fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA KOSTARYKA

Ludzie, nie miejsca

„Anita, w Kostaryce mieszka mój dobry znajomy z coachsurfingu Isaac. Możesz do niego napisać i powołać się na mnie. On jest fotografem i bardzo ciekawym człowiekiem, mieszka w San Jose.” – Przeczytałam w mailu i od razu pomyślałam: „dlaczego by nie?” W końcu za kilka dni właśnie do San Jose się wybierałam.*

***

– To tu jest tak bezpiecznie, że można nie zamykać samochodu i zostawić z otwartymi szybami?! – Zdziwiłam się niepomiernie.

Wiedziałam, że w Kostaryce jest bezpiecznie. O wiele bezpieczniej niż w innych krajach Ameryki Środkowej, ale równie dużo słyszałam o okolicach dworca, na którym wysiadłam. I tu raczej o bezpieczeństwie mowy być nie mogło. No, może jeszcze o tej porze tak, ale gdy się ściemniało, najlepszą radą było znalezienie się od terminalu coca-cola jak najdalej.

– Myślałem, że tylko cię odbiorę i już odjeżdżamy – odrzekł Isaac, siłując się z moim plecakiem, który nie chciał wleźć do bagażnika.

– Panie Kierowniku, pilnowaliśmy! – Rzucili w stronę Isaaca kilkunastoletni chłopcy w mocno już wysłużonych ubraniach.

A może wcale nie powiedzieli „panie kierowniku”, tylko mi się tak jakoś skojarzyło z naszymi „żulkami”, pomagającymi parkować samochody i strzeżącymi pilnie ich nienaruszalności. Byłam zbyt zmęczona prawie dziesięciogodzinnym gnieżdżeniem się w autobusie i jak zwykle mocno porannym zerwaniem się z łóżka. Isaac nawet nie spojrzał w stronę chłopaków, tylko wskoczył do samochodu i już grzaliśmy w stronę mojego nowego tymczasowego domu.

Rodzina mojego nowego hosta mieszkała na obrzeżach miasta. Do centrum autobusem mogłam dojechać w około czterdzieści minut. Nie miało to znaczenia, bo gdziekolwiek bym nie zamieszkała, wszędzie miałabym daleko do centrum. A do centrum wcale aż tak bardzo mnie nie ciągnęło. Bardziej interesowała mnie atmosfera panująca w domu fotografa i poznanie jego całej rodziny. Od żony i dzieci począwszy, poprzez dziadków, rodzeństwo, bliskich i dalekich kuzynów, wujków, dzieci wujków i cioć itd. itp. Poznawałam ich po kolei i każda rozmowa zaczynała się właściwie od pochwał jak to ja świetnie mówię po hiszpańsku i od moich tłumaczeń, że wcale nie, że brakuje mi bardzo dużo do tej świetności. Nie mniej jednak w dobie masy turystów anglojęzycznych, którzy angielski uważają za jedyny słuszny język służący do międzykulturowego porozumiewania się, osoba jakkolwiek mówiąca po hiszpańsku, choćby popełniająca największe błędy, ale jednak próbująca w tymże języku się porozumiewać, uznawana była od razu niemal za wirtuoza słowa. W końcu dałam za wygraną i postanowiłam się już w tej kwestii nie sprzeczać. A niech tam! Niech choć raz jakimś wirtuozem słowa będę.

Poczułam się jak w prawdziwej rodzinie. Sobotnie spotkanie wśród znajomych, dyskutujących o dopiero co odbytych wyborach prezydenckich i dyskusje o tym, kto gdzie był i jakie części Kostaryki wizytował (oprócz Isaaca, byłam jedyną osobą, która odwiedziła najwięcej miejsc w Kostaryce, mimo, że przebywałam w niej zaledwie od tygodnia). Niedzielny wieczór z dziadkami przy słodkiej kawie z mlekiem, pipą (sok z kokosa) i ciastkami z kukurydzy z kwaśną śmietaną. Poznawanie kraju od tej najlepszej strony, od środka, od ludzi. Pierwsza podróż wiele mnie nauczyła. Przede wszystkim powodów, dla których się podróżuje. Nie po to, by zobaczyć kolejną świątynię czy zabytkowy kościół, ale po to, by poznać ludzi w danym kraju mieszkających. Dla mnie to najlepsza droga na poznanie odwiedzanego kraju. Poprzez pryzmat jego mieszkańców, nauczenie się patrzenia na kraj ich oczami. Pryzmat zabytkowych budynków, muzeów i „highlitów” za bardzo przekłamuje, zbytnio zniekształca rzeczywistość, a może właściwie nigdy nie pokazuje prawdziwego jej oblicza?

