fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA HONDURAS W DRODZE

San Juan – czy w ogóle istnieje?

I znów mail zwrotny: poczta nie może zostać dostarczona. Brak adresata. Jak to brak adresata, pytam, skoro adresat jest?! Próbuję znaleźć inny adres mailowy, ale tylko ten jeden widnieje na stronach internetowych. No nic, muszę ryzykować i jechać bez potwierdzania istnienia organizacji, ze względu, na którą wybieram się do małej miejscowości San Juan, leżącej między Gracias a miastem La Esperanza. Do San Juan docieram z sześcioma przesiadkami (a to zaledwie około 150km). A najlepsze, że ponad dwa tygodnie temu byłam w tych okolicach. Nie wiedziałam jednak, że w San Juan może być coś interesującego (nie miałam pojęcia, że w ogóle jakieś San Juan istnieje). 

San Juan pod wieczór

Dopiero w Teli natrafiłam na blog Polki, która po licznych nieprzyjemnych przeżyciach w Hondurasie, w San Juan przeżyła swój najlepszy dzień. Doszukałam się w Lonely Planet dokładniejszych informacji i faktycznie zastanawiałam się, jakim cudem mogło to wcześniej umknąć mojej uwadze. Postanowiłam, że muszę wrócić w te okolice i skorzystać z atrakcji, jakie oferuje tam oferują. Według oficjalnych informacji mogłam za nieduże pieniądze wybrać się na całodzienną przejażdżkę konną w góry, przedzierać się przez mglisty las, dotrzeć do, owianych tajemnicą i legendą wodospadów, wysłuchać niesamowitych historii o duchach, a ponadto odwiedzić farmę kawy i dowiedzieć się więcej jak powstaje jedna z najlepszych „małych czarnych” w Hondurasie. A potem wypocząć w rodzinnej atmosferze, w niezwykle tanich pokojach, zorganizowanych przy domu założycielki organizacji i zajadać się typowym, domowym hondureńskim jedzeniem, też zresztą za grosze. Znając już na tyle mój przewodnik, i wiedząc, że w 100% ufać mu nie mogę, wolałam jednak mailowo dopytać się czy aby na pewno organizacja nadal istniej. 

Powroty ze szkoły

Skoro jednak poczta niedostarczona, nie było innej rady jak sprawdzić osobiście. Wyprawa konna w góry nie dawała mi spać po nocach. Po prostu musiałam tam pojechać. Pocieszałam się, że w razie, czego (w razie gdyby San Juan w ogóle nie istniało, co z Lonely Planet jest możliwe), w odwrocie mam niedalekie i znajome Gracias,. Ostatni dystans 36 km pomiędzy La Esperanzą a San Juan, pokonałam wraz z busikiem w półtorej godziny! (Nasze PKP to przy tym japoński Shinkansen). Zostałam jednak podrzucona pod same drzwi mieszkania Doni Gladys, założycielki organizacji i odetchnęłam z ulgą, gdy okazało się, że organizacja jednak istnieje. Ledwo jednak klapnęłam z ulgą na fotel, dowiedziałam się, że jako, iż co najmniej od czterech lat nie mieli tu żadnego turysty, pewne rzeczy uległy zmianie. Miejsca, które onegdaj przeznaczone były dla przyjezdnych są zajęte, a konie, dla których tu przyjechałam, pracują i nie mogą być użyte do wycieczki. Został mi hotel, który kosztował ze trzy razy tyle, co miały kosztować tu noclegi i wyprawa piesza (też znacznie droższe niż informował o tym przewodnik). No trudno. Tak bywa i zdążyłam się do tego przyzwyczaić. 

