fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA NIKARAGUA W DRODZE

Volcano Boarding

krater Cerro Negro Nikaragua

Spojrzałam w dół. Poczułam, że robi mi się słabo, że omdlewam. Serce załomotało. Przymknęłam oczy i wzięłam kilka głębokich oddechów. No i po coś, głupia, patrzyła?, zbeształam się w myślach. Wiedziałam, że lepiej tego nie robić. Ale zrobiłam. Zawsze to samo. No dobra, to jeszcze raz. Znów spojrzenie w dół. Ty chyba oszalałaś! Naprawdę chcesz to zrobić?!

Stałam na szczycie aktywnego wulkanu Cerro Negro (Nikaragua) – najmłodszego wulkanu Ameryki Środkowej. Właściwie nie na szczycie, bo szczyt znajdował się kilkadziesiąt metrów dalej. Ze szczytu można było zajrzeć do krateru. Mnie jednak, wyjątkowo, bardziej tego dnia interesowało zbocze wulkanu niż jego wnętrze. Więc gdy spojrzałam w dół, widziałam jedynie czarny drobny pył i to zbocze lecące, w moim wyobrażeniu, niemal pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Oczywiście przesadzam, bo kąt nie był wcale taki prosty, ale w strachu człowiek wszystko wyolbrzymia. (w rzeczywistości kąt nachylenia to podobno około 41 stopni)

– Ile jest metrów w dół? – zapytałam, nawet nie z ciekawości, ile może bardziej z chęci pogrążenia się w jeszcze większym przerażeniu.

Instruktor wzruszył ramionami. – W sumie to…nie wiem. A czy to ma w ogóle znaczenie?

Dla mnie miało. Wolałam wiedzieć jak długo przyjdzie mi umierać. Pięćset metrów a może siedemset. Tak, dla mnie zdecydowanie miało to znaczenie.

– Ja chyba jednak nie zjadę – stwierdziłam, gdy na chwilę opuszczaliśmy okolice toru. Szliśmy w stronę krateru. Przewodnik chciał odwrócić naszą uwagę od tego, co miało nastąpić za chwilę. – Zobaczcie! Czyż nie jest piękny?

 

Faktycznie był piękny. I krater i cały wulkan. Nie spodziewałam się wiele po Cerro Negro. Bo i czego? Sama nazwa wskazywała, że kolorystyka jest raczej uboga (negro w języku hiszpańskim oznacza kolor czarny). Z dołu też nie wyglądał zbyt atrakcyjnie – kupa czarnego piachu i to wszystko. W miarę jednak wspinania się, krajobraz zaskakiwał. Nie był monotonnie skapany w czerni. Spod węglistego pyłu wyłaniały się czerwienie, pomarańcze, biel i żółcienie, a w oddali majaczyły zielone wzgórza. Było pięknie, ale mój nastrój współbrzmiał wraz z pochmurnym niebem. Nie było mi do śmiechu. Bałam się. Uważałam, że to, co chcę zrobić jest po prostu nierozsądne.

– Niech pani uważa – ostrzegła pani pracująca w moim hostelu, gdy na pytanie co mam tego dnia w planach, odpowiedziałam, że jazdę z wulkanu, tym samym potwierdzając moją teorię o braku rozsądku – W zeszłym tygodniu jeden chłopak pojechał i do hostelu już nie wrócił. Zawieźli go prosto do szpitala. To bardzo niebezpieczne.

– No chyba żartujesz, że nie chcesz jechać?! – Zakrzyknął mój mąż przez telefon. – Nie pękaj, tylko zjeżdżaj. Taka okazja się nie powtórzy.

– No to niezły ten twój Małżonek. Jak on może ci tak mówić?! – Biadoliła z kolei mama.

– To, co? Jedziesz? – spytał instruktor.

Wykrzywiłam się i z oporem zaprzeczyłam ruchem głowy.

– Będziesz tego żałować – przestrzegł.

 

Oczywiście, że będziesz żałować, jeśli tego nie zrobisz, powtarzałam sobie w kółko. Taka szansa nie zdarzy się prędko. To jedyne takie miejsce na świecie, przekonywałam się. Więcej może nie wrócisz już do Nikaragui (wciąż powtarzałam sobie, że tak, ale w życiu różnie bywa). No, zapłaciłaś już za to, spróbowałam jednego z najpraktyczniejszych argumentów, mając nadzieję, że materialny bodziec zmobilizuje mnie jednak do realizacji zamierzeń. No, nie bądź cykor, zaczęłam nawet wjeżdżać sobie na ambicję. I tak się poddasz? Tak po prostu, bez walki? Gdy już prawie samą siebie przekonałam, do głowy zaczęły mi się wciskać dziesiątki zasłyszanych historii o złamaniach, wzywanych karetkach i pacjentach odwiezionych do szpitala. To były już wprawdzie ostatnie moje dni w Ameryce Środkowej, ale musiałam jeszcze w miarę o własnych siłach dotrzeć z powrotem do Panamy i potem do Polski. Wiedziałam, że w jednym kawałku to zadanie będzie prostsze. Najbardziej obawiałam się wstrząśnienia mózgu czy w ogóle jakichkolwiek kontuzji związanych z głową. I tak jestem już wystarczająco stuknięta, wiec dalszych komplikacji wolałam uniknąć.

– No, u nas też od tej historii z zeszłego tygodnia, musimy się bardziej pilnować… – Usłyszałam ostatnie zdanie z rozmowy między naszym instruktorem a chłopakiem z innej agencji.

– Jakiej historii? – Dopytałam. – O co chodzi?

