fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA NIKARAGUA W DRODZE

Lawa

Dusiłam się. Nie mogłam złapać tchu. Nie mogłam oddychać. Naciągnęłam bawełnianą chustkę i na wysokości ust i nosa przycisnęłam ją do twarzy, starając się oddychać tylko ustami. Wiedziałam, że oddychanie nosem jest bezpieczniejsze, ale nie chciałam czuć smrodu. Zgniłe jajka. Siarkowodór – opary wydobywające się z wulkanu Telica w Nikaragui.

To właśnie tam, po raz pierwszy zobaczyłam lawę. – I tak właściwie tu mógłby skończyć się mój post, licząc niecałe czterysta znaków, łącznie ze spacjami. No bo przecież piszę za długo, nikomu się nie chce tego czytać, świat zmierza ku obrazkom i półanalfabetyzmowi. A sedno historii i przeżyć tego dnia jest właśnie takie: ujrzenie lawy. Ale czy oto właśnie chodzi w blogu podróżniczym? Dla tych, którzy nie lubią dużo czytać, mogą zakończyć czytanie tego postu kilka zdań wyżej. Bo i ot, cała historia: lawa. Ci, którym czytanie nie wadzi, zapraszam dalej.

Nie chciało mi się iść na dwudniowy trekking. Powód był jeden. Byłam pewna, że będę się potwornie nudzić. Bo jak można iść na dwudniowy trekking na coś, co liczy zaledwie 1061 m n.p.m. Przecież to wycieczka na góra kilka godzin, myślałam. Miałam już jednak nieco dość hałasu miasta. Potrzebowałam spędzić więcej czasu na łonie natury, więc po dłuższym zastanawianiu zdecydowałam, że dwudniowy trekking, nawet, jeśli nie będzie bardzo wyczerpujący (a lubię, gdy jest), to da mi chwilę oddechu (to też czasem lubię).

Były nas cztery. Jessie świetnie znała te tereny. Co najmniej osiem razy była już na trekkingu na wulkanie Telica. Jej towarzyszka miała dopiero poznać trasę, by po kilku razach móc samej prowadzić grupy na szczyt.

Ruszyłyśmy z samego rana. Godzina jazdy autobusem, a potem kilkugodzinny marsz w górę, z licznymi przerwami na przekąski, łyk wody i pogaduchy, bo były nas w końcu cztery baby i szybko zaczęłyśmy się dobrze dogadywać.

Upał był wręcz barbarzyński. Nasze plecaki ważyły kilkanaście kilogramów. Każda z nas miała po osiem litrów wody, a oprócz tego rozdzielone sprawiedliwie jedzenie dla czterech osób na dwa dni, namioty, śpiwory, karimaty i wszystko, co potrzebne do skonstruowania bazy noclegowej. Te plecaki dawały się nam we znaki. Tu poczułam skutki mojego lenistwa. Nie miałam siły po raz kolejny wypakowywać wszystkiego z mojego plecaka, więc skorzystałam z plecaka pożyczonego: niedopasowanego dla mnie wzrostem, z nieregulowanym pasem biodrowym. No i dostałam nauczkę, bo cały ciężar zamiast dźwigać na biodrach, niosłam na ramionach.

Do stóp wulkanu dotarłyśmy już po kilku godzinach. Miałyśmy masę czasu na relaks na trawce z książką, na dalsze pogaduchy hiszpańsko-angielskie, na dzielenie się spostrzeżeniami z życia i planami na przyszłość. Myślałam, że jestem najstarsza, jak zwykle zresztą. Nie byłam jednak. Z Jessie łączył mnie nie tylko ten sam rocznik, ale też nieco podobne losy. Ona zrobiła sobie roczną przerwę w pracy, by pojeździć po świecie. Zostawiła narzeczonego w domu, w Belgii i ruszyła do Nikaragui. Zamierzała jednak powrócić do swojej pracy, choć dopuszczała różne inne możliwości.

Rozłożyłam karimatę i leżałam na niej wpatrując się w wyrastający przede mną stożek, którego szczyt skrywał się w chmurze gazów.

