fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA GWATEMALA HONDURAS W DRODZE

Próby wydostania się z Gwatemali

Honduras! Nareszcie. Choć wydostanie się z Gwatemali kosztowało mnie trochę czasu, no i nerwów również. Po raz pierwszy w Gwatemali ktoś mnie tak zrobił w konia. Dziewczyna z agencji turystycznej w Lanquin zapewniła mnie, że muszę tylko dojechać do Coban, a stamtąd z rana podjedzie po mnie piękny i pachnący shuttle bus, który zawiezie mnie do Copan.

Zapewniła również, że zarezerwowała mi hostel, o co ją poprosiłam. Okazało się, że chcę hostel, w którym mieści się główna baza agencji turystycznej, z którą mam podążyć do Hondurasu. Rano ruszyłam więc busikiem publicznym, w którym oczywiście byłam jedyną turystką (choć Lanquin jest ich pełny). Po ponad dwóch godzinach jazdy (a to zaledwie 61 km) dotarłam do Coban. W hosteliku oczywiście nikt nic nie wiedział i żadnej rezerwacji nie było. Ceny też różniły się od tych podanych przez dziewczę i zaczęłam się na poważnie martwić, że bilet na bus, za który zapłaciłam też nie istnieje. Po godzinie czekania, przyszedł Jorge, chłopak, który zarządzał hotelem i agencją. 

Uczennica z Coban

Odetchnęłam z ulgą, bo okazało się, że tak, jak najbardziej o wszystkim wie i następnego dnia jadę do Copan. Moja ulga była jednak krótkotrwała. Okazało się, że rano, a dokładnie o 2.30 w nocy muszę wstać (dziewczyna mówiła, że bus jest o 4, więc będąc w tym hotelu nie będę się musiała dużo wcześniej zrywać z łóżka) i on mnie odprowadzi na dworzec autobusowy, bo muszę dojechać do miejscowości El Rancho (ok dwie godziny jazdy), gdzie mam czekać na bus, który będzie jechał z Antiguy. Oczy zrobiły mi się niczym 5 zł. Miał być shuttle, a jest zwykły autobus, na który mam zasuwać po nocy. Równie dobrze mogłabym sama zorganizować ten przejazd tańszym kosztem, ale bilet miałam już zapłacony. 

Katedra w Coban

 Tłumaczę, że nie chce sama po nocy jeździć, bo to niewskazane dla kobiety, a chłopak zapewnia, że to nie żaden chickenbus, ale linia prywatna i nic mi się nie stanie. Cały dzień biłam się z myślami czy nie żądać zwrotu kasy i nie dojechać na własną rękę. Tu jednak czekała mnie tylko jedna przesiadka, a organizując sobie sama przejazd, musiałabym przesiadać się ze cztery razy. Zostałam przy tym, za co zapłaciłam, choć szczęśliwa nie byłam. A Bożydar jeszcze mniej, bo pół dnia go męczyłam swoim problemem 🙂Po niezbyt długiej nocy, Jorge odprowadził mnie na autobus i usadziła tuż za kierowcą. 

Vivero Verapaz-hodowla storczyków w Coban

Dziewczyna, siedząca obok przesiadła się i kazała mi się położyć wygodnie na dwóch miejscach. Pomocnik kierowcy niezwykle przejęty obecnością samotnej turystki dbał o mnie i obudził na czas, pomagając założyć plecak. Kazał mi jeszcze na siebie uważać, bo przyjechałam na miejsce ponad godzinę przed czasem. Przystanek spowijała ciemność i okazało się, że do restauracji, w której mam czekać na bus, muszę śmigać wzdłuż głównej, nieoświetlonej, czyli pogrążonej w totalnej ciemności, ulicy. Nie miałam pojęcia gdzie jestem, a tym bardziej gdzie jest restauracja przy której mam czekać. W końcu, gdy do niej dotarłam, okazało się, że jest jeszcze zamknięta. Całe szczęście były ławeczki i nawet nie zahasłowane wi-fi  Znając życie, to gwatemalskie, byłam niemal na 100% pewna, że bus zamiast o 6.30 przyjedzie o 7.30 jak nie później. Zdziwienie moje było ogromne, gdy niemal punkt 6.30 usłyszałam swoje imię, wykrzyczane męskim głosem. W busie siedziały tylko dwie osoby. W Copan mieliśmy być o 10.30, w co znów niespecjalnie wierzyłam. Od Hondurasu dzieliła mnie już tylko granica, na której oficjalnie nie istnieją żadne opłaty, natomiast według tego, co pisze Lonely Planet (który i tym razem się nie popisał, bo większość cen się nie zgadza) nieoficjalnie istnieją. Postanowiłam jednak nie płacić. Tak dla zasady, choć majątek to nie był. Przejście od strony Gwatemali to koszt 10Q, natomiast, przechodząc stronę Honduraską kolejne 3 dolary. Zgodnie z poradami, poprosiłam o rachunek, tłumacząc, że jestem dziennikarką i muszę wszystkie rachunki przekazać firmie. Pan Gwatemalczyk spojrzał na mnie, uśmiechnął się od ucha do ucha i rzekł: „Anita, nic nie musisz płacić. Dziennikarze na całym świecie nie muszą wnosić żadnych opłat. Udanej podróży”. Niestety pan z Hondurasu już o tym, że dziennikarze nie muszą płacić, nie słyszał. Gdy poprosiłam o rachunek, ładnie mi go wystawił. Wycwanili się, tak samo jak turyści, którzy nie chcieli płacić, prosząc o pokwitowanie, no i pokwitowania sobie zapewnili. Po pół godzinie od granicy byłam już w Copan. 

Boisko do gry w Pelotę

Wprawdzie miałam szukać innego hostelu, ale chłopak, z którym jechałam w busie, powiedział, że oni idą do bardzo fajnego i niedrogiego miejsca, więc mogę iść z nimi. Okazało się, że chłopak tak mnie zachęcał, bo to był hostel jego znajomych. Miejsca w dormitorium, które miało kosztować 6 $ jednak nie było, ale chłopak za 10$ zaproponował mi dwuosobowy pokój, pod warunkiem, że jak ktoś się pojawi, kto będzie potrzebował drugiego łóżka, to nie będzie problemu. Po dłuższym wahaniu, postanowiłam zostać, nie chciałam marnować czasu na szukanie innego noclegu, zwłaszcza, że ruiny już mnie wzywały. A ich podwoje zamykano o 16. Musiałam się więc spieszyć i choć zmęczona nieprzespaną nocą, zostawiłam tylko plecak i pognałam do ruin. Tutaj zapewne Sikor będzie się domagał szczegółów. Nie będę się jednak o ruinach rozpisywać. Miejsce piękne, choć według mnie Tikal jest o wiele piękniejszy. 

Co do wartości poszczególnych piramid czy estelli, to nie mnie się wypowiadać, choć miejsce naprawdę ciekawe i warte zobaczenia. Na muzeum już się nie zdecydowałam. Byłam zbyt zmęczona na oglądanie glinianych garnków i kości, wolałam chłonąć atmosferę majańskiego miasta i cieszyć się cisza i spokojem, bowiem turystów było ja na lekarstwo. A co do turystów…Najpierw tylko wspomnę, że w restauracji, w której czekałam na bus, zamówiłam kawę. Gdy ją skończyłam, podeszłam do pani i poprosiłam o rachunek. Dziewczyna patrzyła na mnie, nic nie rozumiejąc, co do niej mówię, jakbym mówiła do niej w innym języku. Powtarzam prośbę i dalej nic. I rzeczywiście, okazało się, że cały czas mówiłam do niej po polsku. Zdarzyło mi się coś takiego po raz pierwszy, chyba z tego zmęczenia. 

Nie mniej, gdy stałam na górze jednej ze świątyń, usłyszałam, roznoszący się echem po placu polski głos. Myślę: Znów mam jakieś zwidy (a raczej przesłyszenia). Musiałam to sprawdzić. A jednak, polska wycieczka, składająca się z kilku osób głównie z okolic Opola. Nie ukrywam, że miałam cichą nadzieję, iż będę mogła się przyłączyć i posłuchać opowieści przewodnika. Ten jednak był wyjątkowo nieprzyjemny i nieżyczliwy. 

Las Sepulturas

Porozmawiałam chwilę z trzema osobami. Z panem Wacławem nawet zrobiłam sobie zdjęcie. Chciał mieć na pamiątkę fotkę z Polką, która spotkał w Gwatemali  Po Ruinach połaziłam trzy godziny. Skwar dawał mi się jednak we znaki, podobnie jak głód, bowiem z tego pośpiechu, w drodze z hostelu do ruin (około 2km), zapomniałam, że należy kupić sobie jakąś wodę czy chociaż tortille do zagryzienia. Po głównych ruinach, przemaszerowałam kilometr dalej i odwiedziłam miejsce, które nazywa się Las Sepulturas. Miejsce omijane zwykle przez turystów, choć jest w cenie biletu do ruin. Copan jest jednak miejscowością, do której turyści wpadają na 3 godziny, by zobaczyć, a właściwe „zaliczyć” i „odhaczyć” kolejny punkt na liście „Miejsca, które muszę odwiedzić”. Las Sepulturas to miejsce, w którym mieszkała elita, a więc najbogatsi Majowie, a także ich przywódca religijny. W tej części mogło mieszkać około 250 osób w blisko 50 budynkach. Pan na wejściu do Las Sepulturas był tak przejęty, że zobaczył turystę, iż zaczął mi wszystko opowiadać. 

Stół „ceremonialny”

 Oprowadził mnie nawet kawałek, pokazując domostwa, łóżka, na których spali, a także stół, na którym składano ofiary. Oczywiście zastanawiałam się przez pół drogi ile będzie chciał mnie skasować za tę przechadzkę. Po 1/3 trasy pokazał mi dalszą drogę, którą mam iść i zaproponował, że za opłatą może pójść ze mną dalej. Grzecznie jednak podziękowałam. Miejsce przepiękne, dzikie, w środku lasu, w którym tylko rozbrzmiewały trele ptaków i trzask gałęzi, po których stąpałam. Aż żal, że tak mało osób je odwiedza. Po drodze udało mi się zdobyć pupuas z nadzieniem z kurczaka, które dziewczyna sprzedawała po drodze, wiec z głodu przestałam umierać. 

Parque Central

A swoją drogą to żywię się tu jak moja ulubiona podróżniczka Monika, która podczas swej podróży po Gwatemali i Hondurasie też ciągle zajadała się tymi plackami, które mają dwie zalety: są smaczne i tanie. Miasteczko Copan Ruinas jest ładne, czyste i zadbane.  

Domy małe i kolorowe, zupełnie inaczej niż w Gwatemali. I choć większość z nich to restauracje i hotele, turystów aż tak wielu tu nie ma. Jest tu za to, jak w całej chyba Centralnej Ameryce, Parque Central, wokół którego skupia się życie, punkt widokowy i kilka muzeów, z których jedno jest tymczasowo nieczynne (Muzeum Motyli), a drugie nie chciało z rana dnia następnego otworzyć dla mnie swoich podwoi. Za to cudowny miejscem okazało się Mascow Mountain, czyli park papug. Na przepięknie utrzymanym terenie żyje 180 papug, głównie guacamaya (choć znajdują się tu w sumie 22 gatunki papug) oraz tukany i sowy. 

Miejsce ciche i spokojne, i oczywiście pozbawione turystów. Mogłam po fotografować się z papugami, a nawet z niektórymi pogadać. Choć nasza rozmowa głównie składała się z wymieniania się słowem: „Hola”, czyli „cześć”. Zabawa jednak była przednia, a spotkanie z papugami dało mi wiele radości (zupełnie jak małemu dziecku) Z hostelu Berakah, muszę przyznać, jestem niezmiernie zadowolona. Tak dobrze nie spałam chyba od dwóch miesięcy, czyli odkąd przybyłam do Gwatemali (właśnie dziś mijają dwa miesiące). Pokoik miałam czyściutki i zadbany, z wygodnym wielkim łóżkiem i czystą pościelą. Po raz pierwszy też od dwóch miesięcy nie użyłam swojego śpiwora, tylko opatuliłam się hostelową kołdrą. Miejscem zarządza Fernando, przemiły chłopak, który polecił mi wiele ciekawych miejsc do zobaczenia w Hondurasie, a nawet pomógł mi w zorganizowaniu trekkingu do dżungli, za co bardzo mu dziękuję. Po porannym zwiedzaniu, ruszyłam do Gracias, od którego dzieliło mnie 6 godzin jazdy i jakieś trzy przesiadki, a także kilka ciekawych doznań, o których opowiem już po powrocie z dżungli. Pod warunkiem, że wrócę 😉

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

15
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
2 Comment authors
Hamak LifesikiAnita DemianowiczAnonymousSłomiany Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mtk
Gość
Mtk

W Polsce też możesz mieć ekstremalne przeżycia, emocje w podróży zapewni Ci PKP, a polityczne debaty doprowadzą do łez, oczywiście ze śmiechu. W rodzimej dżungli przepisów i możliwości ich interpretacji będziesz dopiero martwiła się czy wrócisz, ale do rozumu, więc nie starasz Mtk, że z zielonego buszu możesz nie wrócić – szkoła przetrwania jest tu, gdzie Ciebie nie ma. Życzę szerokiej drogi i dobrej maczety do wyrąbywania drogi, którą wybrałaś.

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

Pewnie, że mogę mieć Mamuś w Polsce ekstremalne przeżycia, ale nie w taką pogodę 🙂

Słomiany
Gość
Słomiany

Włączyłem sobie prognozę pogody dla Copan, Honduras. Dziś 27 stopni i słońce. Jak tu nie zazdrościć?

