fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA KOSTARYKA W DRODZE

Szukając pumy II

Tapir, Kostaryka Corcovado

Corcovado (Kostaryka) Widokz samolotu

Pobliskie wzgórza wyściełane zielonym aksamitem, porośnięte były bujnie drzewami. Ich czubki, tonęły w gęstych  szarych chmurach. Rosnące przy drodze palmy bujały się na wietrze. Brunatna rzeka, nad którą przejeżdżaliśmy zgrywała się kolorystycznie z przyrdzewiałym mostem, którym przekraczaliśmy wodę. Przyroda tak bujna, że oczy z trudem wyłuskiwały z zieleni niewielkie domki, poukrywane skrzętnie w zaroślach.

Potem nagle z obu stron wyrosła palmowa selwa. Z potężnych pni opadały miękko palmowe liście, krzyżując się z liśćmi sąsiednich drzew. Wyglądały jakby trzymały się za ręce. Nigdy wcześniej nie widziałam tak gęstego palmowego lasu. Powietrze przesiąknięte było jego zapachem. Zapachem mokrej dżungli i ziemi przepalonej słońcem. Woń docierała do mnie wraz z wiatrem, wcielającym się w rolę naturalnej klimatyzacji w autobusie na trasie San Jose – Puerto Jimenez.

Na miejscu dopadł mnie absolutny skwar i wilgotność powietrza. Ledwo wydostałam się z pojazdu, a już pot ściekał ze mnie, przemaczając niemal całkowicie ubranie. Musiałam się do tego przyzwyczaić. Wybierałam się w końcu następnego dnia do dżungli, w której wilgotność przekraczała 80%.

– A pumę zobaczymy?

Moje pierwsze pytanie było mocno skoncentrowane na jednym – zobaczeniu dużego kota. Nie udało mi się to jak do tej pory, ale nie traciłam nadziei. Wiedziałam, że nie jest to łatwe zadanie. Większość pań, sprzedających wycieczki do parku Corcovado, dla którego tu przyjechałam, spoglądała na mnie z ironicznym uśmiechem i zaczynała wymieniać: małpy, ptaki, tapiry, krokodyle. Ale nie panterę.

– Wiesz, to bardzo trudne spotkać kota – powiedział Steven, właściciel jednej agencji i jednocześnie przewodnik. – W ciągu prawie sześciu lat mojej pracy jako przewodnik tylko raz natknąłem się na panterę. Ale to był dosłownie ułamek sekundy, kiedy mogłem spojrzeć jej w oczy. Żeby spotkać kota, trzeba byłoby się zaczaić w jednym miejscu, w takim, w którym koty bywają i kilka godzin czekać w ciszy i bezruchu.

Ja byłam na to gotowa, jednak towarzysząca mi sympatyczna para młodych Niemców już nie bardzo. I tak udało mi się ich namówić na dwudniowy wypad, bo początkowo chcieli się wybrać tylko na jeden dzień do parku. Ja pragnęłam eksplorować go przez trzy dni. Koszt dla jednej osoby był jednak zbyt wysoki, więc poszliśmy na kompromis, dostając korzystną cenę na dwudniowy trekking i obserwację zwierząt w naturze dla trzech osób.

– Do stacji Sirena można też polecieć awionetką i w ciągu dwóch dni, będziecie mogli zobaczyć tyle, co normalnie się widzi w ciągu trzech dni trekkingowych. Co Wy na to?

Spojrzeliśmy po sobie. Joe i Matijas wymienili porozumiewawczy znaki. Propozycja była kusząca, choć byłam pewna, że raczej nie na moją kieszeń. Po wielu dywagacjach w końcu na nią przystaliśmy.

Po raz pierwszy miałam polecieć czymś, co bardziej przypominało zabawkę. Serce mi zadrżało. Poziom adrenaliny podskoczył, gdy usiadłam w środku niewielkiego samolociku, z jednej strony przygnieciona wielkim plecakiem, z drugiej przyciśnięta do cienkich ścianek samolotu.

– Wiesz, boję się. – Szepnęła do mnie Jo.