Parque Central

Trochę żałowałam, że tu przyjechałam, bo mogłam w innym miejscu ciekawsze przygody przeżywać. Stało się! San Juan okazało się sympatyczną mieściną, po której swobodnie mogłam poruszać się z aparatem na wierzchu. W miasteczku natknęłam się też chyba na najpiękniejszy Parque Central w całej Ameryce Centralnej. No, ale to by było na tyle. Już w Gwatemali dowiedziałam się, że nauczycielem może być pani z księgarni czy sklepu z materiałami biurowymi, więc taksówkarz w roli przewodnika też specjalnie nie powinien mnie zdziwić. Mimo wszystko jednak zdziwił. Rano, gdy stawiłam się w umówionym miejscu, czekając na początek mojego trekkingu, licząc na dziesiątki przemierzonych tego dnia kilometrów, litry wylanego potu, zakwasy mięśniowe nawet na uszach, okazało się, że jednak przewodnik musi pracować (zbiór kawy w toku) i iść ze mną nie może. Nim jednak zdążyłam się zapowietrzyć ze złości, pani Gladys oświadczyła, że skontaktowała się ze swoim znajomym, który świetnie zna okolice (przynajmniej tak mnie zapewniała) i on ze mną wybierze się na wycieczkę. Ok, pomyślałam, dla mnie nieistotne, kto, ważne, żeby był dobrym przewodnikiem, opowiedział mi wiele ciekawych historii i przemierzył ze mną te miliony kilometrów. Nie zostałam jednak wtajemniczona w szczegóły zawodu mojego przewodnika, choć po tym jak wsiedliśmy do jego tuk-tuka, spokojnie mogłam się domyślić. Wiadomo jednak, że jak turystyka upadła, to ludzie muszą sobie jakoś radzić, więc nic dziwnego, że zajął się czymś innym, by zarobić na życie. Schody zaczęły się jednak, gdy okazało się, że nigdy w życiu nie był na pobliskich wodospadach i nie ma pojęcia jak tam dotrzeć. Przedzieraliśmy się przez chaszcze i rzeki, błota i krzaki, a ja coraz bardziej obawiałam się, że zabłądzimy. Złościło mnie, że musiałam zapłacić za coś, co spokojnie mogłam zrobić sama. Świetnie sama potrafię się zgubić i to naprawdę za darmo. 

Kaskada

Z trudem dotarliśmy do wodospadu. Na tablicy przeczytałam krótką notatkę, że z miejscem tym związana jest pewna legenda. Jaka? Tego się już nie dowiedziałam, bo przecież przewodnik, który nie był przewodnikiem, nie znał jej. Ograniczył się do stwierdzenia, że w okolicy krąży mnóstwo starych legend. No, tak…Już zaczęliśmy się wycofywać, gdy zadzwonił telefon Gabriela. Dzwonił prawdziwy przewodnik, który w tej chwili wcielał się w rolę zbieracza kawy, informując, że wyżej jest jeszcze jeden wodospad. No też ci niespodzianka! Idziemy, tyle że Gabriel nie ma pojęcia którędy, wiec znów mamy powtórkę z rozrywki: rzeki, chaszcze, krzaki. Jest drugi wodospad, przy nim legenda. Nawet już o nią nie pytam. Nawet już mi się nie chce schodzić w dół, by pomoczyć nogi w baseniku. Przewodnik jest zachwycony widokiem. „Nigdy tu nie byłem. Pięknie tu jest” – zachwyca się. – „Dziś ja też jestem tu turystą” – oznajmia. No dobra, tylko, dlaczego ja tylko za to płacę, pytam. Gdybym zarabiała za to, że zwiedzam, byłabym milionerką, myślę sobie. Tłumaczę Gabrielowi, o co chodzi, że jest mi po prostu przykro, że nie zostałam poinformowana, a właściwie, że zostałam oszukana, bo tak właśnie się czuję. 

Zbieraczki kawy

Nie poszłabym na tę wycieczkę, gdybym wiedziała, że nie ma prawdziwego przewodnika. Sama mogłam sobie wynająć taksówkarza, który by mnie woził, bo na tym się skoczyło. (Zresztą wolałabym zapłacić bezpośrednio Gabrielowi, na którego brakach wszystko spoczywało, z ominięciem zbędnych pośredników). Gabriel mi wyjaśnił, że jako, iż nie jest przewodnikiem, nie jest też przyzwyczajony do chodzenia i nie da rady przemierzać wielu kilometrów. Pięknie, pomyślałam, a mówiłam przecież właścicielce, że skoro nie mogę konno, to przynajmniej trekkingu porządnego potrzebuję. Zrezygnowana wsiadłam do tuk-tuka. Po wodospadach przyszedł czas na farmę kawy. Niestety na farmie nic o tym nie wiedzieli i nikogo nie było. 

Maszynka do mielenia kawy

W związku z tym, Gabriel wychodził z siebie, by znaleźć inną posiadłość, w której ktoś mnie oprowadzi i wyjaśni jak przebiega proces powstawania kawy. I tak jeździliśmy od farmy do farmy, Gabriel dwoił się i troił, aż mi się żal go zrobiło, bo to przecież nie jego wina, że tak się sprawy potoczyły. Chłopina chciał po prostu zarobić, a że trafiła się okazja, to z niej skorzystał. Żal miałam do założycielki organizacji, że tak mnie przerobiła. Zgarnęła kasę, i to nie małą, i całą odpowiedzialnością obarczyła bogu ducha winnego tuk-tuksiarza. W końcu jednak trafiliśmy na farmę, której właściciel mnie oprowadził i wszystko wytłumaczył. Pokazał gdzie się kawę mieli, gdzie trzyma, co się z nią robi dalej, a potem zaczął wypytywać o Polskę. Chyba to mi powinni byli zapłacić, za prelekcję, dotyczącą narodu polskiego, polskiej polityki i gospodarki (a może o jakieś dofinansowanie z unii powinnam się ubiegać?) A potem ruszyliśmy na szczyt San Juan, by popodziwiać widoki. Szczytów to miałam tego dnia nadto, zwłaszcza „naciągactwa” i „oszustwa”. Droga na ten z widokami trwała zaledwie pół godziny. 

Świeżo zebrana kawa

Trekking tego dnia był żaden. Nie miałam już nawet siły być rozczarowana. Zjedliśmy jednak z Gabrielem przyjemny lunch, podziwiając błękit nieba i zieloność dolin. Chłopak starał się jak mógł, żeby wynagrodzić mi nieładne zachowanie pani Gladys. Dzięki niemu, mimo wszystko, dzień był naprawdę przyjemny, choć tak naprawdę atrakcji w San Juan nie ma żadnych. Nie dziwię się, że turystyka tu upadła. I współczuję dziewczynie, która właśnie tutaj spędziła swój najlepszy dzień podczas całego pobytu w Hondurasie. Wolę nie wiedzieć jak mijały jej inne dni. 

Młoda mieszkanka San Juan

Dla mnie bowiem pobyt tu okazał się największym rozczarowaniem mojej dotychczasowej podróży. W razie jednak, gdyby ktoś się chciał się do San Juan wybrać. Mam namiary na Gabriela. Na mnie przerobił swój pierwszy raz, jako „przewodnik”, wiec kolejne razy będą już tylko lepsze.

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

5
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
1 Comment authors
AnonymoussikiAnita Demianowiczsis Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
sis
Gość
sis

Ja wciąż się zastanawia i podziwia Cie za to jak ty sie z nimi dogadujesz!

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

Sis, ja też się czasem zastanawiam. Z reguły po hiszpańsku 🙂

siki
Gość
siki

Rozumiem, że legendy związanej z głową pod drzewem w Parque Central nie poznałaś? Dość dziwne miejsce na umieszczenie posągu. I taki biały jakiś… No ale chociaż te malownicze kaskady może w jednej milionowej procenta zrekompensowały Ci Twoje rozczarowania? Ciekawe jaką, i czy w ogóle jakąś, kasę dostają za zbieranie kawy te dzieciaki, czy może wszystko zgarniają ich rodzice? Tak tylko pytam, raczej nie licząc na odpowiedzi w związku z tak „kompetentnym” przewodnikiem. Zaśpiewajmy więc: Ja jestem Pan Tuk-Tuk… Tralala lalaaa.

Anita Demianowicz
Gość
Anita Demianowicz

A jakże, że legendy z głową nie poznałam 🙂 Przecież przewodnik – taksówkarz nic nie wiedziała na ten temat.

Kaskady nie zrekompensowały mi niestety. Widziałam znacznie piękniejsze i o wiele większe.

Te dzieciaki akurat to były dzieci właścicieli posiadłości i ziemi. Wszyscy wspólnie zbierali. W San Juan każda niemal rodzina ma plantację kawy, na której pracuje się całą familią. Więc raczej dzieci nic nie zarabiają.

Wolę jednak pana TIK-Taka 🙂 Posłuchałabym w końcu na żywo 🙂

Anonymous
Gość
Anonymous

Od ludzi na zdjeciach emanuje takie cieplo, zwyczajne cieplo.
Udalo Ci sie ‚zlapac mgle’ ? :-).

error: Content is protected !!