– Około siedemnastej ruszamy – zarządziła Jessie.

Najpierw miałyśmy jeszcze za dnia zerknąć w głąb wulkanu, by potem móc podziwiać zachód słońca nad sąsiednimi wulkanami i wzgórzami, a potem znów, już po zachodzie jeszcze raz zajrzeć w piekielną otchłań.

Byłam podekscytowana. Tak jakbym szła na spotkanie z dawno niewidzianym przyjacielem. Dławiło mnie w gardle, bo wreszcie miałam ją ujrzeć – prawdziwą lawę. Tyle już razy wspinałam się na aktywne wulkany i ciągle coś stawało na przeszkodzie. Tym razem miałam nadzieję, że tak nie będzie. – Może być różnie – Jessie studziła mój zapał. – Czasami, jeśli opary są zbyt gęste, nie widać niczego. Wiedziałam jednak, że ją zobaczę.

Im wyżej się wspinałyśmy, tym bardziej szczypało w gardle i nozdrzach. Ostry dym wdzierał się bez pardonu. Przyciskałam więc bawełniana szmatkę mocniej do ust i nosa. Oddychało się trudno. Im wyżej, tym trudniej. – Te gazy są niebezpieczne. – Tłumaczyła nasza przewodniczka. – Ponoć osiem minut to jest maksymalny czas, w którym można przebywać, będąc na nie narażonym.

Zaczynała boleć mnie głowa i przeszkadzały problemy z oddychaniem, ale byłam tu. Stałam przy krawędzi krateru, a w dole mrugało do mnie czerwone diabelskie oko. Rozpierała mnie ogromna radość. Tak, może to głupie, cieszyć się z widoku lawy. Ja cieszyłam się z kolejnego małego marzenia, które właśnie się ziściło. – Już czas na nas – zawołała Jessie. – Zbierajmy się stąd. Jeszcze wrócimy. – Głos jej nikł nieco w dźwiękach wulkanu, dławiony dodatkowo przyciskanym do ust materiałem. Ruszyłyśmy w ślad za nią. Nie wracałyśmy jednak do obozu. Sunęłyśmy na inną część wulkany, na przeciwległe zbocze, tam gdzie najlepiej podziwiało się wschód słońca. Droga usiana była kamieniami i wulkanicznymi skałami. Wciąż się potykałyśmy. Po kilkunastu metrach mogłyśmy odłożyć ochronny materiał. Znów można było oddychać swobodnie. Obejrzałam się. Wulkan tonął w oparach, które nabierały powoli ciepłej poświaty. Zbliżał się zachód.

– Mamy jeszcze piętnaście minut – rzekła Jessie. – Chcecie zobaczyć coś ciekawego? Ochoczo kiwnęłyśmy głowami. – Ok. Więc ja tu stoję i jak zachód będzie się zbliżał, to dam wam znać, a wy idźcie tędy. – Jessie wskazała nam dróżkę, prowadzącą w dół. Droga była wąska, skalista i schodziła między szczelinami. – Dojedziecie do jaskini. Wejdźcie do niej..

– Ale to coś ciekawego? – Zapytałam, bojąc się stracić choćby ułamek sekundy z zachodu, który zapowiadał się nieziemsko.

– Zobaczycie – Jessie uśmiechnęła się tajemniczo.

Nie tracąc już więcej czasu, pomknęłyśmy w tamtą stronę, przeciskając się między skałami. Stanęłyśmy u wrót jaskini i z pewną rezerwą przestąpiłyśmy jej próg. Było ciemno, ale po omacku posuwałyśmy się w jej głąb. Usłyszałyśmy dziwne piski i jakiś szelest. I w końcu naszym oczom ukazał się niesamowity widok. W głębi jaskini dziesiątki, a pewnie nawet i setki nietoperzy poruszały się w dziwnym tańcu. Widok był fascynujący. Było coś hipnotycznego w ich pląsaniu.

– Dziewczyny, wracajcie! – Usłyszałyśmy wołanie po chwili. Znak, że zachód się zbliża.

– I jak? – zapytała z uśmiechem.

– Magicznie – odpowiedziałam.

– Wiecie, nie chciałam wam tego mówić wcześniej, ale mieszkańcami tej jaskini są nie tylko nietoperze. – Ślina stanęła mi w gardle. – Kiedyś trafiliśmy tam, w trakcie obiadu węża boa. Przełknęłam ślinę. Ulżyło mi, że teraz go tam nie było.

Usiadłam na kamieniu i zapatrzyłam się w widowisko, które szykowała dla nas natura. Zachód słońca. Nad wulkanami, nad zielonymi wzgórzami. Wyglądało magicznie. Choć zachód i wschód słońca przez wielu uznawany jest za tandetny i kiczowaty, mnie każdorazowo zachwyca i ujmuje. Było pięknie, choć przez chwilę poczułam ukłucie w sercu i tęsknotę. Chciałam by mój mąż mógł ten zachód oglądać razem ze mną.

Pociemniało, a wulkaniczne gazy zrobiły się w tej ciemności bardziej widoczne. Wróciłyśmy na krawędź wulkanu, by jeszcze raz spojrzeć w jego głąb. Tym razem oprócz jednego wielkiego mrugającego oka, dało się dojrzeć kilka innych czerwonych mrugnięć. Nad nami niebo usiane jasnymi świetlistymi punkcikami, a pod stopami ziemia usiana czerwonymi wulkanicznymi.

– Chcecie jeszcze raz iść do krateru w nocy? – Zapytała Jessie. – Czasami widać jeszcze lepiej. Choć czasami też w ogóle. – Dodała po chwili.

Ciemność naszego obozowiska rozświetlił płomień ogniska. Poświęciłyśmy temu sporo czasu, ponieważ drewno było zawilgocone. Ugotowałyśmy spaghetti. Jadłyśmy spowite nocną mgłą, mieszającą się z wulkanicznymi oparami. Właściwie nie byłyśmy pewne czy to mgła, czy może już tylko opary. Miałyśmy tylko nadzieję, że to pierwsze. A może to dym z ogniska, zastanawiałyśmy się.

– Emmy, pójdziesz z dziewczynami do krateru, w porządku? – Jessie spytała swojej podopiecznej, która miała się uczyć trasy.

Emmy spojrzała na nią z powątpiewaniem. My też. Było ciemno i na dwa metry nie było nic widać. Emmy nie była entuzjastycznie nastawiona do pomysłu. W dodatku zaczęło błyskać i gdzieś w oddali dochodziły odgłosy nadchodzącej burzy.

– Pójdziecie same z Emmy? – Jessie zwróciła się do nas.

Trochę pokrzywiłyśmy nosami. Ja gubiłam się w terenie od razu i w takich ciemnościach wolałam pójść z kimś, kto miał doświadczenie.

– W razie czego was znajdę – zapewniła solennie Jessie, przerywając pełną zwątpienia chwilę.

Ruszyłyśmy prosto w mgłę i ciemność. Już po dwóch minutach od odejścia z obozu, nie miałam pojęcia gdzie jesteśmy. – Emmy, a ty wiesz?

– Jeszcze chyba tak. – odpowiedziała, ale jej głos nie brzmiał zbyt pewnie. – Tylko tej drogi na szczyt nie widzę. Chyba poszłyśmy za daleko, nie sądzicie?

Ja nie sądziłam nic, ponieważ nie miałam pojęcia, gdzie jestem.

– Na pewno chcecie iść dalej? – Zapytała.

Ja zaczynałam się obawiać, że mogłoby się to źle skończyć. Stanowczo zapuściłyśmy się już za daleko, ale nic nie było widać, więc nic dziwnego.

– To może jednak zawróćmy – Zaproponowałam.

