fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA NIKARAGUA W DRODZE

Między wulkanami

Wulkan Concepcion i Maderas Nicaragua

I wtedy objawił się przede mną ON. Serce zamarło z wrażenia, a skóra ścierpła. W oczach pojawił się zachwyt. Wpatrywałam się w niego zahipnotyzowana. Był piękny. Niewiarygodnie piękny. Wydawał się taki potężny i silny, nieokiełznany, wręcz niebezpieczny i to mnie tak bardzo w nim zachwycało. Wiedziałam, że aby go zdobyć, jestem w stanie zrobić wszystko.

***

– Czy ktoś jedzie na Ometepe? – Rzucałam raz po raz pytanie do każdego napotkanego turysty na granicy.

Słyszałam, że z granicy należy dojechać autobusem do miejscowości Rivas, a stamtąd taksówką do portu. Szukałam kogoś, z kim mogłabym podzielić koszty podróży taksówką. Każdy jednak odpowiadał mi nazwą tego samego kierunku: San Juan del Sur. Jednego z popularniejszych wśród turystów miejsca w Nikaragui, gdzie słońce świeci całymi dniami i rum i wino leje się szklankami. San Juan ma renomę imprezowej miejscówki. Wiedziałam, że raczej będę jej unikać.

– Ja jadę do Ometepe – Usłyszałam w końcu w odpowiedzi.

Młody chłopak, na oko dwudziestolatek. Na oko też nieco wystraszony.

– To może pojedziemy razem, co? Potem trzeba jechać taksówką do portu, bo nie ma tam transportu publicznego i moglibyśmy podzielić się kosztami.

Chłopak przytaknął.

Ledwo odeszliśmy od okienka po nikaraguańskiej stronie, dopadły nas dziesiątki taksówkarzy, chcący nas wieźć, gdzie sobie tylko zażyczymy, a najchętniej do San Juan del Sur, obiecując bardzo tanie przejazdy. Kilku turystów, nie wiedząc, co tracą, ruszyło za taksówkarzami. Tracili nie tylko znaczną część gotówki, ale przede wszystkim przyjemność z jazdy…chickenbusem.

– No, nareszcie! – Wykrzyknęłam z radości.

– Nina, dokąd? – wrzeszczała krótkowłoso ostrzyżona korpulentna kobieta, nosząca się niczym mężczyzna. Dżinsy, koszulka polo, czapeczka z daszkiem. Zastanawiałam się czy to ona dostosowała wizerunek do pracy cobradora (osoby, która sprzedaje bilety w chickenbusach i ładuje towar pasażerów na dach) czy pracę do wyglądu.

Kobietę w tej roli spotkałam po raz pierwszy.

– Isla Ometepe! – odkrzyknęłam.

Ruchem ręki nakazała nam ładować się do środka. Mój towarzysz wyglądał na jeszcze bardziej przestraszonego, gdy kobieta niemal wyrwała mu plecak, by załadować na dach autobusy. Nie za bardzo wiedział, co robić, jak się zachować. Ścisk w autobusie, wrzeszczący sprzedawcy mogli wprawiać w zakłopotanie tych, którzy po raz pierwszy trafili do chickenbusa. Rozglądał się przerażony, a ja wreszcie poczułam się jak w domu. To była moja pierwsza myśl. Wreszcie jazda chickenbusem, wreszcie pomocni kierowcy i ich pomocnicy, wreszcie sprzedawcy napojów i owoców w autobusach.

– To moja pierwsza podróż – wyznał potem Michael.

Faktycznie nie myliłam się co do wieku. Miał dwadzieścia lat i po wizycie w tzw. gringolandiach, jakimi są Panama i Kostaryka, Nikaragua mogła być dla niego szokiem, zwłaszcza szalona jazda chickenbusem, która zawsze za pierwszym razem dla każdego jest dużym przeżyciem.

Na wyspę Ometepe płynęliśmy promem. Ale prom, to nie taki prom, jaki przychodzi od razu na myśl. Nie taki, jakim płynie się choćby z Gdańska do Sztokholmu. To raczej duża barka, do której woda wlewa się strumieniami przy każdym większym zderzeniu z falą. Wyszłam na zewnątrz. O mały włos wylądowałabym twarzą na niebieskiej podłodze tuż przy dziobie. Mokra posadzka, obmywana raz po raz falami, w połączeniu z moimi japonkami to była niemal zbrodnia doskonała. Szybkim ruchem wskoczyłam na schodki prowadzące na wyższe piętro, uskakując przed kolejna porcją wody z chlupotem wpadającą do barki. I wtedy objawił się przede mną ON. Serce zamarło z wrażenia, a skóra ścierpła. W oczach pojawił się zachwyt. Wpatrywałam się w niego jak zahipnotyzowana. Był piękny. Niewiarygodnie piękny. Wydawał się taki potężny i silny, nieokiełznany, wręcz niebezpieczny i to mnie tak bardzo w nim zachwycało – wulkan Concepcion.

„Promocja! Wejście na Concepcion z przewodnikiem tylko 12 dolarów” głosił napis przy jednej z agencji turystycznych. Agencja turystyczna to jednak zbyt dumna nazwa jak na drewniany blat stojący na dwóch palach z niewielki zadaszeniem od góry. Kilka wyblakłych ulotek i wydrukowanych na domowej drukarce broszur hotelowych. Właściciel w osobie młodego, dwudziestoparoletniego chłopaka budził jednak zaufanie. Był spokojny, rzeczowy i sympatyczny.

– Widzimy się jutro o szóstej rano – powiedział Johnatan.

Mieliśmy iść tylko we dwójkę. Innych chętnych nie było. Punkt szósta stałam przed drewnianą chatą, nawołując mojego przewodnika. Pojawił się po dziesięciu minutach.

– Co tak wcześnie? – Zapytał. – Czekamy jeszcze na trójkę. Będą o siódmej. – Oznajmił jakby to była najoczywistsza rzecz na świecie.

Niewyspana część mnie, która mogła godzinę dłużej pospać, gdyby tylko wiedziała, że ma taką możliwość, była zła.

– A czemu nie powiedziałeś tego wczoraj? – Zapytałam najspokojniej jak potrafiłam, wiedząc, że choć nie jestem już w Kostaryce, w której obowiązuje ticotime*, to reguły gry i podejście do czasu nie za bardzo się zmieniły. nicotime też miał się całkiem nieźle.**

 – Nie mówiłem? Jestem pewny, że tak. No nic i tak musimy czekać.

Nauczyłam się sporo cierpliwości w drodze. Nie wyprowadzały mnie już z równowagi tak, jak w zeszłym roku, spóźniające się autobusy, czy pojazdy poruszające się z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i robiące postoje, co pięć minut, tudzież kierowcy autobusów, którzy robili sobie przerwy na pogaduszki rodzinne czy wizytę u mechanika. Do wszystkiego podchodziłam ze spokojem, ale zabranie mi godziny snu nieco mnie wkurzyło. I pojawiła się lampka ostrzegawcza, że może jednak mój przewodnik wcale nie jest tak odpowiedzialny jak mi się wydawało.

Wulkan Concepcion nie jest wysoki. To zaledwie 1700 m n.p.m. Zastanawiało mnie więc cały czas jakim cudem wejście i zejście z niego ma nam zając osiem do dziesięciu godzin, zgodnie z tym, co oznajmił Johnatan a wcześniej też drukowany przewodnik. Na wulkan Santa Maria w Gwatemali, mierzący 3740 m n.p.m. wspinaliśmy się i schodziliśmy w takim właśnie czasie.

– No bo jest trudno – słyszałam w odpowiedzi.

Takie wypowiedzi traktuję z przymrużeniem oka. Zawsze słyszę, że jest trudno, że to dużo czasu zajmuje itd. A rzeczywistość zwykle nie pokrywa się z wypowiedziami. Tym razem było inaczej. Droga w górę była bardzo stroma i usiana tysiącami kamieni wulkanicznych, które utrudniały wspinanie. Krok w górę, dwa w dół i tak niemal na okrągło. Szukałam tych tkwiących bardziej w ziemi, nieześlizgujących się, by zaczepić się o nie butami, które idealnie nadawały się do łażenie po skałach i wielokrotnie uratowały mnie przed upadkiem (przy okazji dziękuję firmie Salewa). Po dwóch godzinach miałam dość. Jak zwykle przy takiej okazji myślałam o tym, co będzie przy zejściu. Byłam pewna, że jeśli nikt się nie połamie, to będzie można mówić o cudzie. Pierwszy raz przez moją głowę przebiegła też myśl, że włażenie na ten wulkan, czy prowadzenie na niego ludzi jest nieodpowiedzialne. Było naprawdę stromo i ślisko i jeden nieostrożny ruch mógł się dla kogoś źle skończyć. Miałam nadzieję, że nie będę to ja.

Nasz przewodnik sunął w górę, nieoglądając się specjalnie na nikogo. Zasuwał w tych swoich szmacianych podziurawionych półbucikach. Zawsze mnie to zachwycało: poruszający się z prędkością niemal światła i zwinnością przewodnik w klapkach, plażowych spodenkach lub dżinsach i tłum turystów w całym rynsztunku turystycznym, w ciuchach najlepszych firm turystycznych i obuwiu najwyższej klasy ledwie zipiący i z trudem łapiący oddech. Ten jednak przewodnik aż tak mnie nie bawił. W grupie było słabsze ogniwo, o które on powinien zadbać i zwrócić uwagę, a tymczasem parł w górę, nie oglądając się za siebie. Było widać, że chce mieć to już za sobą.

– Wczoraj poszedłem na imprezę. I trochę za dużo wypiłem. Spałem tylko dwie godziny – wyznał na którymś postoju i zaraz po słowach z jego ust wypłynęło przeciągłe chrapanie.

I tak już było, co przerwę. Gdy tylko się zatrzymywaliśmy na chwilę, przewodnik „ucinał komara”. Nawet nie musiał siadać, potrafił przysnąć na stojąco. A że „słabsze ogniwo” naprawdę szło bardzo wolno i wciąż musieliśmy na nią czekać, Johnatan miał wiele okazji do snu. Jego zapewnienia z dnia poprzedniego ileż to ciekawych rzeczy mi opowie o wulkanie i mieszkańcach lasu nie ujrzały światła dziennego.

Wulkan mnie rozczarował. Stanowczo lepiej prezentował się z dołu niż z góry i z drogi na jego szczyt. Droga była mozolna, a las i widoki nie były wcale aż tak zachwycające. Na szczycie nie dało się zobaczyć niczego. Skąpany był we mgle. Cóż, prawda, że nie wygląd zewnętrzny jest najważniejszy potwierdził się w tym przypadku. Wulkan oczarował mnie swoim wyglądem i niezwykle pociągał, ale poza tym nie miał wiele do zaoferowania. W życiu często chyba tak już bywa.

Właściwie na Isla Ometepe wulkany są dwa – Maderas i Concepcion. Oba aktywne. Wszędzie można natknąć się na znaki ostrzegawcze i informujące o drogach ewakuacyjnych w razie wybuchu wulkanu. Jakich drogach ewakuacyjnych!!!, w głowie huczało pytanie. Przecież wszędzie wokół jest woda. A w tej wodzie na dodatek podobno mieszkają krokodyle. Zalana lawą czy zjedzona żywcem przez krokodyla. Wybór nie byłby łatwy.

– I wy się tak nie boicie tu mieszkać? – Zapytałam jednego z pracowników hostelu – Saula, który jako jedyny pracował w przybytku, w którym mieszkałam. Codziennie rano przygotowywał kawę i gdy wracałam z porannego biegania już od progu informował mnie, że świeża kawa jest zaparzona. Czasem przynosił mango do śniadania, widząc jak codziennie rano szukam dobrych owoców pod wielkim drzewem, stojącym pośrodku hotelowego ogrodu.

– Te są dobre. te zjedz. – mówił, podsuwając, co lepsze okazy.

Nie oponowałam. Rzadko ma się okazję mieszkać tuż przy ogrodzie pełnym moich ukochanych mango.

Hotel nie był typowym hotelem. Rzadko w hotelu oprócz mangowych drzew, można natrafić na dormitoria. W tym akurat były. W dormitorium przez cały mój pobyt byłam sama, bo nikt z przyjezdnych nie pomyślałby właśnie, że w hotelu można natrafić na wieloosobowe sale. Pracowały w nim trzy osoby. To znaczy ze trzy były zatrudnione, ale pracą „hańbił się” tylko Saul. Reszta siedziała cały dzień przed komputerem albo w fotelu paląc papierosa za papierosem. Szef – obcokrajowiec nie przebywał w swoim przybytku zbyt często. Pracownicy sami sobie więc szefowali tak, jak było im wygodnie.

Miasteczko Moyogalpa, w którym się zatrzymałam składało się właściwie z dwóch padających pod kątem prostym ulic głównych i kościółka z parkiem centralnym u ich szczytu. Jeden supermarket, kilka sklepików z warzywami i owocami, sklepiki z pamiątkami i port. Wielu turystów z Moyogalpa rozjeżdżało się po kilku innych miejscowościach na wyspie, gdzie nie brakowało ofert hotelowych i hostelowych. Nad miasteczkiem niepodzielnie królował wulkan Concepcion. Wulkan Maderas rządził w innej części wyspy.

