fbpx
AMERYKA POŁUDNIOWA CHILE W DRODZE

Heksaemeron* patagoński

I nastał wieczór i poranek, dzień pierwszy (16 km)

Panował chaos. W mojej głowie. Dopadło mnie jakieś rozgorączkowanie, dziwna ekscytacja. Czułam jak serce mi kołacze, jak coś ściska w gardle. Po kilkudziesięciu godzinach w końcu tu byłam. Miałam wrażenie jakbym po długim czasie ciemności, w końcu ujrzała światło.

Na wjeździe do parku jednak chaos był nie mniejszy niż w mojej głowie. Wypełnianie druków, zakupy biletów, bagaże, tłum ludzi, jedni się przepakowują, inni już wyruszają na szlak. A ja stałam oniemiała i wpatrywałam się w przestrzeń, nie bardzo wiedząc jak ta droga i kilkudniowa podróż będzie wyglądała. Może to będzie dziewięć dni albo osiem jak przewidują przewodniki, a może mniej. Nie miałam pojęcia.

Droga z Laguna Amarga przez większość czasu wiodła nas płaskim terenem. Na razie nie było niebiańskich widoków. Krajobraz bardziej przypominał dantejski czyściec. Całe połacie martwych drzew, biało-czarnych, spalonych kikutów, wystających z ziemi. Jakiś turysta kiedyś nie dogasił niedopałka, czy też odpalił gaz w kuchence turystycznej na otwartej przestrzeni i duża część parku poszła z dymem.
Upał panował niemiłosierny. Rozmyślałam, o ile przyjemniej wędrowałoby się w cieniu drzew, nawet takich skarlałych, przypominających nieco japońskie drzewka bonsai (na taki natrafialiśmy bowiem w późniejszych etapach). Szliśmy jednak na otwartej przestrzeni i prażyliśmy się na słońcu niczym pestki dyni na patelni. Miałam ochotę wskoczyć do tej rzeki o bladoniebieskim czy może siwym kolorze, która wyglądała jakby wsypano do niej niezliczone wiadra cementu. Podziwiałam ją jednak z daleka. Ta rzeka przez długi czas miała nam jeszcze towarzyszyć.

Po kilku godzinach wędrówki naszym oczom ukazała się zielona ukwiecona rumiankami polana. Na polanie stał domek i metalowa budka. W słońcu odbijały też blask z rzadka jeszcze ustawione namioty. Rozłożyłam się pod drzewem dającym cień i rozkoszowałam dniem.
Chmury nie przybierają tu żadnych kształtów, pomyślałam z żalem. Wpatrywałam się w niebo już od co najmniej dwóch godzin, próbując w podniebnym puchu odnaleźć postaci z dzieciństwa. Nie było ich tam. Czy w wieku 33 lat tracę w końcu coś z dziecka?, zmartwiłam się. Stwierdzając jednak, że nie, bo wciąż czerpałam dziecięcą radość z tego błękitu nieba, zieleni trawy, żółci mleczy i bieli chmur oraz rumiankowych płatków.

I nastał wieczór i poranek, dzień drugi (30 km)

Z nieba od rana lał się znów żar. Szliśmy przez bajecznie zielony las. Raz w górę, raz w dół. Naprzemiennie jakbyśmy podążali ściegiem zygzakowatym właśnie wyjętym spod igły starego Singera. I tak przez dziesięć kilometrów, aż do pierwszej strażniczej budki. Tylko wpis do zeszytu, numery paszportów. To może jeszcze woda od strażnika, krótka pogawędka, kilka migdałów na dalszą drogę. A potem już nieco bardziej płasko niemal aż do jeziora Dicksona, z którego wypływała bladoniebieską cementową rzekę Rio Paine. I potem wędrówka wzdłuż Rio Los Perros i znów zejście i podejście, zejście i podejście naprzemiennie, nieustannie. I ścieżka wijąca się alejkami wśród drzew. A z daleka już zaczynał docierać do oczu blask lodowca Los Perros. Jeszcze kawałek do niego. Zbliżaliśmy się powoli. W miarę zbliżania się do wprost proporcjonalnie rosła siła wiatru i wielkość oraz zagęszczenie kropel, które zaczęły kapać z nieba. Ochłodziło się. Jakby pory roku trwały tu po dzień czy półtorej dnia i zmieniały się tak ze sobą nieustannie. Nadeszła dżdżysta chłodna szara jesień. I tylko ten lodowiec błyszczał i przyciągał niczym magnes. Wspinałam się na brzeg wzniesienia, by zerknąć na lagunę, by z bliska spojrzeć na lodowiec, ale wicher starał się zniweczyć moje plany. Zaczynałam poznawać prawdziwą naturę patagońskiego wiatru, o której tyle słyszałam. Walczył ze mną. Walkę przegrałam, staczając się na zbocze. Zaczęło lać. Coraz mocniej i mocniej i wiać jeszcze bardziej barbarzyńsko. A tu jeszcze droga w górę i wreszcie w dół. Jeszcze kilkaset kroków i jesteśmy na miejscu, szepnął mąż. Zmęczona, wychłostana wiatrem i deszczem, nim zniknęłam za ostatnim wzgórzem, odwróciłam się by spojrzeć na lodowiec. Nie był sam. Wyjrzało kilka słonecznych promieni i tęcza. Lepszego zakończenia dnia wymyślić nie mogłam.