Emmy przystała na to z ulgą. – Tylko, w którą stronę teraz? Stanęłyśmy i spojrzałyśmy na siebie. Ledwo dostrzegałyśmy swoje twarze. Ognisko, które Jessie miała utrzymywać, by w razie czego wskazywało nam drogę powrotną już dawno zniknęło. Ruszyłyśmy przed siebie. Szłyśmy i szłyśmy. Miałyśmy wrażenie, że znacznie dłużej niż poprzednio. Obozu nie było. Żadna z nas się nie odzywała, mając w cichości nadzieję, że zaraz zobaczymy jednak migający w oddali płomień. W końcu zobaczyłyśmy.

– Co tak szybko? – Jessie zdziwiła się.

– Zgubiłyśmy się już na początku – odpowiedziała Emmy. – Nie czuję się na siłach jeszcze.

– Dobra, to ja pójdę z wami. Tylko szybko, bo zbliża się burza.

Ruszyłyśmy za Jessie. Tym razem były jaśniej. Z coraz większą częstotliwością niebo rozjaśniały pioruny.

– Jezu, ja się tak boję burzy. – Panikowała Jessie.

Biegiem dotarłyśmy do krawędzi wulkanu. Gazy jednak były tak gęste, że nie było widać nawet delikatnego czerwonego cienia w głębi.

– Zawracamy! – Krzyknęła i niemal biegiem rozpoczęła powrót do obozu. Zniknęła nam z widoku, bo razem z Jenny, nie znając dobrze drogi i potykając się wciąż o skały i kamienie, zostałyśmy daleko w tyle. Nadchodziła potężna burza. Mnie też w końcu obleciał strach.

Dopadłyśmy namiotów i każda z nas szybko zapakowała się do środka. Spałyśmy po dwie. Grzmoty stawały się coraz silniejsze. Nagle usłyszałyśmy wrzask Emmy, nieco zagłuszony kolejnym grzmotem. – Skorpion! W moim plecaku!

– Dziewczyny, pamiętajcie sprawdzić rano obuwie nim włożycie nogi i przetrząsnąć plecaki – Usłyszałyśmy polecenie Jessie, a potem wrzasnęła jeszcze jak nienawidzi i boi się burzy. Jenny też panikowała. Zaczęło padać, z każdą sekundą coraz silniej. Pioruny strzelały już co chwilę. Włożyłam stopery do uszu i po chwili już spałam.

Burza, która przeszła nad nami i nad pobliskim miastem Leon, z którego zaczęłyśmy nasz trekking, okazała się jedną z silniejszych w ostatnim czasie. Pozrywała linie telefoniczne, w całym mieście następnego dnia nie działał Internet. A ja spałam jak dziecko i rano oczywiście zapomniałam sprawdzić buty, nim wcisnęłam w nie stopy. Nic się całe szczęście nie stało. A nawet jeśli by się stało, to najważniejsze, że w końcu widziałam lawę.

 

 

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

10
Dodaj komentarz

avatar
4 Comment threads
6 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
6 Comment authors
BearGirlMagdaRybakEwaB*Anita Demianowicz Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Tatiana
Gość
Tatiana

ja doczytałam do końca – bo czytam;) fajowo! mnie też się marzy zobaczyć coś takiego. co prawda, w tej samej chwili moja podświadomość z głęboką analizą i wielowątkowością podsuwa wszystkie filmy zgrozy z wulkanami i ludźmi, którzy skończyli źle:D mimo wszystko, pewnie niesamowite uczucie!!!! p.s. kocham swój plecak i nigdy z nim się nie rozstaje, zresztą darzę moich podróżniczych asystentów sentymentalnym uczuciem. z poprzednią torbą podróżną rozstałam się wiele dziur później, myśląc o wszystkich kilometrach i samolotach, które sprawdziliśmy razem:)

Ewa
Gość
Ewa

Pisz długo, ja lubię czytać 🙂
Aaaa, skorpion! Co z nim zrobiłyście?

Rybak
Gość
Rybak

Super zdjęcia, a wpis jest również bardzo ciekawy! 🙂
Będę zaglądał tutaj częściej!

Magda
Gość
Magda

Ja też doczytałam do końca, bo jak koleżanka wyżej- również czytam i przeciwstawiam się kulturze obrazkowej ;):):)

BearGirl
Gość
BearGirl

Jest nas więcej 😀

error: Content is protected !!