Życie na wyspie toczy się leniwie, powoli. Powoli też toczą się po drodze chickenbusy, które trasę około sześćdziesięciu kilometrów przemierzają w niemal półtorej godziny. Szybciej można objechać chyba wyspę rowerem. Wielu z tej opcji korzysta. Na Ometepe niewiele się dzieje. Nie przeszkadza to jednak tłumom turystów zjeżdżać tu każdego dnia i wtapiać się w to powolne niespieszne życie. Może właśnie dlatego, że ma się wrażenie, iż czas tam prawie nie istnieje. Wyspa Ometepe uczy niespieszenia się, zatrzymania się w miejscu, spojrzenia przed siebie, zamyślenia, odetchnięcia. I mimo braku „dziania się” sprawia, że trudno z niej wyjechać. Ja spędziłam tam tydzień i nie mogę powiedzieć że się nudziłam.

*mieszkańcy Kostaryki sami siebie nazywają Ticos, stąd nazwa ticotime, czyli niespiesznego i nieliczącego się specjalnie z czasem sposobu bycia

** Mieszkańcy Nikaragui zwani są zaś Nicos

 

0 0 vote
Article Rating

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Subscribe
Powiadom o
guest
8 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Ewelina Domańska

Anitaaaaaaaaaaa,
przyjedź w Tatry, to się pozachwycasz!!! 😀 😀
Tylko poza sezonem, oczywiście 😉

Wulkan wydawał się niesamowity, ale jednak, aby były widoki musi byc więcej gór 😉

Chociaż, pomimo moich wspaniaych gór, takim niespiesznym tygodniem na wyspie bym nie pogardziła.

EM

poczytuje Twojego bloga od jakiegoś czasu i wciąż mam wrażenie, że jakoś tak patrzysz na te wszystkie miejsca nieco negatywnie, zawsze coś na nie, podczas czytana pierwszych postów wciągnęłam się ale z każdym kolejnym było tylko gorzej, to nagromadzenie negatywnych odczuć do końca zniechęciło mnie do Twojego bloga
pozdrawiam i życzę więcej radości! 😉

Dominika

No proszę..! Co ja tu widzę! 😀
Ometepe… No i Polka w Nikaragui 🙂

Szkoda, że nie dałyśmy rady się spotkać: )

Ja akurat mieszkam w Masai. 🙂

Może będziesz kiedyś znów w Nica to mogłybyśmy się spotkać : ))

Pozdrowienia.. : )

Pedro

Post stary, ale jesdnak należy się jedno małe sprostowanie dla podróżujących w te strony. Transport publiczny z Rivas do portu jest i kosztuje 8 Cordob czyli nie całą złotówkę! Najlepsze miejsce do przesiadki to La rotonda w Ribvas. Taksówka z Rivas do portu kosztuje 20 cordob czyli 2 złote – co tu dzielić???? Z granicy do Rivas (36 kilometrów) kursuje Diablo Rojo, czyli autobus. Koszt bodajże 16 kordob czyli pi razy oko 1,5 PLN. . Taksówki z granicy do Rivas biorą tylko niezorientowani i aroganccy Amerykanie, którzy w ogóle moim zdaniem psują zarówno miejscowych swoją kasą jak i opinię o turystach i z którymi tutaj niewielu chce mieć w ogóle do czynienia. Nie kumam o co chodzi z tym dzieleniem kosztów. Żeby nie było, mieszkam w Rivas, więc wiem co mówię.

Lukasz

Czesc. Lukasz z tej strony. Bylem w Nicaragua przez 3 miesiace zaraz po wizycie Kostaryki. Na ometepe zostalem ponad miesiac. Udalo mi sie zdobyc maderas, wyglada banalnie a jednak droga na szczyt taka nie byla. Zakochalem sie w tym kraju a szczegolnie w tej wyspie! Ometepe pomimo wielu innych miejsc ktore udalo mi sie zobaczyc pozostaje na pierwszym miejscu! Swietnie zobaczyc i pocyztac o kims kto znalazl to miejsce jako rownie wyjatkowe!

Ciekawy blog!

@solovagant.

Lukasz

trackback

[…] szczyty wulkanów na Ometepe są dostępne dla turystów (TUTAJ przeczytacie o trekkingu na Concepción. Można je zdobyć samemu lub wykupić wycieczkę (wszyscy […]