyboru, zaczęłyśmy nią podążać. Doprowadziła nas ona na szczyt pagórka, u którego stóp znajdowało się wejście do tunelu.

– Czyli teraz muszę z moim trzydziestokilogramowym plecakiem stoczyć się jakoś w dół, a potem przedzierać przez tunel?! – Trochę spanikowałam, bo chociaż nie mam klaustrofobii, to jednak wąskich ciemnych tuneli troszkę się obawiam.

– Ile on ma metrów? – zapytałam z nadzieją, że nie będzie chociaż za długi.

– Niecałe pięćset – odpowiedziała Aga i zjechała w dół, przejmując ode mnie po kolei każdy z czterech plecaków, które ze sobą taszczyłyśmy.

Docierający po moście do tunelu kierowcy zadzierali głowy, przyglądając się dwóm wariatkom, które z plecakami mniej więcej ich wzrostu, próbowały zejść z kilkumetrowej górki.

Zagłębiłyśmy się w ciemność. Przechodzenie przez słabo oświetlony tunel, w którym każdy minimalny dźwięk nabierał takiej siły, że miało się wrażenie, iż to nie mały samochodzik jedzie, ale kilkunastowagonowy pociąg albo kolumna czołgów, dostarczało ciekawych wrażeń dźwiękowych. Z niecierpliwością jednak wypatrywałam światełka na końcu tunelu. Byłyśmy już blisko.

– No to będą w końcu bramki, będzie łatwiej kogoś złapać – ucieszyłyśmy się obie.

– Jak to możliwe?! – wrzasnęłam, gdy wyszłyśmy znów na światło dzienne. – Przecież to niemożliwe! Ale z nas idiotki!!!

Znalazłyśmy się niemal dokładnie w tym samym miejscu, w którym niecałą godzinę wcześniej łapałyśmy stopa. Zamiast przedzierać się przez górki i tunele, mogłyśmy przejść na drugą stronę ulicy i miałybyśmy wejście do tunelu, z którego właśnie wyszłyśmy. Bramek na autostradę nie było.

Zrezygnowane niepowodzeniem akcji postanowiłyśmy łapać stopa, niejadącego autostradą. Pięć minut minęło i siedziałyśmy w samochodzie sympatycznego mężczyzny, który zwykle do pracy ze Splitu jeździ autostradą, bo szybciej. Wraca jednak trasą wolniejszą, bo piękniej. Podrzucił nas pod same bramki wjazdowe do autostrady w okolicach Splitu. Tu wyglądało optymistyczniej – więcej samochodów. Optymizm szybko uleciał, ustępując znów miejsca rezygnacji. Nikt zabrać nas nie chciał, a szczerze powiedziawszy, to im robiło się później, tym mniej samochodów nas mijało. Zdecydowałyśmy, że nie ma więc co czekać, tylko trzeba dostać się na najbliższą stację benzynową i tam prosić o zabranie nas, a w najgorszym przypadku, przenocowanie na owej stacji, która ponoć znajdowała się mniej więcej osiem kilometrów w głąb autostrady. Osiem kilometrów spaceru zakazaną trasą z 30 kilogramowym plecakiem i w dodatku o wschodzie słońca – bezcenne.

Najpierw jednak musiałyśmy przemknąć obok bramek, niezauważone przez pracowników autostrady, którzy mogli wezwać policję. Ruszyłyśmy więc opłotkami, przez chaszcze i drogę przypominającą momentami kamieniołomy. Potem tylko przedostanie się przez płot (całe szczęście nie był pod napięciem) i przerzucenie przez niego naszych plecaków i już mogłyśmy podążać wzdłuż autostrady. Oczywiście minus był taki, że stuprocentowej pewności czy jakakolwiek stacja benzynowa faktycznie gdzieś niedaleko się znajduje nie miałyśmy. Słońce wyjątkowo szybko chyliło się ku zachodowi i robiłyśmy się na drodze coraz mniej widoczne, a dodatkowo umierałyśmy pod ciężarem naszego bagażu. Ciężar mojego zmienił się od czasu pobytu w Kotorze. Wyposażony był dodatkowo w butelkę czarnogórskiego wina i dwulitrową butelkę piwa dla mojego męża (smakosza owego trunku), a także kilka puszek zapasowego jedzenia byśmy w trasie nie umarły z głodu i litrowy słoik oliwek również uwielbianych przez małżonka. Oliwek po jednym dniu niestety się pozbyłam, lecz zapachu po ich obecności już nie. Słoik się rozszczelnił, płyn wyciekł, a oliwki skwaśniały. I tyle było niepotrzebnego dźwigania.

W oddali zaczął majaczyć mi tunel.

– Nie to niemożliwe. Ja przez ten tunel nie przejdę, zwłaszcza w nocy. – Panikowałam, zaczynając się po cichu modlić, by ktoś zlitował się jednak nad nami i zabrał nas ze sobą.

Po chwili stwierdziłam, że chyba moje modlitwy zostały wysłuchane. Kilkadziesiąt metrów dalej na poboczu zatrzymał się samochód i zapalił światła awaryjne.

Dla nas czy nie dla nas? – Oto jest pytanie, które kłębiło mi się w głowie. Już kilkakrotnie byłyśmy w sytuacji, gdy ktoś się zatrzymywał, a potem okazywało się, że zadzwonił mu telefon albo musiał coś sprawdzić nagle na mapie.

– Pewnie na toaletę się zatrzymał – stwierdziłam z żalem, ale przyspieszyłyśmy kroku. Gdy zobaczyłam, że otwiera bagażnik i zaczyna z przedniego siedzenia coś przekładać do bagażniku, stwierdziłam, że musi czekać na nas.

– Powiedz, że czekasz na nas – wrzasnęłam kilkanaście metrów od samochodu.

Chłopak zaczął się śmiać: – No pewnie, że na Was. A co myślałyście, że na toaletę się zatrzymałem?

Benjamin jechał do Zadaru i w jego okolicach, na którejś ze stacji mógł nas wysadzić. Zanim to jednak zrobił, zajechał po zakupy. Wodę oraz mała przekąska dla strudzonych podróżą. Żadna z nas nie miała oczywiście chorwackich pieniędzy, bo też nie przypuszczałyśmy, że będą nam one potrzebne.

– Jak was zobaczyłam, to najpierw zacząłem się śmiać – powiedział Ben. – Nie mogłem uwierzyć, że ktoś spaceruje sobie tak po prostu po autostradzie. Przecież to zakazane. Ale wiedziałem, że skoro to robicie, to znaczy, że potrzebujecie pomocy. No i że jesteście wariatkami też stwierdziłem. Nie mogłem Was tak zostawić – odpowiedział, gdy zapytałam dlaczego się zatrzymał.

Ben zaledwie miesiąc wcześniej wrócił ze swojej dziewięciomiesięcznej podróży dookoła świata. Okazało się, że mniej więcej w podobnym czasie, co i ja, eksplorował Salwador i Meksyk.

– Tyle razy byłem w podobnej jak wy sytuacji. Nikt nie zrozumie podróżujących, oprócz tych, którzy sami podróżują. – Dodał.

I taka jest prawda.

Wylądowałyśmy późno w nocy na stacji benzynowej w Zadarze. A tam wpadłyśmy na Marcina, autostopowicza, wracającego z Czarnogóry. Jechał sam. Postanowiliśmy połączyć siły. W Zadarze nocowanie w namiocie nie wyglądało zachęcająco. Wiatr był tak silny, że wyjście ze stacji groziło przewróceniem się. I wtedy z pomocą przyszła nam Monika. Monika to Polka, podróżująca po świecie ze swoim mężem chorwackiego pochodzenia. Historia ich życia oraz poznania była na tyle pasjonująca, że mimo potwornego zmęczenia, nie zmrużyłam oka, gdy podrzucali nas na kolejna stację benzynową, odległą od stolicy Chorwacji o niecałe 60 km. I choć długo nie jechaliśmy, to wiem, że jeśli kiedyś wyląduję w Meksyku, w stanie Chiapas i będę szukała pracy, to bez problemu znajdę ja u Moniki i jej męża.

Noc spędziłyśmy w restauracji przy stacji paliwowej. Barman nawet nas nie wyganiał. Na wszelki wypadek zapytałam go, czy nie będziemy mu przeszkadzać, ale nie widział żadnego problemu. Rozłożyliśmy sobie w trójkę cichutko w kąciku nasz biwak i zasnęliśmy, tzn. ja i Marcin, bo Aga spać tam nie potrafiła i już nad ranem zmusiła mnie do wstania i łapania stopa. Fakt, że wszystkie ciężarówki powoli o tej porze zbierały się do odjazdu, a i na stację zaczęło podjeżdżać coraz więcej pojazdów osobowych. Słabo by wyglądało, gdyby zachodzący do restauracji goście potykali się o śpiwory i karimaty rozrzucone gdzie popadnie.

Najpierw krótki rekonesans po parkingu czy nie ma gdzieś polskich blach. Są. Chłopak zaczepiony w jednym z polskich samochodów zaczął tłumaczyć, że czeka na kogoś i tak właściwie to rusza dopiero dalej za dwie godziny, po czym, po pięciu minutach już go nie było.

Dla trójki ciężko było coś znaleźć. Zaczepiona przeze mnie sympatyczna dziewczyna miała tylko jedno miejsce wolne, więc wyekspediowałyśmy Marcina. A same po minucie też już siedziałyśmy w samochodzie. I to nie byle jakim.

– A ten kogut z tylu? – zapytałam z ciekawości, pokazując na niebieskie światełko ze skręconym kablem. – Jesteście z policji?

Dwóch mężczyzn spojrzało na siebie. – Tak jakby – odpowiedział jeden z nich. – Więc możecie czuć się bezpiecznie.

– Pod latarnią często najciemniej – mruknęłam pod nosem, biorąc pod uwagę, że to oni nas zaczepili z pytaniem czy nie potrzebujemy podwózki.

– Co powiecie na zwiedzanie Zagrzebia? – zapytał młodszy.

Czas teoretycznie miałyśmy, ale ze względu na chorobę Agi wolałyśmy łapać już stopa do Polski. Nie miałyśmy jednak za bardzo wyjścia, bo Dimitr musiał podrzucić swojego kolegę na ważne spotkanie w stolicy. A poza tym tajnym agentom rządu chorwackiego się nie odmawia:)

Wjechaliśmy do Zagrzebia i powędrowaliśmy do centrum na kawę, na którą zostałyśmy zaproszone. Stolicy specjalnie nie zwiedziłyśmy, bo gadanie przy kawie zajęło nam i tak zbyt wiele czasu. Dimitr zawiózł nas z powrotem na autostradę i znalazł stacje z ogromnym parkingiem dla tirów. Gdy wysiadałyśmy, przyczepił koguta na dach i odjechał. Ech, a tak zawsze chciałam się przejechać samochodem na sygnale…

Nasza podróż zbliżała się do końca, choć w tej chwili jeszcze tego nie wiedziałyśmy. Byłyśmy przekonane, że czeka nas jeszcze jedna noc na stacji benzynowej. Urok anielskich oczu Agi i niewinny wygląd sprawił, że spotkane polskie małżeństwo postanowiło zabrać nas ze sobą aż do samego Zakopanego. I tak po niecałych dziesięciu minutach siedziałyśmy już wygodnie z tyłu, układając się do snu. Czekało nas prawie dziewięć godzin jazdy.

Przygoda skończyła się i smutno było się rozstawać, ale przyszły wspólny autostop z Agnieszką mamy już zaplanowany. Kto by pomyślał, że idealną towarzyszkę podróży można znaleźć w Internecie?

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

avatar
  Subscribe  
Powiadom o
error: Treść chroniona!