Chłopak niechętnie, ale w końcu powiedział: – Jedna dziewczyna w zeszłym tygodniu miała bardzo ciężki wypadek przy zjeżdżaniu. Połamała się okropnie. W nodze aż kość jej przestrzeliła przez skórę.

Skrzywiłam się z obrzydzeniem. Pozostałe trzy dziewczyny, które razem ze mną planowały zjechać z wulkanu, nie rozumiały hiszpańskiego. W niewiedzy szykowały się więc do zjazdu. Chyba też wolałabym żyć w niewiedzy. Boksując się z myślami, w końcu zdecydowałam się. Raz kozie śmierć! Nie mam zamiary być cykorem. Nie chcę też zmarnować takiej okazji. Ile osób ma taką okazję?

– Jadę!

Zarzuciłam niebieski kostium, mający chronić mnie od pyłu oraz plastikowe gogle. Kombinezon był rozerwany w wielu miejscach, ale miałam nadzieję, że nie będzie to niczemu przeszkadzać. Zacisnęłam jeszcze chustkę na nos i uszy, choć byłam przekonana, że czarny pył jeszcze przez kilka miesięcy będę znajdować w różnych dziwnych miejscach. Założyłam rękawice. W jednym palcu była wielka dziura.

 

– Siadacie na desce. O tak. – Zademonstrował przewodnik. Nogi trzymacie poza deską, a rękami sznurek. Palce stóp na siebie. Jeśli chcecie jechać szybciej, odchylacie się do tyłu. Jeśli wolniej, do przodu. Ja będę stał w połowie drogi i dawał wam znaki chorągiewkami. Gdy będziecie na dole i wszystko będzie w porządku, machacie do mnie, a ja wtedy daję znak kolejnej z was. Zrozumiałe?

Teoria łatwiejsza być nie mogła. W praktyce widziałam to w znacznie ciemniejszych kolorach, w kolorach negro.

– To, kto pierwszy?

Dziewczyny spojrzały po sobie. Grupa, która była przed nami i przygotowywała się do zjazdu nagle stała się niezwykle uprzejma i życzliwa i z galanterią zaczęła nas przepuszczać. Nikt się jakoś nie kwapił do zjazdu, decydując po cichu, że jeśli pierwsza osoba zjeżdżająca to przeżyje, to oni też pojadą.

– No dobra, to idę pierwsza – Usłyszałam swój glos i pomyślałam, że już chyba upadłam na głowę, zanim jeszcze w ogóle usiadłam na desce.

Instruktor zbiegł na dół, a ja rzuciłam moją dechę u początku toru zjazdowego i ponownie spojrzałam w dół. Pokiwałam tylko z politowaniem głową. Nad samą sobą i swoją głupotą. Miałam nadzieję, że za bardzo się nie rozpędzę, bo wykręcane na wulkanie prędkości, o których słyszałam (rekord to ponoć 89 km na godzinę) przyprawiały mnie o kolejne zawroty głowy. Ja nawet na rowerze nie wyciągnęłam nigdy więcej niż 55 km/h, bo się po prostu zawsze obawiałam takich prędkości. Po prostu cenisz swoje życie, usprawiedliwiałam się przed samą sobą. Albo jesteś tchórzem, powtarzałam innym razem.

– No to, co teraz? – Zapytałam, gdy już rozsiadłam się na desce.

– Jedziesz – odpowiedział instruktor kolejnej grupy. – Pod koniec możesz mieć wrażenie, że droga wiedzie pod kątem prostym w dół i że uderzysz głową. Nie panikuj. Tam tego nie widać, ale to jest łagodny zjazd.

Z tłukącym sercem i gulą w gardle odepchnęłam się. Deska, przypominająca mi nieco sanki z kreskówek, zaczęła sunąć gładko po piachu. Wiła się zgodnie z tym jak prowadziła trasa zjazdowa. Od pierwszego odepchnięcia, spłynął na mnie spokój. Przestałam się bać. Po prostu jechałam przed siebie z przekonaniem, że nic mi się nie stanie i że oto jadę sobie na desce z wulkanu, a wokół piękna przyroda. Byłam szczęśliwa, że pokonałam strach i odważyłam się, bo wrażenia były niesamowite. Te pół kilometra w dół, te kilka minutek jazdy miałam wrażenie, że rozciągnęły się w czasie. Jakbym jechała w zwolnionym tempie. Nie było ani strasznie, ani szybko, ani tak stromo jak mi się przedtem wydawało. Obawy odpłynęły, została sama radość.

– Bułka z masłem – rzekłam z nonszalancją, gdy wylądowałam na dole. Czułam się jakbym od urodzenia śmigała na desce po tym wulkanie.

– I było się, po co bać? – zapytał instruktor.

Zaprzeczyłam radośnie głową.

– To, co? Mogę drugi raz?

Instruktor zaśmiał się i potaknął.

Rozpierała mnie radość, energia i duma, że nie stchórzyłam. W myślach wykreśliłam z mojej listy marzeń kolejny punkt.

 

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

5
Dodaj komentarz

avatar
3 Comment threads
2 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
4 Comment authors
AnnaAgataB*Anita DemianowiczAgnieszka Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Agnieszka
Gość
Agnieszka

Anito jesteś wielka 🙂 podziwiam, podziwiam i zazdroszczę (tak pozytywnie) i mocno Cię przytulam 🙂

Agata
Gość
Agata

Widziałam zjazd z tego wulkanu niedawno u Adamantwanderer i zakochalam sie! Musze tam kiedys pojechac!!!! 🙂

Anna
Gość
Anna

… bo najwazniejsze to pokonywac swoje słabości czy strachy i isc do przodu…

error: Treść chroniona!