Dlatego na wulkan Irazu wybrałam się w towarzystwie chłopaka z couchsurfingu. Dwa w jednym. Wejść na wulkan (co wcale trudne nie było) i słuchanie o Kostaryce. Marcelo jest nauczycielem niepełnosprawnych dzieci. Studiuje logopedię i pasjonuje go pomaganie innym, praca z dziećmi. Ale jest też grotołazem, uwielbia górską jazdę rowerową i wszelkie aktywności fizyczne. Byłam dopiero drugą osobą z couchsurfingu, z którą się spotkał. Zaproponował pokazanie ciekawych miejsc w stolicy i w jej okolicach oraz zgłębienie historii miasta i kraju. Słowa dotrzymał.

– Jeśli masz ochotę to jutro wybieram się na wulkan Poas z jednym chłopakiem z couchsurfingu i koleżanką z Polski – Rzuciłam Marcelo propozycję po tym jak wróciliśmy z Irazu, który mnie rozczarował.

To nie było zdobywanie wulkanu, wielogodzinne trudne wspinanie się w górę, z potem na czole i łapaniem haustów powietrza, które drażniły gardło. To było niemal wjechanie samochodem na sam szczyt. To jakby wniesienie na szczyt ośmiotysięcznika. Niby zdobyty, ale …jakoś tak bez sensu. Dla mnie najważniejszy był trud wspinania się na szczyt i potem ujrzenie pięknego widoku. Taka nagroda. A nagroda bez wysiłku wcale nie cieszy, a przynajmniej nie mnie. Zresztą widoku i tak właściwie nie było żadnego. Wszystko tonęło w oparach z fumaroli i mgle.

A no tak! Koleżanka z Polski, zapytacie. Kto? Skąd i jak?

Karolinę poznałam na jednej z prezentacji, podczas której opowiadałam o swojej pierwszej podróży do Ameryki Środkowej. Po prezentacji zaczepiła mnie, nieco przestraszona. Planowała wyjazd do Kostaryki. Nie miała wówczas pojęcia na jak długo i dopytywała się niemal o każdy szczegół. Wszystko było dla niej nowe i chciała na wszystko być przygotowana. Przestraszone wyjazdem młoda dziewczyna w ciągu zaledwie niecałych dwóch miesięcy od przyjazdu do Kostaryki zmieniła się nie do poznania. Gdy spotkałyśmy się mijały właśnie dwa miesiące od rozpoczęcia jej pobytu w Ameryce Środkowej. W jej oczach nie byłam w stanie już dostrzec strachu i obaw. Pewna siebie, „stara wyjadaczka”, która podróżuje stopem, śpi u ludzi poznanych na ulicy i chłonie świat całą sobą. Byłam pod wrażeniem.

– Dobra, to idę z wami. – Marcelo za długo się nie zastanawiał, choć musiał wstać dużo wcześniej niż nasza trójka.

Z Karoliną przeniosłyśmy się bowiem do miasta Grecia de Alajuela, w której mieszkał Bryan, nasz kolejny couch. Ponieważ nie chcieliśmy sobie ułatwiać podróży, postanowiliśmy na wulkan dostać się pieszo, a nie jak większość autobusem lub samochodem. W tym celu mieliśmy pokonać około 25 km i z Alajueli ruszyć o 5 rano. Marcelo musiał dojechać z San Jose i wstać około trzeciej nad ranem.

No tak, ale zanim dojechałyśmy z Karoliną do Alajueli…

– To jak się umawiamy? – Spytałam Karolinę z samego rana przez telefon.

– No nie wiem… – odpowiedziała jeszcze zaspanym głosem.

– No to może o 11 na dworcu Coca-cola. Stamtąd ponoć jest blisko do terminalu, z którego odjeżdżają autobusy do Gracias. Poszukamy razem, ok?

– O 11. Tak.

– Tylko Karolina jak nie będzie cię do 12, to dzwonię.

– Jasne – odpowiedziała.

Punkt 11 byłam na dworcu. Stanęłam w centralnym punkcie tak, by Karolina niezależnie, od której strony by przyszła, od razu mnie widziała. O 11.30 poszłam szukać budki telefonicznej. Wrzuciłam jedną monetę, potem drugą. W telefonie głucho. Głupi telefon, zaklęłam cicho pod nosem, będąc przekonana, że jest zepsuty i jedynie pożarł mi pieniądze. Wróciłam na miejsce. O 11.45 stwierdziłam, że chyba te dwa miesiące sprawiły, że Karolina na dobre zaczęła żyć według latynoskiego czasu. Tutaj 11 może być równie dobrze 12 jak i 13. Jak wyjaśnili nam Bryan i Marcelo znaczenie słowa „ahorita” (zdrobnienie od ahora, czyli teraz, już.)

– Jeśli ktoś mówi ci żebyś coś zrobił. Odpowiadasz ahorita i np. nigdy tego nie robisz. Albo ktoś prosi, żebyś przyszedł i mówisz: „ahorita voy” (już idę) i nigdy nie idziesz. Znaczenie tego słowa pozostaje dla nas wszystkich zagadką. – Chłopcy zaśmiali się tubalnie po prezentacji latynoskiej mentalności i sposobu postrzegania czasu.

Coś w tym było, co mówili.

– Przepraszam panią bardzo. – Zwróciłam się do młodej kobiety, pracującej w sklepie z telefonami tuż naprzeciwko miejsca, w którym od godziny czekałam. – Czekam na koleżankę. Umówiłyśmy się tu o 11. Dzwoniłam z budki, ale chyba nie działa. Czy może mogłaby pani z komórki zadzwonić pod ten numer – Podałam kobiecie kartkę z cyframi. – Zapłacę.

Kobieta wzięła kartkę i wykręciła numer. – Głucho. Odpowiada sekretarka, że nie ma takiego numeru.

– Jak to nie ma?! – Krzyknęłam. – Jeszcze dziś rano rozmawiałam z nią.

Kobieta wykręciła numer jeszcze raz. Sytuacja się powtórzyła

– Może coś źle zapisałam. Czy mogę skorzystać z Internetu?

Kobieta pożyczyła mi swój telefon. Porównałam numer z tym, który miałam od Karoliny w mailu. Wszystko się zgadzało. Ale telefon Karoliny milczał. Najpierw zaczęłam być zła. Od godziny umierałam z upału na śmierdzącym dworcu, a Karolina jaja sobie robi, myślałam. Potem zaczęłam się martwić, że może coś się jej stało, bo rano przecież rozmawiałyśmy, a nagle nie pojawia się, telefon milczy.

– A dlaczego Pani nie kupi sobie karty? – Zapytała kobieta. – To tylko 3-4 dolary i ma pani sporo minut na rozmowy, smsy i Internet.

Okazało się to banalnie proste. Oprócz tego, że kobieta musiała zadzwonić do jakiegoś urzędu, podać moje dane paszportowe i oznajmić, że jestem turystka i kupuję kartę do telefonu oraz kierunek, w którym potem zmierzam. Telefon Karoliny uparcie jednak milczał. Wysłałam kilka wiadomości przez Facebook, smsów. W końcu około 12.30 postanowiłam ruszyć do Bryana sama.

Do Gracias droga nie była daleka. Godzina jazdy. Kierowca jak zwykle, mimo próśb i obietnic, że na pewno wysadzi mnie tam, gdzie potrzebuję, nie wysadził mnie (to nie to, co w chickenbusach). Z Bryan’em szybko znaleźliśmy nić porozumienia. Wychowany właściwie wśród obcokrajowców, kulturowo był bardziej niczym Europejczyk niż mieszkaniec Ameryki Środkowej. Bez przeszkód mogłam więc z nim rozmawiać, nie obawiając się, że coś zostanie zrozumiane na opak. Po godzinie miałam wrażenie, że jesteśmy przyjaciółmi od lat. To niesamowite, gdy spotyka się takich ludzi. Po godzinie też mój telefon nagle rozdzwonił się. Na ekranie wyświetlił się obcy numer.

– Nawet nic nie mów – Usłyszałam w słuchawce polskie słowa. – Gdzie jesteś?

– No jak to gdzie. W Gracias u Bryana. A Ty?

– W San Jose.

– Czekałam na ciebie półtorej godziny – powiedziałam z wyrzutem.

– Ja na ciebie też. Od 11 do 12.30. – odpowiedziała Karolina.

– Jak to?! Przecież to niemożliwe. Stałam w takim miejscu, że nie było sposobu by mnie przegapić. Przecież terminal coca-coli nie jest taki duży.

– Ale ja czekałam na ciebie na terminalu Alajueli – odrzekła.

– Co? Przecież my nie jechałyśmy do Alajueli i umawiałyśmy się na terminalu coca-coli!

Dalsza rozmowa na ten temat była bezsensowna. Niby rozmawiałyśmy po polsku, a i tak się nie dogadałyśmy. Może za dużo czasu spędzałyśmy na rozmowach w języku hiszpańskim i nieco straciłyśmy na umiejętnościach porozumienia się w ojczystym języku.

– No to już jadę. Po półtorej godzinie znów znaleźliśmy się z Bryanem na dworcu.

Miło było dla odmiany porozmawiać w języku polskim, choć Bryan ciągle nas napominał, że nie ma gadania po polsku, bo on nic nie rozumie. Gdy tylko na chwilę zostawałyśmy same, paplałyśmy, ile się da. I poczułam, że choć lubię podróżować sama, to fajnie czasem popodróżować z kimś, bo wiele obowiązków, zobowiązań rozkłada się na dwie osoby. No i fajnie po prostu czasem pogadać w ojczystym języku lub w tym ojczystym języku po prostu pomilczeć.

Kolejny dzień z rzędu pobudka o czwartej rano. Mocna kawa, płatki z jogurtem i ruszamy. Droga do Parku Narodowego Wulkan Poas wiodła nas szutrem, a potem prywatnymi terenami, na które aby się dostać, musieliśmy przechodzić przez siatki, udając że nie dostrzegamy znaków z napisem „Posiadłość prywatna. Zakaz wstępu”. Wędrówka nie była trudna, ale przynajmniej osładzała brak widoków na wulkanie.

– Chyba nie da się oszukać, że jestem stąd, co? – Zapytałam chłopaków.

Spojrzeli na moje włosy i pokręcili głowami.

– Jeszcze Karolina wygląda jak miejscowa, ale na ciebie nie dadzą się nabrać.

Bilety na wulkan w Kostaryce kosztują 10 dolarów dla obcokrajowców i tylko 2 dolary dla miejscowych. Ja rozumiem, że musi być drogo, ale dlaczego aż taka kolosalna różnica w cenie? W dodatku park otwierają dopiero o 8. Bardzo późno, zwłaszcza, jeśli chodzi o widoczność na wulkanach. Im wcześniej się jest, tym większa szansa, że nie wszystko będzie spowite mgłą. Sprzedają więc te bilety turystom za 10 dolarów, wiedząc, że i tak nic nie zobaczą.

– Na dziesięć moich wizyt na wulkanie, tylko trzy razy mogłem coś zobaczyć – powiedział Bryan.

Tym razem znów był ten raz, gdzie nie było widać nic. W dodatku zaczęło padać. Czekaliśmy godzinę. Poszłam zrobić rundkę po lesie, by zobaczyć lagunę, której też nie było widać.

– Niezła rozrywka. 10 dolców, żeby zobaczyć mgłę. Kurczę, w Polsce mogę mieć to za darmo – powiedziałam rozżalona.

Widziałam wulkan Poas na zdjęciach i wyglądał fantastycznie. Przypominał mi nieco wulkan Santa Ana z Salwadoru. Nie tylko ja byłam rozczarowana. Karolina po raz drugi przyjechała, by zobaczyć mgłę. Reszta turystów fotografowała się albo na tle mgły, albo na tle zdjęcia wulkanu, które stało na punkcie widokowym. Niezła pamiątka!

Cieszyłam się jednak, że chociaż trekking był, który ratował sytuację. I fajne towarzystwo. W końcu jak napisałam wcześniej: nie miejsca w podróży są najważniejsze, ale ludzie, których w tej podróży spotykamy.

Dziękuję p. Marii za namiary. Karolinie, Marcelo i Bryanowi za fajny czas.

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

3
Dodaj komentarz

avatar
2 Comment threads
1 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
3 Comment authors
B*Anita DemianowiczkanoklikMonika Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Monika
Gość
Monika

Tym razem mogę się podpisać w 100% pod tym co piszesz: i w kwestii poznawania ludzi, umawiania się (i gubienia), umiejętności w dogadywaniu po hiszpańsku, rozczarowania mgłą, która zakrywa widoki (przydarza mi się to niestety często 😀 ), przydatności kart telefonicznych….

Co do spotkanych po drodze ludzi: właśnie się zastanawiam czy mojej fantastycznej kolumbijskiej koleżance (którą poznałam trzy lata temu), uda się kupić niedrogi bilet, żeby się chociaż na chwilę do mnei przyłączyć…

kanoklik
Gość
kanoklik

Zgadzam się z Tobą w 100 % Właśnie z tego powodu często używam couchsurfingu. Tą drogą można poznać tak wielu niesamowitych ludzi. Podobnie z autostopem, mam same dobre wspomnienia i mnóstwo wspaniałaych znajomych poznanych przypadkiem.
Co do szukania się ze znajomym. Mam podobną historię z Nepalu. W połowie drogi miał do mnie dołączyć kolega. Znależliśmy się po 2 dniach 🙂 ka