AMERYKA PÓŁNOCNA USA W DRODZE

Lądowisko dla Aniołów

Zion National Park

Obudził mnie niemiłosierny łoskot. Jakby tornado wpadło do pokoju. To nie tornado jednak, a moja współlokatorka. Poza tym chyba w całym hostelu nikogo więcej nie było. Piąta rano to przecież dopiero środek nocy dla balangowiczów. Kuchnia też o tej porze była zamknięta, więc mogłam pomarzyć o gorącej kawie, która była mi wyjątkowo potrzebna. Pozamykałam za sobą drzwi, odłożyłam poszewki na miejsce, a kluczyk wrzuciłam do tajnej skrzynki na listy. Recepcja nie był 24-godzinna.

Zadziwiało mnie, że w Vegas wszystko jest dużo tańsze. Spodziewałam się właśnie, że wszystko będzie mega drogie. A tu niespodzianka: najtańsze noclegi i nawet paliwo. Takiego taniego ani przedtem, ani też później już nie kupiłam (3,33 dolary za galon). No to sobie potankuję, pomyślałam z radością, gdy zobaczyłam cenę.

– To karta kredytowa czy debetowa? – zapytał sprzedawca, gdy podeszłam przedpłacić za paliwo.

W Stanach można samemu się obsłużyć na stacji benzynowej. Wystarczy przeciągnąć kartę w automacie, wybrać kwotę, jaką mają ściągnąć i za jaką nalać odpowiednią ilość paliwa. I już można tankować. Moja polska karta nie chciała jednak współpracować z amerykańskimi urządzeniami i byłam zmuszona każdorazowo lecieć do sprzedawcy i u niego przeciągać kartę przez maszynkę. W sumie dobrze, bo mogłam przy okazji porozmawiać trochę. Nikt łatwo  mnie nie wypuszczał, słysząc, że jestem obcokrajowcem. Zawsze musieli zapytać skąd jestem i jak mi się podoba w ich kraju. Zawsze życzyli szerokiej drogi i szeroko się uśmiechali. W Vegas było inaczej.

A co do tankowania to na początku było ono dla mnie nie lada zagadką. W Polsce idziesz, nalewasz ile potrzebujesz albo ile się zmieści w baku, a w Stanach najpierw musisz pobawić się we wróżkę. Potrzebuję cały bak, ale nie wiem ile on ma, bo samochód wypożyczony. Poza tym kilka kresek na liczniku jeszcze jest, czyli ile może brakować do pełnego baku? 10 galonów czy może 6? Ale muszę podać tę wartość w dolarach, więc muszę powiedzieć, że chcę paliwa za 20 dolarów, ale nie mogę się doliczyć ile to będzie galonów i czy to nie będzie przypadkiem za dużo. Jak dla mnie to to wszystko była wyższa matematyka i nijak nie mogłam sobie z tym poradzić. Z czasem już na tyle poznaliśmy się z moim samochodem, że mniej więcej wiedziałam, ile mu potrzeba, ale wciąż jednak nie zawsze idealnie trafiałam. Marna ze mnie wróżka.

Wracając do pytanie o kartę debetową czy też kredytową.

– Kredytowa odpowiadam i już chcę wkładać do płatnika.

– Kredytowych nie przyjmujemy – odpowiada sprzedawca z poważną miną. – Tylko gotówka albo karta debetowa.

Ciekawe dlaczego, pomyślałam z lekką zgryźliwością, uśmiechając się pod nosem. Zapłaciłam gotówką. Dobrze, że jakąkolwiek miałam. Nie na tyle dużo jednak, by tankować do pełna.

(Pomijam fakt, że po powrocie do domu, mój szanowny małżonek oświadczył mi, że ta akurat karta była  debetowa, a nie jak wszędzie mówiłam – kredytowa)

Park Narodowy Zion leży w Utah. Zion, czyli Syjon. Historia mówi, że nazwę miejsce zyskało dzięki niemal rajskim widokom. Syjonu nie widziałam, więc trudno mi się wypowiadać. Jednak wystarczyło mi to, co zobaczyłam w Zion. Przepiękne formacje z piaskowca w moich ulubionych czerwieniach, kręte korytarze i pnąca się cały czas w górę droga. Byłam w swoim żywiole: piękna, nieziemska natura, wysiłek fizyczny i ja. Układ idealny. Prawie idealny, bo właściwie to trudno mi się szło. Co chwilę musiała przystawać, ale nie dlatego, że dopadało mnie zmęczenie, ale dlatego że musiałam zrobić zdjęcie. W pewnym momencie mnie samej zaczęło to przeszkadzać. Nie mogłam spokojnie cieszyć się otoczeniem, bo w kółko łapałam za aparaty. Nie mogłam się jednak powstrzymać, żeby tego nie robić. I tak, przystając, co kilkanaście, czasem, co kilkadziesiąt kroków w końcu dotarłam tam, gdzie dotrzeć miałam.

Anioł wylądował, pomyślałam na szczycie zwanym Podest dla aniołów. Nie żebym się do tych aniołów zaliczała, ale skrzydła anielskie zawsze chcieć miałam. Poza tym czytałam trochę o tym skąd wzięła się nazwa i pomyślałam, że skoro tu jestem, to do aniołów mogę się jednak zaliczyć. Ponoć ten, który takie imię miejscu nadał, niejaki Frederick Fisher, pastor, gdy zobaczył to miejsce wykrzyknął, że tylko anioły mogłyby tu wylądować. W końcu Zion Park nie na darmo nazywany jest Edenem, a szlak na podest uznawany za jeden z najpiękniejszych w całych Stanach Zjednoczonych. Nie wiem czy jest tak rzeczywiście, ale nie zdziwiłabym się, jeśli faktycznie tak by było.

Ja to do nieba chyba nie trafię, pomyślałam, gdy wspinałam się coraz wyżej, by na podest się dostać. Dookoła przepaść i wystarczyłby jeden nieostrożny ruch, a mogłabym polecieć w dół, a że do bycia aniołem mi daleko, to mogłoby się to marnie dla mnie skończyć. Słabe zabezpieczenia w tym Zion i nie dziwię się wcale, że kilka osób straciło tu życie. W niektórych miejscach wspomagałam się łańcuchami i wciągałam się bardziej na rękach niż wspierałam nogami. Do łatwych to podejście nie należało, a zwłaszcza dla tych w nieodpowiednim obuwiu trekkingowym, czyli dla mnie. Mimo ze trekkingi miałam w planach, to w obuwie odpowiednie się nie zaopatrzyłam. Moje ostatnie buty trekkingowe zasiliły śmietniska meksykańskie i od tego czasu nowych nie nabyłam.

Ze szczytu nie chciało się schodzić tak było bajecznie. Posiedziałam w towarzystwie ślicznej wiewióry, która próbowała wyżebrać ode mnie jakieś jedzenie. Bardzo chciałam się z nią podzielić bananem, ale odwodziły mnie od tego liczne tabliczki z napisami i groźbami, że wiewiórek karmić nie wolno i ten, kto się nie dostosuje do zakazów, może tego gorzko pożałować.

Fajnie być aniołem i mieć wszędzie tak pięknie, myślałam schodząc z podestu, na którym czułam się całkiem jak u siebie. Kombinowałam, że właśnie wszystkich „wystrychnęłam na dudka: „Do nieba może i nie trafię, ale raj właśnie i tak zaliczyłam”.

Ale zimna woda. Wzdrygnęłam się. Jednak zimna czy nie zimna, ale iść trzeba było. Paweł z Interameryki obiecywał piękne widoki. Poza tym przede mną nie ma rzeczy niemożliwych i żadna zimna woda nie jest w stanie mnie przestraszyć. Woda oprócz tego, że była jednak zimna, była też nieco rwąca i miejscami całkiem głęboka, a szlak trekkingowy właśnie korytem rzeki prowadził.

„Zabierz ze sobą kij, stoją przy wejściu” brzmiała rada Pawła. Przypomniałam już sobie o niej, gdy stałam przy wejściu do rzeki. Pacnęłam się w głowę: „No masz refleks dziewczyno”, powiedziałam do siebie, podwinęłam nogawki spodni, co i tak po krótkiej chwili okazało się zbędne i nawet nie ściągając butów wlazłam po kolana do wody. Część ludzi się jeszcze wahała, inni w odpowiednim (czytaj: nieprzemakającym obuwiu) właśnie wracali albo dopiero zmierzali w stronę rzeki. Ja, jako że nie miałam żadnego wspomagania w postaci kija, którym nie tylko mogłabym się podeprzeć, ale co ważniejsze, sprawdzić głębokość wody, przykleiłam się do skalnej ściany i tak przytulona do niej zanurzałam się coraz głębiej w jej toń i coraz dalej w kanion. Było zimno i robiło się coraz zimniej. Już po dziesięciu minutach przestałam czuć stopy, które skostniały. Natknęłam się za to na parę, do których się podczepiłam niczym niewidoma i zaczęłam podążać ich śladami. Oni wymacywali trasę, którą należy iść, a ja szłam za nimi. Przez to zimno trochę ciężko było z cieszeniem się widokami, ale była za to przygoda i mogłam się trochę poczuć niczym Indiana Jones. Mokra niemal do pasa, zmarznięta i zziębnięta, potykając się co chwilę brnęłam coraz dalej w Zion Narrows, który ma dwadzieścia pięć kilometrów długości i momentami nawet 600 m głębokości. Moje „indianowanie” skończyło się jednak szybko. Po około pół godzinie, gdy przy próbie przedostania się przez wystający z wody głaz, tak grzmotnęłam lustrzanką o skałę, że aż ciemno mi się zrobiło przed oczami i siódme poty mnie oblały. Wzięłam kilka głębszych oddechów i nim się rozpłakałam, postanowiłam sprawdzić czy nie zaistniała dokładnie powtórka z rozrywki, z Serbii. Oczywiście na pierwszy rzut oka szkło obiektywu było roztrzaskane na tysiąc kawałków. Powoli, trzęsącą się nieco dłonią, odkręciłam filtr UV. Szkło było całe. „Chyba do trzech razy sztuka”, pomyślałam i odetchnęłam z ulgą. Na wszelki wypadek, by nie kusić losu, zawróciłam. Było mi szkoda widoków, ale naglił też czas, bo musiałam jeszcze dotrzeć do samochodu, a potem wraz z nim dojechać jeszcze do Page, miejscowości leżącej tuż obok najpiękniejszego miejsca na Ziemi. Mojego magicznego miejsca, o znalezieniu się w którym marzyłam już od tak dawna.

0 0 votes
Article Rating

O Autorce

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Subscribe
Powiadom o
guest

0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments