fbpx
EUROPA W DRODZE WĘGRY

B jak Budapeszt

Ranek w Budapeszcie przywitał nas deszczem. Do autostopu mamy nawet szczęście, ale do pogody już nie, pomyślałam, wyglądając przez okno mieszkania Aleksandry. Wychodziło ono na wewnętrzne betonowe podwórko starej, odrapanej kamienicy. Bardzo klimatycznie. Czułam się jak na warszawskiej Pradze lat siedemdziesiątych. Chociaż co ja tam wiem, skoro na Pradze nigdy chyba nie byłam.
Praskie kamienice
 
Deszcz nam jednak nie straszny. Mamy w końcu zaplanowany w stolicy Węgier tylko jeden dzień. Wyposażone w kurtki przeciwdeszczowe i płaszcze ruszamy na zwiedzanie. W sumie to tylko lekki deszczyk, stwierdziłyśmy, wychodząc z domu. Nasza gospodyni chciała nam dać klucze do mieszkania, gdybyśmy chciały wrócić wcześniej, ale wiedziałyśmy, że przed nią na pewno nie będziemy. W końcu tyle mamy do zobaczenia.
Deszczyk, powoli zaczął zamieniać się jednak w deszcz, aby po dłuższej chwili, gdy odeszłyśmy już kilkaset metrów od mieszkania, zamienić się w ulewę. Blisko godzinę spędziłyśmy, chowając się pod drewnianą instalacją przy głównej ulicy. 
Wejście na Łańcuchowy Most
 
Przypatrywałyśmy się przebiegającym przechodniom, którzy spieszyli do domów, by w swoich bezpiecznych czterech ścianach ukryć się przed nieciekawą aurą i tym, którzy schronienie znaleźli w przytulnym wnętrzu kawiarni przy ciepłej herbacie. My skupiłyśmy się na przeglądaniu przewodnika i próbach zlokalizowania naszego położenie na miniaturowej mapie, którą miałam załadowaną na czytniku wraz z mało dokładnym przewodnikiem. Swoją drogą czytnik to fajna sprawa w podróży. Zamiast dziesiątek książek i kilkunastu lub kilku kilogramów, zaledwie kilkaset gram. Wszystkie kraje „upakowane” w cieniutkiej ramce. Dokładniejsze zbadanie mapy jednak na tym sprzęcie to trudne zadanie.
Łańcuchowy Most
 
Aleksandra zapewniała nas, że wzdłuż ulicy Andrassy, niemal na każdym kroku rozdają turystom mapki. Ze względu na deszcz nie było jednak nikogo. A bez planu miasta trudno nam było gdziekolwiek dotrzeć. Aby zacząć zwiedzać, musiałyśmy go zdobyć. Nie mając go, nie mogłyśmy jednak odszukać informacji turystycznej, w której byśmy nim zostały obdarowane – zamknięte koło. Przypadkiem jednak, błądząc po ulicach, trafiłyśmy na pierwszy punkt na trasie zwiedzania, czyli budynek Parlamentu. Niesamowity. Początkowo myślałam, że to katedra, choć krzyża żadnego dostrzec nie mogłam. Zaczepieni przez nas turyści wyprowadzili nas z błędu. Niestety budynek był w remoncie i cały teren wokół był rozkopany i otoczony siatką, uniemożliwiającą, bliższe podejście i przyjrzenie się mu. (Generalnie Budapeszt wygląda jak Polska przed Euro – wszystko w budowie. Zamek Budy i kilka miejsc na jego wzgórzu również.)
Baszta Rybaka
 
No, dobra. Widziałyśmy Parlament i co dalej? Potrzebujemy mapy, bo inaczej nigdzie nie dotrzemy. Kierowani przez wciąż to nowych przechodniów w końcu dotarłyśmy do Łańcuchowego Mostu (Chain Bridge), który miał nas doprowadzić wprost do Wzgórza Budy.
Nie chcę Was zanudzać opisami budynków, bo większość albo była w Budapeszcie albo będzie, ale muszę przyznać, że most zrobił na mnie wrażenie. Wejścia na niego strzegą dwa wielkie lwy. Most jest przepiękny i czułam się na nim podobnie jak na Moście Karola w Pradze. W ogóle Budapeszt przypomina mi Pragę. Jest tak samo niesamowity i klimatyczny. Takie same ulice, uliczki, strzeliste budynki, odrapane kamienice, rzeka oddzielająca jedną część miasta od drugiej i kilka mostów łączące je na powrót ze sobą. W Budapeszcie, tak jak w Pradze można zakochać się od pierwszego wejrzenia. I już w pierwszej godzinie (mimo deszczu) żałowałam, że spędzę tu tylko jeden dzień i wiedziałam, że na pewno tu wrócę. I to pewnie jeszcze nie raz.
Mathias Church
 
Czasu w mieście nie marnowałyśmy. Tak naprawdę to pierwszą dłuższą przerwę zarządziłyśmy dopiero po sześciu godzinach chodzenia. Obejrzałyśmy dokładnie Basztę Rybaka (Halászbástya), Wzgórze Budy, przepięknemu kościołowi św. Macieja rzuciłyśmy okiem na Zamek Królewski, piękne budynki muzeów na wzgórzu i powędrowałyśmy dalej ku Wzgórzu Gellert, Cytadeli i pomnikowi Wolności. Na szczyt wspinałyśmy się po kilkudziesięciu schodach wśród zielonych drzew, które chroniły nas przed parzącym słońcem (tak, tak słońce w końcu wyjrzało zza chmur). Nasze nogi odczuwały już te kilka godzin wędrówek, a organizm niedoładowywany na bieżąco węglowodanami tracił na sile. Widok na Budapeszt ze szczytu, na którym wznosiła się Cytadela wynagrodził nam jednak trudy. Przy siłach utrzymywała nas jeszcze myśl o Drum Internet Cafe (Dob utca 2), czyli knajpce, którą ktoś polecał na forum o Budapeszcie. Serwowano tam piwa smakowe: truskawkowe i o smaku czarnego bzu. 
Widok z Gellert Hill
 
Dość szybko udało nam się ją odnaleźć. Znajdowała się bowiem niedaleko jednej chyba z najsłynniejszych ulic w Budapeszcie, czyli Váci utc. Piwo o smaku czarnego bzu powaliło nas na kolana, w sensie oczywiście smakowym, a nie swoją mocą. Cena jak na centrum stolicy też rewelacyjna – 0,5 litra 5,5 zł. Początkowo miało być tylko piwo. Przypomniałyśmy sobie jednak, że w końcu wypadałoby coś zjeść i chciałyśmy spróbować czegoś miejscowego. Zainteresował nas langosz – typowy węgierski chleb z mąki, utłuczonych ziemniaków z różnymi dodatkami, smażony na głębokim tłuszczu. My wybrałyśmy z cebulą, czosnkiem i serem – taka trochę tłusta węgierska pizza 🙂 Opinieco do jego smaku były podzielone. Jak dla mnie nic specjalnego, ale węgierska ciepła zupa gulaszowa (ciepła – słowo klucz) dobrze zrobiła mojemu żołądkowi, pozbawionemu od trzech dni ciepłych posiłków.
Pomnik Wolności
 
Blisko dwie godziny odpoczywałyśmy, delektując się piwem brzozowym, i przyglądając się zgiełkowi ulicy. Naszym nogom w tym czas wróciły siły i mogłyśmy wrócić do wędrowania tym razem po prostu, bez celu, uliczkami miast. Wróciłyśmy na Váci utc, by przejść się deptakiem, wypełnionym miejscowymi i turystami. Na tej ulicy mieści wiele knajpek, restauracji, eleganckich i sieciowych sklepów, księgarni, małych sklepików z pamiątkami, lodziarni i kawiarni. Panuje tu typowy turystyczny gwar, znany ze wszystkich popularnych deptaków miast.
Nie wiem skąd znalazłyśmy na to siły, ale do domu Aleksandry wróciłyśmy dopiero po dwunastu godzinach. Nie udało mi się dotrzeć tym razem do Zoo, które bardzo chciałam zobaczyć, ale będzie jeszcze okazja. Wieczór zakończyłyśmy na pogaduszkach z naszą gospodynią, która opowiadała o swoich pasjach i powodach, dla których postanowiła nas przyjąć do siebie. Okazało się, że byłyśmy jej pierwszymi couchsurferkami.

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

2
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
0 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
ElaPoszukujac Raju Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Poszukujac Raju
Gość
Poszukujac Raju

Budapeszt jest naprawdę przepiękny, byłem tam kilka lat temu i jak nadarzy się okazja chętnie tam zawitam. Świetnie rozwiązany transport z tymi biletami na wszystko, o i metro też fajnie funkcjonuje. Z przygód to zamknęli mnie w muzeum zabawek i tylko moje szczęście, że pani co zamykała zapomniała czegoś i musiała się wrócić … bo inaczej miał bym nockę w muzeum 🙂

Ela
Gość
Ela

Super, wybieram się w tym roku na wakacje do Budapesztu. Także na pewno przyda mi się Twój wpis. A powiedz mi jeszcze, czy któreś z lokalnych piw Ci posmakowało? Ja bardzo chcę spróbować ich wyrobów.

error: Treść chroniona!