fbpx
GRUZJA W DRODZE

Batumi – biegowe impresje

„Rozszarzało” się. Minimalnie ochłodziło, ale i tak podciągnęłam rękawy zielonej bluzy, którą zwykle zakładam do biegania. Zaledwie kilkanaście metrów dzieliło mnie od deptaka nadmorskiego. Nie mogłam nie pobiec. Ciało zmęczone siedmiogodzinną podróżą busem domagało się ruchu. Zdążyłam jedynie zrzucić plecak. Spojrzałam na niego. Granat już zdążył dawno poszarzeć od kurzu i pyłu środkowoamerykańskich dróg. Był już ze mną w tak wielu miejscach. Ale do tego luksusowego pokoju w hotelu Radisson w Batumi wyjątkowo nie pasował. Gryzł się z nim jak spódnica w kropki z bluzką w paski. A czy ja pasowałam?

Pierwszy kilometr. Mięśnie są przykurczone. Czuję jednak jak przy każdym kolejnym kroku rozluźniają się. Kłuje w kolanie, ale nic się nie liczy oprócz biegu wzdłuż Morza Czarnego i kamienistej plaży z jednej strony oraz szeregu palm z drugiej. Jest też wiele budynków, mniejszych i większych, nowoczesnych i zupełnie zrujnowanych. Staram się nie zwracać na nie uwagi, skupiając się jedynie na szumie morza, zieleni liści palmowych i wdychanym gruzińskim morskim powietrzu (potrzebuję „resetu”). Nie sposób jednak minąć Wieżę Alfabetu, nie zauważywszy jej, zwłaszcza gdy wieczorem i nocą rozbłyskuje światłem i kolorami. Pnie się wysoko. Wstępu na nią jednak nie ma. Po co powstała? Do czego służy? „Jeszcze nie wiadomo”, odpowiedziała oprowadzająca nas po Batumi Gruzinka. Z założenia wiele budynków ma być hotelami. Jedna z wyższych budowli to hotel Sheraton z kasynem (które zresztą później odwiedzamy). Inny, najwyższy w regionie, to budynek Uniwersytetu Technologicznego, który świeci pustkami. Najbardziej nowoczesny jest chyba budynek hotelu Radisson Blue. Reszta w budowie lub rozbudowie lub w oczekiwaniu na wskazanie sensu ich bytu.

Drugi kilometr. Deptak jest pustawy. Może to pora dnia? Jest wieczór. A może po prostu koniec sezonu. Małe budki z lodami i piwem, umiejscowione, co kilkaset metrów są pozamykane. Tylko niektóre kawiarnie i restauracje wciąż funkcjonują, chociaż w środku siedzi zaledwie garstka ludzi. Parę osób kręci się po plaży. Na ławeczce siedzi zakochana para, wtulają się mocno w siebie, chroniąc nawzajem przed wiatrem. Ktoś mija mnie na rowerze. Ja omijam jednego, potem kolejnego przechodnia, biegnąc w swoim tempie, oddychając miarowo.

Czasem na horyzoncie pojawia się inny biegacz. Nie ma jednak kiwania do siebie głową czy pozdrawiającego machnięcia ręką. Deptak w większości zapełniony jest przez mężczyzn. To oni biegają, spacerują, stoją w niewielkich grupkach i rozmawiają. O! I jest kobieta. Ale nie biega, nie ćwiczy, nie spaceruje. Tylko sprząta. Na każdym kolejnym kilometrze też spotykam jakąś. Wszystkie są w pracy. Spotykam je w grupie dopiero w drodze powrotnej, gdy po pracowitym dniu siadają na wspólną herbatę.

Trzeci kilometr. Boisko do gry w piłkę nożną powoli pustoszeje. Mężczyźni w dresach, niektórzy bez koszulek, choć wieje chłodem, wychodzą wprost na ścieżkę rowerową, którą biegnę. Mijam staw. Za sporym pasem zieleni, który ciągnie się wzdłuż ponad siedmiokilometrowego deptaku, leci główna droga. Hałas samochodów z niej jednak nie dobiega.

