AMERYKA ŚRODKOWA PANAMA W DRODZE

Panama – niełatwo się tu dostać

Panama wiezowce

Panama wieżowce

– Gdzie pani się zatrzyma? – zapytała urzędniczka, nie obdarzając mnie nawet cieniem uśmiechu.

– Napisałam przecież – odpowiedziałam drżącym głosem.

Drżenie wywołane było tonem głosu i groźnym spojrzenie mundurowej.

– Calle Cadiz.

– Nie znam – rzekła sucho. – Gdzie to?

– W Panamie – odpowiedziałam z coraz większym powątpiewaniem.

Urzędniczka pokiwała głową, wyrażając tym ruchem swoje podejrzenia, że coś kręcę. – Co to za hostel?

 – To nie hostel. Jadę do znajomych?

– Musi Pani podać dokładny adres: ulica, dzielnica, numer, nazwisko. Jeśli nie poda pani, nie będę mogła wpuścić do kraju. – Zagroziła.

Drżącą dłonią zaczęłam wywracać mój pękaty plecak „do góry nogami”. W końcu znalazłam notatki z adresem. Całe szczęście zapisałam sobie wszystko dokładnie. Coś mi podpowiedziało, żebym to zrobiła. Zwykle zapominam o takich drobiazgach. Dłonie mi tak dygotały, że nie mogłam odszukać właściwej strony. Ludzie z kolejki patrzyli na mnie ze zniecierpliwienie. W końcu podałam adres. Urzędniczka przyjrzała się.

– To na pewno w Panamie? – Zapytała podejrzliwie. – Nie znam. Gdzie to?

A skąd ja mam wiedzieć gdzie to, pomyślałam, skoro nigdy nie byłam w Panamie? – Niedaleko. Jakieś piętnaście minut samochodem stąd – odpowiedziałam, przypominając sobie, co pisał mój potencjalny host.

Po dłuższym zastanawianiu w końcu przepisała adres i wbiła pieczątkę.

– Miłego pobytu – rzekła na odchodnym.

***

Na zewnątrz stał tłum ludzi. Jedni witali się z przybyłymi właśnie bliskimi, inni wznosili wyżej karteczki z imionami, oczekując jeszcze na swoich gości. Mojego imienia nigdzie nie mogłam dojrzeć. Spojrzałam na zegarek. Samolot według pierwotnych wytycznych miał przylecieć godzinę temu. Ale skoro zmienił się i numer i godzina wylotu, to i musiało się pomieszać wszystko w przylocie. W dodatku długie oczekiwanie bagażu i problemy z urzędnikami, długie kolejki i zamiast o 15.30, stawiłam się przy wejściu o 17. Krążyłam wśród ludzi, wgapiając się w trzymane przez nich kartoniki jakby coś miało się zmienić pod wpływem mojego wpatrywania się w nie. Nic się jednak nie zmieniało.

Wyszłam na zewnątrz. Uderzenie fali gorącego powietrza wcisnęło mnie z powrotem do środka. Podobnie jak i krzyki taksówkarzy, od których musiałam opędzać się niczym od komarów. Repelentów na komary kupiłam wystarczająco. Na taksówkarzy nie miałam jednak nic. Wróciłam do środka, ale na kartonikach wciąż tkwiły nazwiska i imiona do mojego niepodobne.

Po pół godzinie czekania zdecydowałam się zaczepić jedną z kobiet, czekającą na kogoś przy wyjściu, prosząc o zadzwonienie pod numer, który miał należeć do mojego hosta Juana. Najpierw w ruch poszedł jeden numer telefonu. Nikt nie odbierał. Spróbowała na drugi, stacjonarny, do biura. Znów cisza. Kobieta jednak nie poddawała się. Chciała mi pomóc. Kolejne próby na nic się jednak zdały. Nie bardzo wiedziałam, co mam ze sobą zrobić. Nie miałam zarezerwowanego hostelu, a taksówkarze liczyli sobie krocie. Robiło się już coraz później i niedługo miało się zacząć ściemniać. Autobusem nie miałam jak dojechać, bo nie miałam specjalnej karty, którą się doładowuje i która spełnia rolę biletu. Takiej karty na lotnisku kupić nie można. Cwaniaki. Dają zarobić taksówkarzom. Co zrobić. Popytałam ludzi, ale nikt nie mógł mi takiej karty sprzedać. Wróciłam do wyjścia dla pasażerów, żeby znów sprawdzić czy jakimś cudem nie pojawiła się gdzieś w tłumie karteczka z moim imieniem. Bez zmian. Po raz kolejny wyszłam na zewnątrz, mając nadzieję, że może w końcu natknę się na Juana. Znów naskoczył na mnie tłum taksówkarzy. Przepychali się jeden przez drugiego. Udawałam, że nie rozumiem w żadnym języku, w którym się do mnie zwracali. Gdy jednak wciąż nie mogłam dojrzeć nikogo, kto mógłby być potencjalnym Juanem, nagle przypomniałam sobie obce języki.