 

Ja też się trochę bałam, ale nie dałam po sobie tego poznać. Uśmiechnęłam się tylko uspokajająco, zacisnęłam pas biodrowy i w myślach odprawiałam modły, byśmy cało wylądowali. Samolocik nie wyglądał na taki, co uniesie cztery osoby i ich bagaże oraz świeżą dostawę wody i jedzenia do stacji Sirena, mieszczącej się około 19 km od Carate, miejscowości, z której zwykle wszyscy zaczynają swój trekking do Parku Corcovado. Zamiast po siedmiu ośmiu godzinach na miejscu byliśmy już po kilkunastu minutach. Gdy pilot zaczął zbliżać się do lądowania, miałam wrażenie, że serce stanęło na chwilę. Pod sobą widziałam jedynie pas zieleni, który miał być naszym lotniskiem. Nim zdążyłam zapytać czy faktycznie tu będziemy lądować, poczułam uderzenie o nawierzchnię. Aż podskoczyłam na miękkim fotelu pasażera. I było po strachu. Adrenalina jednak dość długo utrzymywała wysoki poziom. Było to coś nowego. I te widoki na całe Corcovado…zawsze chciałam zobaczyć z tak bliska i jednocześnie z góry dżunglę. Kolejne małe marzenie spełniło się.

W stacji La Sirena siedziało kilkoro turystów, głównie starszych osób. Odpoczywali najprawdopodobniej przed kolejnym wyjściem w teren. Niemal każdy zaopatrzony był w sprzęt fotograficzny najwyższej klasy. Superteleskopowe obiektywy, świetne tripody. Dotarcie do parku wcale nie jest takie łatwe i w sumie pobyt na jego terenie jest dość kosztowny. Wielu Kostarykańczyków nie ma pojęcia, że taki Park w ogóle w ich kraju istnieje. Zresztą mogłam się o tym sama przekonać, gdy ludzie pytali mnie czy byłam w Parku Manuel Antonio (najbardziej popularnym i odwiedzanym corocznie przez największą liczbę turystów) i spoglądali zaskoczeni, gdy wspominałam, że wybrałam Park Corcovado. Dojazd z San Jose zajmuje prawie dziesięć godzin i jest to najdłuższa podróż na terenie kraju. Dlatego tak niewiele osób na nią się decyduje.

Warunki na stacji są proste. Żadnych pokoi, łóżek z baldachimem. Zwykły materac, moskitiera. Niektórzy mają namioty. Mi w udziale przypadło to pierwsze. Szkoda tylko, że dziurawe, bo po pół godzinie leżenia, wyparowało z materaca całe powietrze i było mi dane spać na drewnianych dechach. Skrzętnie owinęłam się moskitierą obawiając się tarantul, których wokół nie brakowało. Ale nim zasypiałam usypiana dźwiękami nocy, ruszyłam w odwiedziny do naszych leśnych braci.

 

Upał przewyższał moje oczekiwania. Znając podstawy biologii i wiedząc, że ciało człowieka w ok. 70% stworzone jest z wody, zaczynałam się martwić. Pot lał się strumieniami. Zrozumiałam jak  może czuć się bałwan na wiosnę. Nie nadążałam z uzupełnianiem płynów. Ze sobą zabrałam zaledwie pięć litrów wody, nie zważając na porady przewodnika, który polecił min. trzy. Wiedząc jednak, że to wszystko będę musiała potem dźwigać w plecaku, ograniczyłam zapasy i musiałam wziąć się za oszczędzanie.

Ruszyliśmy wąskimi ścieżkami, krocząc w ciszy za naszym przewodnikiem Steven’em, zaopatrzonym w lunetę teleskopową do podglądania zwierząt. Od około sześciu miesięcy turystyka w parku została mocno ograniczona, jeśli chodzi o indywidualnych turystów. Wstęp tylko w towarzystwie licencjonowanego przewodnika. Już po kilkunastu minutach zrozumiałam, dlaczego tak jest i dlaczego wyjście do parku bez doświadczonego przewodnika byłoby bezsensowne. Steven bez problemu wypatrywał zwierzęta w zaroślach, wyłuskiwał dźwięki spośród liści, przywoływał ptaki i małpy, które reagowały na wydobywane przez niego dźwięki. Corcovado to największy park w Kostaryce i dodatkowo uznany przez National Geographic za jedno z najbardziej różnorodnych biologicznie i tętniących życiem miejsce na ziemi. Miałam szanse się o tym przekonać na własnej skórze.

