fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA KOSTARYKA W DRODZE

Spotkania trzeciego stopnia

Słynny most w Rezerwacie Monteverdde

Włączyłam latarkę. Ciemność została rozgromiona wąskim snopem światła. Przesunęłam ją w prawo, potem w lewo. Uniosłam się na łokciach i spojrzałam pod siebie. Czysto. W takim razie to pewnie komary, pomyślałam. Wróciłam na swoje miejsce. Latarka również. Po pięciu minutach znów poczułam, że coś w najlepsze mnie wcina. Ze sprawnością rewolwerowca złapałam latarkę, zapaliłam światło, próbując namierzyć sprawców mojej bezsenności. Znów pusto. No niech to szlag!, zaklęłam. Spojrzałam na łóżko obok, sprawdzając czy moja współspaczka z pokoju podobnie jak i ja się drapie. Byłaby to wówczas definitywna oznaka bytności komarów. Bo choć upierdliwych stworzonek również z całego serca nie cierpiałam, to i tak modliłam się, żeby to właśnie były one. Vichittra jednak spała w najlepsze. Ja do rana prawie nie zmrużyłam oka. Całe ciało swędziało mnie do nieprzytomności. Doszłam do wniosku, że lepiej byłoby spać w hamaku w kuchni, ale niestety ta część budynku do rana była zamknięta.

Sandra, która przyrzadza pyszne enyucado

Rano obejrzałam się w lustrze. Pod okiem wielka czerwona plama. Na plecach kilkanaście podobnych. To samo na obu rękach, nogach, pośladkach.

– Vichittra czy spałaś dobrze? Bo mnie strasznie w nocy coś pożarło.

Vichittra pokiwała smętnie głową. – Mnie tez coś gryzło.

– Czy myślisz o tym samym, co ja?

Znów smętne kiwnięcie głową.

– No dobra, to szukamy.

Vichittra chwycił swój telefon i wlazła na moje łóżko, z dokładnością aptekarza szukając na prześcieradle śladów bytności nieproszonych gości. Zaczęła wywracać pościel, wyciągać poduszki z poszewek. W końcu dobrała się do materaca. Zajrzała w każdy kąt i w końcu w jednym z nich coś znalazła. Z obrzydzeniem rzuciła materac na swoje miejsce.

– Tam nie dość, że są pluskwy, to jest i pełno jaj.

Z obrzydzenia aż skrzywiłam się. Nawet nie miałam ochoty spoglądać w gniazdo wroga. Już na samą myśl robiło mi się niedobrze. W łóżku Vichittry nie było tak źle.

– Posprzątamy i będzie dobrze – zapewniła pracownica, a ja spojrzałam na nią z myślą, że chyba oszalała i żarty sobie raczy stroić.

Mnie do żartów i śmiechu bynajmniej nie było, bo nie dość, że wszystko mnie swędziało, to wyglądałam jak za młodzieńczych czasów, gdy miałam ospę, czyli nie było czego światu pokazywać. Jedyną pociechą było, że z takim wyglądem tutejsi mężczyźni macho powinni dać sobie spokój. No może w końcu trochę oddechu złapię, łudziłam się, doszukując się pozytywów straconej nocy i jako takich oznak urody.

Monteverde Kostaryka kwiat

Jedynym miejscem, do którego mogłam w takim stanie pójść był las. Najlepiej mglisty, mało przejrzysty, gdzie wszystko we mgle tonie, łącznie z pluskwami plamami. Dobrze się składało, bo byłam akurat w miejscowości Santa Elena i zaledwie 45 minut dzieliło mnie od bosque nuboso, czyli mglistego lasy Monteverde. I wszystko by się pięknie, idealnie zgrywało, gdyby nie fakt, że Monteverde jest jednym z najczęściej odwiedzanych miejsc w Kostaryce, więc raczej na brak ludzi narzekać tam nie mogłam. Zerwałam się jednak z łóżka dość wcześnie. Oczywiście pomogły mi w tym pluskwy, ale też wiedziałam, że najlepiej w parku być punkt siódma. O tak nieludzkiej dla większości turystów porze, istniała szansa, że będę miała las tylko dla siebie. No ewentualnie musiałam się nim  trochę podzielić z pogryzioną koleżanką z pokoju – Vichittrą, która tak dzielnie szukała pluskiew.

W autobusie siedziałyśmy tylko my dwie, z przyjezdnych. Reszta siedzeń zajęta była przez pracowników w elegancko odprasowanych służbowych mundurkach. W głowie już roiły mi się wizje mglistego pięknego deszczowego lasu i mgły spowijającej mnie niczym delikatną tkaniną. Widziałam ten piękny długi czerwony most, który pojawiał się na wszystkich ulotkach informacyjnych i w broszurach zachęcających do odwiedzenia. Przypominały mi się opisy, na które trafiłam w Internecie (Newsweek umieścił Monteverde na czternastym miejscu listy miejsc, które należy odwiedzić nim znikną).

Gdy w końcu otworzyli bramy, rzuciłyśmy się w drogę, by jak najszybciej dotrzeć do najlepszych miejsc, by zdążyć przed tłumem turystów, żądnych zdjęć i zajmujących każdą powierzchnię tego miejsca, blokujących ścieżki, wciskających się na punkty widokowe, w których nie można już było w związku z tym zrobić zdjęcia.

– Droga do mostu? – Rzuciła Vichittra.

Spojrzałam na mapę i wskazałam kierunek. Park nie był zbyt duży. Trasy trekkingowe krótkie. Już po chwili stałyśmy przy moście.

Słynny most w Rezerwacie Monteverdde

– Niemożliwe, że to ten! – powiedziała Vichittra z nutą rozczarowania w głosie.

Nie sposób było się z niż nie zgodzić. Most był jakiś taki… mały. Na zdjęciach wyglądał znacznie potężniej i bardziej zjawiskowo. Spodziewałam się rozmiarów niemal Golden Gate Bridge, a tu czekał czekało na nas coś bardziej przypominającego czerwoną „kładkę”.

– Kolor się zgadza – rzuciłam niepewnie.

– Ale ta wielkość…! – Vichittra wciąż była przekonana, że to nie może w żadnym wypadku być most, którego szukamy.

Spojrzałam na mapę. Wyraźnie mówiła, że innego mostu po prostu nie ma.

– To ten, czy to się nam podoba, czy nie – rzekłam.

Powoli wkroczyłyśmy na niego, przestępując ostrożnie z nogi na nogę. Most zaczynał wchodzić w wibracje.

– Jeszcze coś się nie zgadza! – Krzyknęła Vichttra wędrując przede mną i z zaciekłością fotografując każdy skrawek mostu. – Gdzie jest ta mgła ze zdjęć?!

Fakt. Na razie, z tego, co wcześniej widziałam na zdjęciach, zgadzał się jedynie kolor. Reszta chyba musiała być dorobiona w fotoszopie, stwierdziłam. Bardziej mglisty był Park Narodowy Chirripo, nie wspominając o lasach, które odwiedziłam w Hondurasie z równie bujną przyrodą i mgłą wijącą się wśród drzew, osiadającą na liściach i wplatającą się w korony. A co i najlepsze te lasy były darmowe. Za wstęp do Monteverde płaciło się dość słono.

– Może potem trochę się zamgli? Jak myślisz? – Spytałam z nadzieję, patrząc na o jak most błyszczał w słońcu.

Co za pech. Jak człowiek chce zwykle żeby nie padało i nie było mgły jak to miało miejsce z dwoma kostarykańskimi wulkanami, to mgła aż się wylewała i gęstniała, nie pozwalając ujrzeć kraterów. A jak człowiek chce, by tej mgły jednak trochę było jak na las mgielny przystało, to ani śladu po niej. I bądź tu człowieku mądry!

Monteverde Kostaryka punkt widokowy

Im jednak głębiej zanurzałyśmy się w obszar Monteverde, tym było piękniej. Drzewa, których czubków nie można było niemal dojrzeć, porośnięte mchami pnie, drewniane kładki sunące między gęstwiną korzeni i gałęzi, które miałam wrażenie, że niemal wyciągają w moją stronę swoje zdrewniałe dłonie, chcąc przyciągnąć mnie do siebie i przytulic jeszcze bardziej. Momentami bowiem przyroda aż napierała na mnie, aż brakowało tchu. Zieleń wypełniała moje oczy. Byłam pewna, że białka zmieniły kolor, barwiąc się na zielono. Chłonęłam całą sobą.

Pomost na trasie

Niecałe dwie godziny później natknęłyśmy się na pierwszych turystów, zaczęła też gdzie nie gdzie pojawiać się mgła. Jednak nie tam gdzie trzeba. Wciąż brakowało jej na moście. Za to pełno jej było na punktach widokowych, co powodowało, że niewiele można było z nich zobaczyć.

Gdy ruszyłam już sama jedną z ostatnich wyrysowanych tras trekkingowych, jakie można było w Monteverde pokonać, ścieżki zalały tłumy ludzi, wędrujące w tę i z powrotem w poszukiwaniu mieszkańców lasu. Wskoczyłam na mniej uczęszczaną trasę i znów mogłam cieszyć się towarzystwem spokoju i dźwięków lasu.

Monteverde Kostaryka

Las nie zaspokoił jednak do końca potrzeby „łazikowania”. Zamiast więc wracać autobusem, ruszyłam do miasta na piechotę. W końcu to zaledwie sześć kilometrów, które pokonałam w tempie wcale nie dużo gorszym niż autobus, na tej trasie poruszający się wyjątkowo opieszale. Zresztą nie tylko na tej trasie. To, co zadziwia mnie w Kostaryce najbardziej to fakt, że jest to najbogatszy kraj Ameryki Środkowej i jednocześnie kraj posiadający chyba najgorsze drogi. Najwidoczniej: coś za coś (tylko ciekawe „co za co”?).

Kostaryka nie pożegnała mnie zbyt miło. Postanowiła pozostawić po sobie pamiątkę, taką mniej więcej dwutygodniową, bo dopiero po tym czasie ślady po wspólnym spaniu z pluskwami, zaczęły w końcu znikać. Jednocześnie dało mi to dobrą szkołę, powodując, że już tak łatwo pluskwom podejść postanowiłam się nie dać. Każdej pierwszej nocy w nowym miejscu towarzyszyło mi odwieczne: Gryzie czy nie gryzie? – Czyli moje własne „być albo nie być”.

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

7
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
4 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
ZyzziaMonikaB*Anita DemianowiczAndrzej Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Andrzej
Gość
Andrzej

Anita, po prostu źle popatrzyłaś na ten mostek! Trzeba było się położyć przy ziemi, zrobić foto ze skraju, albo jeszcze z dala od przepaści – tak się osiąga efekt w sieci! 😉

Monika
Gość
Monika

Trudno się nie zgodzić z Andrzejem 😀 Coś musiałaś zrobić nie tak, skoro nie wyszło.
Ja oczywiście w połowie czytania tekstu przerzuciłam się na drugą kartę i wyguglałam mostek w necie, żeby porównać 😀

Zyzzia
Gość
Zyzzia

Cześć.. Mam pytanie bo widzę że schodziłaś Kostarykę porządnie… Wybieram się w lipcu na dwa tygodnie z plecakiem.. czy możesz polecić jakieś miejsca? pełno jest parków narodowych ale wiem że większość z nich jest podobna a kosztują dośc sporo.. Może jakieś szczególne miejsca? Pozdrawiam

error: Content is protected !!