I nastał wieczór i poranek, dzień trzeci (12 km)

Powierzchnia, po której stąpałam wcale nie była sucha. Przez całą noc padało. Błoto rozbryzgiwało się na wszystkie strony. Najtrudniej było z podejściami i zejściami. Niekończąca walka z tym, żeby się nie pośliznąć i nie wylądować pupą na glebie. Nie żeby o ból czterech liter chodziło, ale o czystość ubrań, bo przecież niewiele ich w plecaku na zmianę. Liczyła się waga bagażu, a oprócz ubrań musiał pomieścić się wielki śpiwór, sprzęt kuchenny i kilogramy jedzenia. Zresztą zmieniać nie byłoby co, bo z zimna niemal wszystkie fatałaszki miałam wciśnięte na siebie. A ani suszyć, ani prać nie było gdzie. Najtrudniej było z butami, bo już na „dzień dobry” najpierw lewym, potem prawym wpadłam po kostki w błoto. Wciągnęło mnie, tworząc w moim obuwiu istne morze.
Morze następnie zaczęło stopniowo zamarzać, ale do suchego lądu było jeszcze daleko, bo oto przed naszymi oczami zaczęła rozciągać się biała przestrzeń. Z błotnistego lasu, weszliśmy niemal wprost w ramiona śnieżycy. W takich warunkach jeszcze nie wędrowałam. Zamiast jednak kląć na co popadnie za koszmarne warunki pogodowe, parłam przed siebie z uśmiechem na twarzy. Było genialnie, choć kostniałam z zimna i miałam wrażenie, że każda próba zrobienia zdjęcia, co wiązało się najpierw z uwolnieniem dłoni z rękawiczek, skończy się odmrożeniem. Uśmiech nie schodził z twarzy, nawet gdy musiałam przystawać i rękami łapać za pierwszy lepszy wystający kamień czy głaz, na tyle silnie osadzony w ziemi, by stanowił dla mnie wsparcie i pomógł oprzeć się nieprawdopodobnie silnemu wichrowi.

– Zawsze tu taka pogoda? – Zapytałam Estebana, strażnika z kempingu Perros, którego mijałam, gdy ten stojąc w jednym z głównym punktów obserwacyjnych, sprawdzał czy na szlaku wszystko gra.
– Często jest gorsza. Dziś macie dobrą pogodę. Macie szczęście – odpowiedział z uśmiechem, przekonując, że czasem wieje tak mocno, że nic tylko plackiem leżeć na ziemi. A ja rozważałam jak potrafi się niebywale zmienić pojęcie „dobrej pogody”.
Z każdym niemal krokiem wiatr przybierał na sile. Punkt kulminacyjny znajdował się na Przełęczy Gardnera. Przy zejściu oczom ukazał się lodowiec. Grey! Morze lodu. Oniemiałam z zachwytu. Miałam go teraz przed sobą niemal w całej okazałości. Zdumiewał i zachwycał mnie swoim ogromem. Gdyby nie przenikliwe zimno i powolna utrata czucia w kończynach, mogłabym tak stać godzinami i gapić się w ten biało-błękitny bezmiar.

Potem już było tylko las i droga w dół. Ale las nie był za dziesięć minut od przełęczy, jak sugerował strażnik (bo to było rangerskie dziesięć minut), tylko blisko pół godziny. Było też nieco cieplej, nie tak wietrznie, a potem była już budka strażników, piec i ciepła yerba mate i ławeczka w punkcie widokowym na lodowiec i nawet Absynth, którym częstowali Chilijczycy.

I nastał wieczór i poranek, dzień czwarty (17 km)

W nocy księżyc, w dzień słońce. Ale tego słońca było już teraz znacznie mniej. Czasem prześwitywało przez ciemniejące chmury. Za to nocne niebo usiane było gwiazdami w liczbie zatrważającej. W ciemnościach, w terenach nieskażonych światłem sztucznym, widać dużo więcej. Pory roku jednak jakby zupełnie się pomieszały, burząc ustalony na początku istnienia świata rytm. Przedwczoraj lato, potem jesień i wczoraj zima, a potem znów jesień czasem przemieszana z pierwszymi oznakami wiosny. I lodowiec, który nie pozwalał zapomnieć o zimie, towarzysząc nam tego dnia nieustannie.

Od czasu do czasu ciszę rozdzierał nieprawdopodobny dźwięk. Czy to burza? Wystrzał? Nie, to tylko kolejny kawałek lodowca odłamał się i poturlał do wody.
Na trasie wciąż jeszcze było niemal pusto. Z rzadka wpadało się na innego wędrowca. Zwykle na tego samego, co przez ostatnie cztery dni. Na trasie zwanej „O” (pełnej pętli wokół Torres del Paine) nie ma wielu chętnych do pokonania ponad 100 km trasy.
– Średnio przechodzi tędy 30-50 osób dziennie– zdradził mi jeszcze w Campamento Paso Kristofer, jeden ze strażników.

I nastał wieczór i poranek, dzień piąty (ok. 25 km)

– O, tam jest kondor – Usłyszałam. Szybował gdzieś w oddali. Żałowałam, że z bliższa nie mogę przypatrzeć się rozpiętości jego skrzydeł. Nie mogłam też trafić na pumę, której już od tak dawna szukałam. W drodze jednak mieliśmy możliwość przyglądania się życiu różnego ptactwa, a tu gdzieś pojawił się lis, a tu wyskoczył królik, kamieniejąc na widok człowieka i udając jakby go wcale w tym miejscu nie było, mimo że przecież był. Starał się zlać z tłem, wtopić się w nie, być niezauważonym. Czyniliśmy długie obserwacje tego dnia. Dziesięć godzin niemal nieustannego wędrowania. Czasem świeciło słońce, czasem padało, to znów zacinał śnieg. Otoczenie niejednokrotnie niknęło zupełnie we mgle. Chwila przerwy, kilka migdałów. I znów przenikliwe zimno, ale w okolicach błękitne laguny, czerwone krzewy, zielona trawa. Pogoda w żaden sposób nie była w stanie oszpecić krajobrazu, który w każdych warunkach wyglądał zjawiskowo. Na to piękno nie miała też wpływu zaniedbana i zabłocona droga, podgniłe zdewastowane kładki, które zmuszały do brodzenia w kałużach i błocie. Mężowi widoki psuły jedynie nieco zmęczenie i ból mięśni. Droga z kempingu Los Cuernos do Chileno pięła się niemal cały czas stromo w górę. A mnie rozpierała energia i niewypowiedziane szczęście. Czułam się, jak rzadko, na swoim miejscu.

I nastał wieczór i poranek, dzień szósty (ok. 20 km)

I pojawił się człowiek, a nawet kilkunastu czy kilkudziesięciu. I wcale nie z gliny, prochu czy żebra. Choć wielu nosiło na ubraniu ślady błota jakby w nim się tarzali (a może z niego jednak powstali?). Na kempingu, na szlaku do Torres zrobiło się bardzo tłoczno. Znikła cisza i spokój z wcześniejszych dni. Za to pojawiła się znów zima w całej swej okazałości. Właściwie spadła nam wprost na głowę, gdy tylko wychyliliśmy je z namiotu. Świat w białych barwach wyglądał przepięknie. Nie było przenikliwego wiatru, szarego deszczowego nieba. Było za to dużo słońca, przynajmniej w niższych partiach. Świat zaczął wyglądać jeszcze piękniej. Mimo zimna, od którego grabiały mi schowane w rękawiczkach dłonie, uśmiechałam się od ucha do ucha. Zima – to było to! Bielące się szczyty, śnieg chrzęszczący pod nogami, nawet drobne pośliźnięcia dawały mi mnóstwo radości. Zaczęłam odkrywać nową jakość, choć trasa w górę do łatwych nie należała, a wieże częściowo ukryły się przed nami za chmurami. W końcu tu byłam. Cała szczęśliwa. Ale nie wiem czy byłabym tak podekscytowana, gdybym najpierw nie musiała być w drodze sześć dni. Gdybym od tak sobie przyjechała na kilka godzin, na jednodniową wycieczkę, by zaliczyć kolejny punkt. Nie, raczej nie. Wrażenie były o wiele silniejsze, bo żeby znaleźć się w tym miejscu musiałam wymarznąć nie raz w namiocie, walczyć z wietrzyskiem, wylewać pot na podejściach. Satysfakcja zwielokrotniała doznania.

Droga powrotna do Laguna Amarga dłużyła się niemiłosiernie. Brakowało już sił, a właściwie może zaczynało powoli wkradać się w nasze umysły rozleniwienie? Już czuliśmy zapach końca wędrówki. A może to powolne tempo nie było wcale wynikiem braku sił, ale próbą zatrzymania tej chwili, zatrzymania swojej obecności w parku, wśród pasących się na zielonej łące guanaco i nandu?
– Ja to bym zrobiła tę pętlę jeszcze raz, od początku – rzekłam do męża. – A ja już bym się położył w łóżku, nigdzie nie musiał chodzić i odpoczął – odparł. Dwa przeciwległe bieguny spotkały się w okolicach antarktycznego koła podbiegunowego.
Z Laguna Amarga sześć dni wcześniej ruszyliśmy i jako jedyni, przynajmniej tego dnia, zamknęliśmy koło, docierając do Laguna Amarga o własnych siłach. – Wszyscy normalni wracają już tu autobusem – chrząknął mój mąż, nie narzekając jednak, że wychodzę z założenia „że jak już coś robić, to porządnie, od początku do końca”.
I w ten sposób ukończyliśmy całą pętlę wokół Torres del Paine.

I nastał wieczór i poranek, dzień siódmy.

Po całym trudzie, dnia siódmego wreszcie mogliśmy odpocząć. Namiot zamieniliśmy na hostel. Karimatę na łóżko. Śpiwór zamieniliśmy na pościel. Zniknęło zimno i rządy przejęło ciepło przytulnego pokoju.
Niby wszystko fajnie, ale zatęskniłam za wiatrem, za namiotem, za śniegiem i nawet za tym zimnem, chłostającym dotkliwie moją twarz.

*Heksaemeron to nazwa opisu stworzenia przez Boga świata w sześć dni, o którym mówi Księga Rodzaju

0 0 vote
Article Rating

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Subscribe
Powiadom o
guest
24 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Anita Demianowicz Blog via Facebook

Amused Observer, ale w którymś kolejnym poście będzie też o Tobie, więc nie przestawaj czytać 😉 Poza tym tez kiedyś do Torres pojedziesz.

Marlena Kawczyńska via Facebook

jak zawsze świetnie napisane! 🙂

Amused Observer via Facebook

ja cię Anita chyba czytać przestanę, bo znowu zazdroszczę 😉

Halina Janiszewska via Facebook

Anita, przez siedem dni stworzyłaś swój cudny świat ! Przeczytałam z otwartą szczęką ! …..hahaha…. Pozdrawiam !

Anita Demianowicz Blog via Facebook

Cieszę się pani Halinko, że się podobało. Miałam wiele przyjemności podczas pisania tego tekstu. Uściski

FloatingMyBoat

cudowne doświadczenie i nieziemsko piękne zdjęcia. eh 🙂

Karol Werner via Facebook

Chodziłbym! 😉 A kiedy na rower? 😉

Sara

Świetny artykuł, też planuje zrobić Torres del Paine w niedalekiej przyszłości. Mogłabyś napisać mi trochę więcej o tym jak przygotowałaś się od strony prowiantowo-żywieniowej. Pozdrawiam Sara

Friki Afriki

Świetna relacja, przeczytaliśmy z zapartym tchem i zazdrościmy pogody (u nas upał), widoków i przestrzeni… Kiedyś wreszcie tam dotrzemy.
Pozdrawiamy!
Ania i Piotr

Ivon

Przecudowny klimat podrozy! Takie blogi pozwalaja zapomniec o dniu codziennym! Zdjecia mistrzowskie jak malowane obrazy! Dzieki!

Kasia

Pani Anito, dziękuję za piękny opis. Torres del Paine to jedno z moich marzen, od kiedy, przypadkiem, wybrałam go na temat pracy semestralnej. Dzięki Twojemu opisowi i postowi na temat organizacji praktycznej na pewno łatwiej będzie zorganizować sobie wyjazd. pozdrawiam i życzę kolejnych przygód.
a tak w ps-ie: świetne zdjęcia!

Piotr Krychniak via Facebook
TropiMy Przygody via Facebook

Dzięki, mega, na pewno tam niebawem dotrzemy 😉

Dominik

Świetne zdjęcia, świetny opis. Zazdroszczę wyprawy.

Travelerka via Facebook

Zgadzam się. Najlepszy trekking 🙂

WayAway.pl via Facebook

Torres del Paine <3

Paulina Kwaśniewska via Facebook

Pozdrawiam Cie Anita wlasnie z Chile 🙂

Jacek

Kolejny arcyciekawy blog podróżniczy!! Tak z ciekawości-czym fotografujesz?Jakość zdjęć powala… i do tego piękne kadry!!!