Czwarty kilometr. Deptak jest niemal zupełnie mój. Ja, palmy i morze – uwielbiam takie połączenie. Oddycham coraz szybciej i uśmiecham się sama do siebie, czując morską bryzę na twarzy. Mam déjà vu. Przez chwilę czuję się jak w stolicy Panamy, gdy biegnę swoją ulubioną Cinta Costera. Ale tu jest nieco lepiej, ciszej. Bliskość ulicy nie przeszkadza. Nie ma hałasu, nie słychać klaksonu aut zwariowanych kierowców. Batumi, choć jest trzecim, co do wielkości miastem Gruzji, nie atakuje mnie jazgotem, nie ogłusza kakofonią. Nie jest może tak ciepło jak w Panamie, ale coś za coś.

Piąty kilometr. Może pobiegnę dalej? Zmęczenie już dawno odeszło. Na horyzoncie widzę kolejne molo. Może jeszcze tylko ten kawałek, myślę. Jestem jednak sama i choć jest mi nieziemsko błogo, a uwolnione endorfiny szaleją, zawracam, postanawiając, że jutro pobiegnę dalej i sprawdzę, co jest na ostatnim kilometrze.

Siódma trzydzieści. Patrzę przez okno hotelowe. Jest ciemno. Z gazem na psy i potencjalnych nachalnych adoratorów wybiegam. Jesień, słońce wschodzi dopiero o 8:30.

Pierwszy kilometr. Diabelski młyn na tle wschodzącego zza gór słońca wygląda jak kadr wyjęty żywcem z amerykańskiego thrillera. Nie wiem, czemu na myśl przychodzi mi od razu Twin Peaks. Pierwsza z siłowni zewnętrznych jest już zajęta. Jeden z mężczyzn podciąga się na drążku, inny rozciąga zesztywniałe po nocy mięśnie. Morze szumi. Jest ciepło.

Drugi kilometr. Na ławeczce po prawej i przy leżakach zebrała się grupka starszych mężczyzn (potem w tym samym miejscu o tej samej porze będę widziała ich każdego dnia). Jeden z nich robi okrężne ruchy ramionami. Reszta rozmawia. Strój wskazuje, że przyszli poćwiczyć, ale chyba do tego im niespieszno. W drodze powrotnej, na trzynastym kilometrze, znów ich widzę. Zaczynają się rozchodzić? A może dopiero nagadali się i nabrali sił na trening.

Trzeci kilometr. Na oko siedemdziesięcioletni mężczyzna ściąga przy deptaku koszulkę i idzie powoli w stronę morze. W dłoni trzyma kolorową reklamówkę. Gdy wracam, on też wraca. Znów z reklamówką w ręku. I kąpielówkach. Aż tak ciepło nie jest, myślę, ale na morsa to z kolei niewystarczająco zimno.

Czwarty kilometr. Mija mnie biegacz. Zamiast deptakiem lub ścieżką rowerową, biegnie po wąskim pasie zieleni między oboma. Jest bez butów. Chcę mu powiedzieć, że to chyba nie do końca zdrowe, że nie ma amortyzacji, ale odpuszczam, bo przecież ani po gruzińsku ani po rosyjsku nie mówię. Zresztą, co z tego, że ja mam amortyzację skoro biegnę po twardej nawierzchni.

Piąty kilometr. Czy ta nawierzchnia faktycznie jest twarda? Wygląda na drewnianą, utworzoną z drewnianych paneli. Kolor drewna jak nic. Nie czuję jednak miękkości podłoża. Nie ugina się nic nawet minimalnie. Chociaż zaraz… a może? Kto jednak robiłby deptak na kształt mola?! W sumie w Gruzji byłoby to możliwe. A mam wrażenie, że w Batumi to już na pewno. Tu wszędzie panuje chaos, w którym kicz miesza się z szarą brudną, zniszczoną rzeczywistością (która na swój sposób jest dla mnie piękna). Mijam wysokie bloki, z których tynk odchodzi płatami, i których kolor wyblakł już kilkadziesiąt lat temu. Gryzą się z nowoczesnością stawianych budynków jak mój plecak z pokojem w Radissonie. Wiele z budynków rozpada się, straszy opuszczonymi wnętrzami, spozierając na przechodniów oknami bez szyb niczym pustymi oczodołami. Spogląda na turystów i na kicz, który powstał na ich potrzeby.

Szósty kilometr. To co z tą nawierzchnią? Drewniana czy nie. Schylam się. Jednak beton. Znów jestem sama. No prawie. Wataha psów krąży po plaży. Wbiegają na drogę. Nie wyglądają jednak na agresywne, co zaskakuje mnie już po raz kolejny. Na uszach założony klips (czyżby oznaka, że zostały wysterylizowane? Znakowanie podobne do tego w Rumunii? Nikt nie jest mi w stanie na to pytanie jednak odpowiedzieć). Psy bawią się ze sobą, gonią nawzajem, zaczepiają, bez strachu i czujności, lecz z ufnością patrzą na człowieka, podchodzą do niego, dają się pogłaskać. Jakby nie znały strachu przed nim (Chyba nikt nie przegania ich tu kamieniami jak to często ma miejsce choćby w krajach Ameryki Środkowej).

Siódmy kilometr. Szczyt kiczu. Widziałam już na pierwszym kilometrze nienaturalnych kształtów statuę (jeśli można to tak określić) trampek Nike’a i na kolejnych kilometrach wydawałoby się nic nieznaczący streetart z sercami w roli głównej (ponoć symbol miłości i pokoju między narodami), piratów z Karaibów, kolorowe fontanny i budynki ociekające takim kiczem, że różowa bluzka w panterkę przyozdobiona cekinami i tkana złota nitką to przy tym szczyt dobrego gustu. Ale dwa gigantycznych rozmiarów klapki (japonki konkretnie) postawione na równie gigantycznych jajkach zmusiły mnie do zadania na głos pytania: „Co autor miał na myśli?!!!” Jednocześnie bardzo szybko dochodząc do wniosku, że prawdopodobnie nic. Jak większość autorów prac, stojących wzdłuż promenady i mających upiększać otoczenie.

Siedem i pół kilometra. Skończyła się czerwona, a potem pomarańczowa ścieżka rowerowa. Deptak zaczął zmieniać się w zwykły chodnik, którego nie oddzielał już od ulicy pas zieleni. Po prawej stronie wciąż jednak było morze i kamienista plaża. Zero ludzi. Na drodze brak samochodów. Zawróciłam.

Czy kicz może być w dobrym guście? Nie wiem, ale taki mi nie przeszkadza. Kicz nadmorskiej części Batumi, tej, która chcę być turystyczną częścią miasta, bije po oczach, czasem boli, innym razem śmieszy. Boli w zestawieniu z niszczejącymi budynkami na tyłach luksusowych hoteli. Bawi nieporadnością pomysłodawców, architektów, designerów, władz miasta, którzy chcieliby zrobić coś fajnego, coś, co się spodoba turystom i będzie ich przyciągać, zyskując mam wrażenie efekt odwrotny.

Piętnasty kilometr. Znów mijam kolorowe malowidła na ścianach i drewnianych i metalowych ogrodzeniach. I stwierdzam, że mimo tej całej kiczowatości, niezrozumiałych japonek na jajkach czy butach Nike jako rzeźbach, deptak w Batumi na swój sposób podoba mi się. Nie jest to Gruzja o jakiej słyszałam i jaką marzyłam zobaczyć, poznać, dotknąć i poczuć, ale wiem, że to jeszcze przede mną. Teraz moje wrażenia brały się pewnie przez to morze, które zawsze, niezależnie od tego jak bardzo ktoś zasmrodzi atmosferę prażonym popcornem, zapachem tłuszczu z gofrów, ilu turystów wypuści się na ulice i zapaskudzi widok dmuchanymi zamkami i zjeżdżalniami dla najmłodszych i jak bardzo zakrzyczy szum fal wrzaskiem biegających po plaży dzieci to morze pozostanie piękne i niewzruszone, magnetyczne. A gdy dodać jeszcze do tego ciepło i palmy albo silny wiatr i wzburzone fale to wszystko inne traci dla mnie znaczenie. Zostaję tylko ja, morze i palmy.

Wyjazd do Gruzji odbył się dzięki zaproszeniu Adżarskiego Departamentu ds. Turystyki i Miejsc Wypoczynkowych w ramach projektu Blogerzy w Batumi.

0 0 vote
Article Rating

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments