fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA KOSTARYKA W DRODZE

Park Narodowy Chirripo

B*Anita

Stacja rangersów otwarta od szóstej rano – głosił napis przed wejściem. Spodziewanego tłumu chętnych nie było. Ostrzegał nas przed nim właściciel hostelu, twierdząc, że o pozwolenie na wejście do Parku Narodowego Chirripo (Kostaryka) i na najwyższy szczyt o tej samej nazwie, stara się każdego dnia wiele osób, a liczba biletów jest ograniczona do zaledwie czterdziestu.

– Kiedy chcecie iść na szczyt? – spytał zaraz po naszym wieczornym dotarciu do miejscowości San Gerardo.

– Jutro rano – odparłyśmy chórem polsko-kanadyjskim.

Spojrzał na nas z niedowierzaniem.

– Wiecie, że to niemożliwe?

Nie wiedziałyśmy. Wiedziałyśmy za to, że trudno z kimkolwiek z parku się skontaktować. W przewodniku wyraźnie było napisane, że mailowo lub telefonicznie można zawczasu zrobić rezerwację. Niestety obie możliwości nie sprawdzały się Telefonu nikt nie odbierał, a i na emaile nie odpowiadano. Postanowiłyśmy jednak uparcie twierdzić, że mailową rezerwację zrobiłyśmy i bez wątpienia wejście następnego dnia nam się należy.

Na wszelki wypadek jednak już od piątej rano, zastraszone tłumem ludzi, ustawiłyśmy się w kolejce, której nie było, po pozwolenie. Czas w całej Ameryce Środkowej nie ma specjalnie znaczenia. Mam wrażenie, że wszelkie godziny są umowne. To, że jest napisane, że coś jest czynne od szóstej, wcale nie oznacza, że właśnie w tym czasie zostanie otwarte. Rangers pojawił się o 6.40. Dopiero co zwlekł się z łóżka, bo bezceremonialnie ziewał nam przed nosem.

– Pisałyśmy i dzwoniłyśmy, żeby zrobić rezerwację – zaczęłam. – Prosimy o bilety na dziś.

Mężczyzna, wzrostu metr sześćdziesiąt, spojrzał na mnie zaspanymi oczami i spokojnie odparł: – Nie da się zrobić rezerwacji telefonicznie czy mailowo.

– Jak to się nie da, skoro w przewodniku napisali, że nie ma z tym problemu? – Zdziwiłam się, choć dobrze wiedziałam, że problem jest, bo nikt w parku na telefony i maile nie reagował.

– Po pozwolenie do parku trzeba się stawić osobiście i to na dzień przed wejściem – rzekł ze stoickim spokojem.

– To znaczy, że dziś iść nie możemy? – Zapytałam z nutką zawodu w głosie.

Mężczyzna pokiwał głową, potwierdzając moje podejrzenia.

– Mogę wam sprzedać bilety na jutro.

Spojrzałyśmy po sobie z dziewczynami. Nie chciałyśmy czekać całego dnia. Tym bardziej, że Emily musiała skrócić wyjazd i za trzy dni miała już siedzieć w samolocie powrotnym do Kanady, aby zdążyć na pogrzeb babci. Wtrąciła się więc szybko do rozmowy i swoim łamanym hiszpańskim próbowała zagrać pracownikowi parku na emocjach.

– Jest piątek. W poniedziałek mam samolot z San Jose. Nie damy radę iść jutro, pojutrze wspinać się na szczyt i wracać, bo nie zdążę na samolot. Wracam do domu – powiedziała i już znacznie smutniejszym głosem dodała: – Na pogrzeb babci.

– Tylko ty? – Upewniał się mężczyzna.

– Wszystkie musimy wracać. – Zareagowałam szybko nim któraś palnęłaby gafę i powiedziała, że nie.

– Oj, ale problem, ale problem… – Wystękał.

Spoglądałyśmy na niego wszystkie trzy oczami Kota w Butach, tego ze Shreka, który zawsze tak mnie rozbraja. Miałyśmy nadzieję, że to pomoże.

– Oj, co za problem, co za problem… – powtarzał zawzięcie mężczyzna, tym samym wzbudzając naszą coraz większą nadzieję. – Oj, co za problem, co za problem – znów to samo.