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

No tu przynajmniej pogoda dopisuje, nawet wieczorami jest upał. W końcu w Hondurasie mają teraz lato. Ale w nocy w dżungli wymarzłam.

Anonymous
Gość
Anonymous

No i w końcu jakiś Tukan.

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

A któż to się Tukana nie mógł doczekać?

Słomiany
Gość
Słomiany

Mąż się tukana nie mógł doczekać 🙂

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

No to niech mąż się podpisuje następnym razem 🙂 A co Ty z tym tukanem?

Anonymous
Gość
Anonymous

Anitko- na coraz to bardziej pechowych Polaków trafiasz.
Smutnych.
Narzekania ŹLE się czyta.
Biorę się za zaległości w czytaniu.
Czas płynie po czasie.
Powodzenia !
JUNTER.

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

No, nie mam Pawcio szczęścia do rodaków w tym kraju. To fakt. Ale tylko przewodnik, reszta była sympatyczna. Nadrabiaj, nadrabiaj, bo dawno Cię nie było „złodziejaszku telefonów” 😉

siki
Gość
siki

Właściwie nic nie jest mnie już w stanie zaskoczyć, jeśli chodzi o (dez)organizację transportu – no chyba, że przeczytam w którymś z kolejnych postów, że zamiast shuttle busa podstawili Ci space shuttle.

Ostra akcja z tym nieświadomym mówieniem po polsku. Może przydałby się jeden dzień na totalne barłożenie i bierną relaksację. Na, ale znając Ciebie, taki „odpoczynek” równałby się czterdziestokilometrowej przebieżce przez płotki albo nawet węgorze. Jak zaczniesz widzieć martwych ludzi, to przystopuj!

Ciągle się człowiek uczy; fanem metalu nie jestem, ale fajnie się dowiedzieć, co znaczy „sepultura”. To mi rzuca nowe światło na Pałac Sepultury i Nauki w Warszawie.

No, to „welcome to the jungle”!

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

Ja też się Siki zastanawiam, co mnie jeszcze czekają za przygody z transportem. Mam nadzieję, że już żadne. Ale znając życie w Ameryce Centralnej, to niemożliwe.

Ta polska gadka to mnie samą nieźle zaskoczyła. Tak nieświadomie to jeszcze nie zdarzyło mi się zachować. Chociaż miałam też akcję, gdy w szkole nagrywałam po polsku reklamę dla szkoły, że musiałam kilka razy powtarzać, bo w kółko wtrącałam do wypowiedzi słówka hiszpańskie 🙂

A co do odpoczynku to się mylisz. Dziś wprawdzie zwiedzałam z rana, ale popołudnie spędziłam, kapiąc się w Morzu Karaibskim i bujając się w hamaku 🙂

siki
Gość
siki

My Polacy chyba już tak mamy, co pięknie pokazywał m.in. Bareja, że wydaje nam się, że wszyscy powinni nas rozumieć – to gdzieś dziwacznie głęboko w podświadomości zakorzenione. Kiedy pracowałem we firmie jako tłumacz, podczas mojej nieobecności telefon od Duńczyków odebrała nie znająca ani słowa po angielsku Pani Todzia i tak pojechała do dziewczyny: „Jytte, Petera dziś nie ma. Będzie jutro. Juuu-troo.” A „durna” Jytte oczywiście ani w ząb.

Kąpałaś się?! A to aby nie pierwszy raz podczas ekskursji?! Rozumiem, że woda bliska była temperaturze wrzenia, albo miałaś na sobie polar.

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

Uwielbiam to w Polakach (Rosjanie tez tak często mają), że wydaje im się, gdy nie znają języka, że jak będą głośniej i wyraźniej mówić, to obcokrajowiec ich zrozumie 🙂
Tak, kąpałam się 🙂 I tak, po raz pierwszy 🙂 To znaczy w morzu, oczywiście. Temperatura bliska wrzenia, to dlatego.

Hamak Life
Gość
Hamak Life

Właśnie szukam informacji przed wyprawą do Ameryki Środkowej m.in. na temat opłat na granicach. Bardzo mnie ucieszyła wersja na dziennikarza, bo oczywiście MSZ na swoich stronach o tym nie wspomina ;), a ja zamierzam właśnie przetestować moje legitymacje dziennikarskie. Jedna z nich uwzględnia nawet tłumaczenie na hiszpański, więc już wkrótce będę wiedziała, jak aktualnie wygląda sytuacja.

error: Content is protected !!