– Do centrum? – Zapytał jeden z taksówkarzy.

– Czekam na znajomych – odpowiedziałam. – Mieli mnie odebrać, ale nie mogę ich znaleźć. I dodzwonić się też nie mogę.

– Masz numer telefonu, to ja może spróbuję. – Zaproponował.

Przystałam na to. Taksówkarze na całym świecie nie budzą mojego zaufania. Do tego też podchodziłam z rezerwą. Wykręcił numer telefonu. Próbował rozmawiać, ale coś mu nie wychodziło dogadywanie się, więc podał mi telefon. Za nic nie mogłam zrozumieć zdań padających z drugiej strony. Byłam jednak pewna, że nie był to Juan. Głos należał do kobiety. Wyłączyłam telefon,. A taksówkarz sprawdził jeszcze raz numer i znów spróbował. Tym razem podał imię Juana i adres. Przekazał mi, że kobieta nie zna nikogo o takim imieniu i nie mieszka tam, gdzie niby mój potencjalny host miał mieszkać. No to ładne jaja, pomyślałam.

– To, co do centrum? – Znów zapytał taksówkarz.

Nie miałam innego wyjścia. Pojechałam. Nie mogłam uwierzyć, że mój host zrobił mnie w konia, że podał fałszywy numer telefonu i adres. Kto i po co miałby robić coś takiego. Byłam pewna, ze musiała zajść jakaś pomyłka, że na pewno przepisałam źle numer telefonu, że pomyliłam jakąś cyfrę. Samolot też przyleciał później, a ja u wyjścia pojawiłam się półtorej godziny po czasie. Wiedziałam, że żona Juana miała drobną operację, źle się czuła i pomyślałam, że może nie mogli na mnie dłużej czekać.

Miasto o wschodzie słońca wyglądało bajecznie. Przede mną wyrastały ogromne wieżowce. Poczułam się bardzo mała i trudno było mi uwierzyć, że jestem w Ameryce Środkowej. Panama zupełnie nie wyglądała jak stolice, które do tej pory w tej części świata odwiedziłam. Czułam się bardziej jak w Stanach Zjednoczonych. I w sumie nic dziwnego, bo znaczą część mieszkańców Panamy stanowią właśnie Amerykanie, głównie ci, którzy przenieśli się tu już na emeryturze, by z wynagrodzeniem amerykańskim wieść życie wesołego staruszka na znacznie wyższym poziomie niż mogliby to robić w Stanach za tę samą kwotę.

Hostele wszystkie były pełne. Przyjdzie mi chyba spać na głównym placu pomyślałam. Nie przerażała mnie jednak ta myśl. Było ciepło. Komarów brak, byle znaleźć kawałek czystego chodnika. Policji wokół wystarczająco, więc nie musiałabym się niczego obawiać.

– Też nie możesz niczego znaleźć? – Zapytał mężczyzna po czterdziestce, gdy zniechęcona wychodziłam z kolejnego hostelu.

Potaknęłam od niechcenia.

– Stefano – przedstawił się. – Wiem, gdzie jest jeszcze jeden hostel. Możemy go sprawdzić razem. Ruszyliśmy ku naszej ostatniej nadziei. Zapadł zmrok. W hostelu zostały dwa ostatnie łóżka. Mimo wszystko szczęście mi jednak co nieco tego dnia sprzyjało.

Pod wieczór sprawdziłam mail od Juana. Numer telefonu przepisałam dobrze. O co chodzi? Dlaczego zrobili mnie w konia? Coś musiało się stać, pomyślałam. Ludzie przecież z natury są dobrzy. No, może oprócz niektórych taksówkarzy.

0 0 votes
Article Rating

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Subscribe
Powiadom o
guest

11 komentarzy
najstarszy
najnowszy oceniany
Inline Feedbacks
View all comments
Monika

ciekawy początek 🙂
Próbowałaś się jakoś skontaktować później z tym niedoszlym hostem?

aga

trzymasz w niepewności ! ale mam nadzieję, że wszystko dobrze się potoczyło
dbaj tam o siebie :*:*:*

agnes

jestem zawiedziona że muszę czekać na drugą część, chcę wiedzieć już teraz! 🙂

Aleksandra z Niemieckiej Sofy

Jej, wciągająca historia… Normalnie jakbym czytała książkę przygodową 😀

Aga

Super! Czekam na ciąg dalszy. I powodzenia 😉

Ewelina Domańska

Podróż to przygoda, więc zaczęło się od przygód – tak, żebyś nie miała wątpliwości 😉
Świetnie sobie radzisz, i o to chodzi! Pozdrawiam, trzymam kciuki i, podobnie jak ekipa przede mną, z niecierpliwością czekamna ciąg dalszy 😀