Sięgnął po wielkie zeszyty i zaczął coś przeglądać w nich i liczyć, a z jego ust wciąż padały słowa „oj, co za problem, co za problem”. Łapczywie obserwowałyśmy każdy jego ruch, drgnięcie powiek, ruch warg, oczekując, aż z jego twarzy, mimiki czy słów wyczytamy zgodę na pójście na szczyt jeszcze tego samego dnia.

– Mogę sprzedać bilety na jutro – powiedział po blisko dwudziestu minutach sprawdzania czegoś i kilkunastu czy nawet kilkudziesięciu powtórzeniach „co za problem, co za problem”.

Aż się zagotowałam. Odstawiałyśmy tu taką szopkę, tak ładnie prosiłyśmy i nic. Emily opowiedziała o swojej trudnej sytuacji, o pogrzebie i babci, a tego nie ruszało nic. Wciąż tylko powtarzał „o, co za problem, co za problem”.

Nie poddawałyśmy się jednak. Stałyśmy tak dalej w jego biurze, patrząc na niego i czekając. Mężczyzna powtarzał, że może nam sprzedać bilet na jutro jedynie, a my uparcie, że musimy iść dziś i tylko dziś. I tak przez blisko godzinę.

– A ty z Polski jesteś? – Spytał, gdy tak sterczałyśmy mu nad głową.

Potaknęłam.

– Skąd nasz Juan Pablo Segundo?

Znów potaknęłam.

– Oj, to był człowiek… – zaczął, a ja znów zapłonęłam nadzieją, licząc że może ze względu na wspólny z papieżem kraj, facet się w końcu zlituje i sprzeda nam te bilety.

Ten powzdychał jednak trochę, powtórzył znów niczym nakręcona zabawka „co za problem, co za problem” i wrócił do sprawdzania czegoś. Wypuściłam powietrze, które trzymałam w płucach przez dłuższą chwilę. Wyszłyśmy z biura i czekałyśmy pod drzwiami, kombinując po cichu co dalej. Emilly stała jednak na granicy wejścia do biura i zbierała powoli łzy w oczach. Wyglądała jakby miała zaraz wybuchnąć płaczem. Mężczyzna pozostawał niewzruszony.

Stałam na zewnątrz i wpatrywałam się w mapę parku. Tak właściwie to mi było wszystko jedno. Mogłam zostać ten dzień dłużej, ale dziewczyny nie. Emily więc sarnimi oczami, przepełnionymi łzami wpatrywała się wciąż w rangersa. Stałyśmy już dobre półtorej godziny. Mężczyzna miał nas już chyba dość i chciał sobie pójść. Znów chwycił za zeszyt i na głos zaczął podliczać, próbując nam na każdy możliwy sposób udowodnić jak bardzo niemożliwy jest nasz trekking.

– Widzicie dziś poszło jedenastu obcokrajowców i dziewięciu lokalnych na szczyt.

– No to wciąż nie dużo. Czytałam, że miejsc do spania jest czterdzieści – odparłam.

– Tak, ale niektórzy zostają na dwie noce i w tym jest problem

Mężczyzny nie można było zbić z tropu.

– No, ale chyba trzy łóżka się znajdą – Wtrąciła się Viky.

Mężczyzna znów powtórzył swoje ulubione powiedzonko i nie spiesząc się złapał za telefon. Miałam wrażenie, że próbuje nas przetrzymać jak najdłużej, łudząc się że w końcu zmiękniemy i albo kupimy bilet na następny dzień, albo sobie po prostu pójdziemy. Przysłuchiwałam się rozmowie. Mężczyzna tłumaczył i tłumaczył, potem kilka razy powtórzył „co za problem, co za problem” i odłożył słuchawkę.

– Co za problem, co za problem – powiedział już do nas. – Nic się nie da zrobić. Jutro nie ma problemu..

Wkurzone wyszłyśmy na zewnątrz. W matematyce jestem słaba, ale wychodziło mi wyraźnie, że miejsc jest tam wystarczająco i że my trzy nie stanowiłybyśmy wcale takiego problemu jak twierdził rangers.

Dziewczyny zwątpiły i zaczęły przeliczać czy faktycznie Emily zdąży na samolot, jeśli pójdziemy następnego dnia. Na szczyt były dwadzieścia cztery kilometry. Każdy zostawał na nocleg na pięć kilometrów przed szczytem, by już na górze znaleźć się o wschodzie słońca dnia kolejnego, a potem zejść, zjeść śniadanie i ruszyć w drogę powrotną. Gdy tak dziewczyny przeliczały i kombinowały, wyszedł do nas rangers-co-za-problem i powiedział, że jeśli chcemy to możemy spać na podłodze i iść jeszcze tego dnia. Prawie go wyściskałyśmy, ale już nie było na to czasu, bo po zapłaceniu biletów biegiem ruszyłyśmy po nasze plecaki. Najpierw zmiana hostelu, szybkie przepakowanie i w drogę. Godzina najwcześniejsza nie była, ale o 9.30 byłyśmy już w drodze na szczyt Chirripo.

Droga niemal nieustannie wiła się w górę i tak było przez najbliższe siedem godzin. Bardzo niewiele płaskich przejść, które czasem w górach się jednak trafiają. Początkowo towarzyszył nam skwar, ale bardzo szybko się skończył. Pora była dość późna i chmury coraz szybciej zasnuwały niebo, a mgła coraz zachłanniej otulała drzewa. Zaczynał siąpić deszcz, który szybko zamienił się w silną ulewę. Mimo wszystko było jednak pięknie. Mimo licznych komarów i przemoczonych rzeczy. Las osnuty mgłą jawił się bajkowo. Jakbym kroczyła po kartach legend i baśni z książek braci Grimm czy Jana Christiana Andersena.

Pięłyśmy się coraz wyżej. Ja nie mam problemów z oddychaniem na tych wysokościach, ale Viky zaczynała odczuwać skutki wysokości. Bolała ją głowa, ledwo szła. Mimo wszystko wykończone, mokre, zziębnięte w końcu dotarłyśmy do miejsca noclegowego.

– To teraz udajemy, że my to nie my. Może jednak uda nam się załapać na łóżko – Zapowiedziała Viky, a my ochoczo potaknęłyśmy.

– To Wy jesteście te trzy dziewczyny, dla których nie było miejsca? – Zapytał mężczyzna, a ja udawałam, że nie rozumiem o co mu chodzi, choć tak naprawdę byłam jedyną, która rozumiała.

Viky podała bilet. Mężczyzna sprawdził i zaczął mówić, że nie ma dla nas miejsc. Po kolejnych próbach dogadania się z nami, mężczyzna chwycił za telefon i zadzwonił do rangersa, z którym rozmawiałyśmy rano.

– Są tu trzy dziewczyny. Żadna nie mówi po hiszpańsku, a bilet maja wypisany na jutro.

– Zaraz, zaraz! Jak to na jutro. Na dziś! – Nagle cudownie odzyskałam zdolności lingwistyczne.

– Oj, czekaj. Jedna jednak mówi po hiszpańsku.

– A pewnie, że mówię!

Mężczyzna podał mi telefon.

– Ale przecież mówiłem, że nie ma dla was miejsc dziś i bilet jest na jutro.

Spojrzałam na wypisany bilet. Faktycznie data nie była dzisiejsza.

– Ale jak to? Przecież pan mówił, że możemy i że mamy na podłodze spać. My tyle dziś przeszłyśmy i co teraz? – W głosie zabrzmiała rozpacz, zmieszana z wkurzeniem.

Miałam wrażenie rano, że rangers był pijany i chyba niewiele się pomyliłam, myślałam.

– A to wy jesteście? Polka i ta, co babcia jej zmarła? – Zapytał głos w słuchawce.

– Tak, to my.

– A to przepraszam. Tak, wszystko się zgadza. Spicie dziś tam. Pomyliłem się z datą na bilecie.

Z ulgą oddałam słuchawkę mężczyźnie z recepcji.

– No, wszystko gra. Pokażę wam wasz pokój. Zaprowadził nas do niewielkiego pomieszczenia, w którym stały dwa dwupiętrowe łóżka. Czyli jednak łózka się znalazły. Nie potrafiłam zrozumieć dlaczego ostrzegał na, że śpimy na podłodze, bo brakuje już łóżek. Podobnie było z historią kuchenną.

– Koniecznie musicie zabrać ze sobą kuchenkę gazową. Na górze nie ma kuchni i nie ma jak gotować.

Pożyczyłyśmy. Gdy jednak dotarłyśmy na miejsce, w kuchni, która była, kłębiło się mnóstwo ludzi, a spod stojących na ogniu garnków buchały wielkie płomienie.

– Dlaczego kazał nam wypożyczyć kuchenkę, skoro jest regularna kuchnia?! – Nie mogłam tego zrozumieć.

Postanowiłyśmy więc szybko zagotować sobie wodę na kawę, herbatkę. Cokolwiek ciepłego było oczekiwane przez nasze organizmy.

– Kuchnia nie jest do użytku publicznego. Proszę ściągnąć garnek! – Huknął na nas mężczyzna w stroju przypominającym nieco kucharski.

Byłyśmy zaskoczone.

– Dlaczego nie można gotować, skoro jest kuchnia? – Zapytałam mężczyznę w recepcji chwilę później.

– Bo kuchnia jest prywatna – odpowiedział. – Gdy przyjeżdżają grupy, zamawiają kucharza z miasta i ten przyjeżdża gotować dla nich. Poza tymi okresami, nie ma tu gazu i nie można korzystać.

– A nie można byłoby policzyć ze dwa dolary więcej za bilet wstępu do parku i dać ludziom możliwość gotowania?

– Byłoby dobrze, ale kuchnia nie należy do parku, tylko do prywatnych osób. I nic nie da się z tym zrobić – odpowiedział.

To tłumaczenie nie bardzo rozjaśniło tę zawiłą sytuację. Stwierdziłam jednak, że na świecie są rzeczy, które nawet filozofom się nie śniły. W Polsce wiele przepisów i zasad też pozostawało dla mnie zupełnie niezrozumiałych. Postanowiłam zostawić temat, zagotować wodę na naszej małej kuchence gazowej i cieszyć się z wejścia na szczyt następnego dnia. Wprawdzie nie powitałam tam dnia, ale za to dotarłam tuż po, gdy wszyscy, którzy zmierzali na szczyt, właśnie z niego schodzili. Dzięki temu miałam cały niesamowity widok tylko i wyłącznie dla siebie. Było warto!

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

16
Dodaj komentarz

avatar
8 Comment threads
8 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
balkanyrudejAnnaAndrzejWymarzone Wczasyrenamorena Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika
Gość
Monika

Tak jak zawsze… wyrzucają nas drzwiami, to trzeba się oknem wpychać 🙂

Ewelina Domańska
Gość
Ewelina Domańska

Super opis! Gratuluję wytrwałości To prawda, że często gra rozgrywa się o to, kto jest bardziej uparty 😉

renamorena
Gość
renamorena

Brawo! jeśli nam na czymś bardzo zalezy to tak trzeba, konsekwentnie 🙂
Pomimo smutnego wątku czytając wpis buzia sama się uśmiechała (chcąc niechcąc) od ucha do ucha 🙂 🙂
Pozdrawiam. Powodzenia!

Wymarzone Wczasy
Gość
Wymarzone Wczasy

Musze przyznać, że jest to bardzo fajny wpis 🙂 Tak w ogóle jestem pierwszy raz na Twoim blogu, tak czy inaczej dodałem już go sobie do zakładek „Ulubione” i będę często zaglądać na Twój blog 🙂 Pozdrowienia 🙂

Andrzej
Gość
Andrzej

Super!
Mi zwykle brakuje samozaparcia i asertywności żeby tak pertraktować. Ciekawe ile mnie już ominęło przez to 😛

Pozdrawiam!

Anna
Gość
Anna

Fajny wpis- dobrze się go czyta:) Własnie przywołałam sobie w myslach duze oczy kota od Shreka i az mi sie micha cieszy 🙂

Anna
Gość
Anna

acha- niesamowite to zdjecie Twoje tytułowe- oddech calą piersią

balkanyrudej
Gość
balkanyrudej

Piękne i intrygujące góry. Chętnie zobaczyłabym je na żywo 🙂

error: Content is protected !!