 

Szliśmy za przewodnikiem gęsiego w milczeniu. Na każdy jego nagły ruch nakazując ciszę, aż drętwiałam, będąc pewna, że oto gdzieś w pobliżu czai się moja ukochana puma. Za którymś razem myślałam, że dostanę zawału. Serce zaczynało walić jak oszalałe, cierpła skóra. Tylko po to, by się dowiedzieć, że gdzieś jest jakiś tam ptaszek czy małpka. No dobra, nie jakiś tam, bo ogromną frajda było zobaczyć w naturze stado małp kapucynek (Cara Blanca) czy wyjców, których krzyk nieustannie rozbrzmiewał w głuszy. Mieliśmy szczęście, że poruszaliśmy się tylko we czworo. Dużo łatwiej było zachować ciszę i spokój i dzięki temu natknąć się na kolejne zwierzęta: stada oposów, które zupełnie się nas nie bały i w najlepsze wyłuskiwały z ziemi smakowite kolorowe kraby, czy ogromnego tapira ucinającego sobie drzemkę wśród zarośli. Ciekawskie małpy przyglądały się nam z zainteresowaniem. Podobnie jak i my im. Towarzyszyło mi nieustanne podekscytowanie. Tu nie było mapy z wyrysowanymi ścieżkami i harmonogramem karmienia zwierząt jak w zoo. Każdy zakątek, każdy dźwięk mógł być zapowiedzią trafienia na kolejnego mieszkańca tego pełnego niesamowitości lasu.

Światło w stacji Sirena działa tylko od 18 do 20. Podziwiałam zachód słońca, które powoli chowało się za drzewami, barwiąc niebo na pomarańczowo. Po ósmej już niemal wszyscy spoczywali pod swoimi moskitierami albo w hamakach, zmęczeni całodziennym błąkaniem się po lesie i wypatrywaniem zwierząt. Wśród ludzi zapanowała cisza, co nie oznaczało, że poza stacją też. Dżungla dopiero teraz budziła się do życia. Zewsząd dochodziły pohukiwania sów, krzyk małp, brzęczenia owadów. Pomruku kota nie było słychać. Dźwięki współgrały ze sobą, tworząc niemal linię melodyczną, która stając się swoistą leśną kołysanką bardzo szybko ukołysała wszystkich do snu.

 

O czwartej nad ranem niemal wszystkie grupy były już gotowe do wyjścia. Obowiązywał jednak harmonogram. Byłoby głupotą, gdyby wszyscy wyszli ze stacji w tym samym czasie. Szansa na spotkanie zwierząt byłaby wówczas znikoma. Wychodziło się, co jakiś czas podgrupami. O czwartej trzydzieści przyszła kolej na nas. I znów, krocząc w ciemności to partiami dżungli, to plaży, skrycie liczyłam na spotkanie kota. Poprzedniego wieczora jeden z przewodników trafił na jaguarandi*. Wprawdzie nie był to wielki kot i nie była to puma, ale do rodziny kotowatych należał i zobaczenie go choć w minimalnym stopniu zaspokoiłoby moje oczekiwania.

 

Oczy kleiły mi się ze zmęczenia. Była to chyba już siódma nieprzespana noc z rzędu. Zaczęło się od wejścia na wulkan Baru w Panamie, a potem wczesne wstawanie na autobus, by dostać się do Kostaryki i kolejnego dnia, by dotrzeć do Chirripo i dwa kolejne, by zyskać pozwolenie na wejście oraz powitać wschód słońca już na szczycie, a potem znów by złapać autobus do Corcovado. Byłam wykończona. Plecak ciążył niemiłosiernie, choć połowa wody została już wypita. Część trasy wiodła jednak przez plażę i ciężki plecak wcale nie pomagał w pokonaniu tych fragmentów. Nasączony oceaniczną wodą piasek niemal wciągał mnie, nie pozwalając poruszać się równo i rytmicznie. Zawsze to ja musiałam czekać na wszystkich. Tego dnia czekano na mnie. Reszta posuwała się ze znacznie lżejszym sprzętem, choć już w połowie drogi zabrakło im wody. Przewodnik napełnił swoje butelki leśnym strumieniem, nam odradzając tego z całego serca. Ja oczywiście nie miałam swoich tabletek na oczyszczanie wody. Bo i po co jak się człowiek wybiera do dżungli? Do szóstej rano szło się jeszcze znośnie. Jednak gdy słońce wychynęło zza horyzontu i zaczęło dopiekać, szlak wiodący po plaży zaczął ciążyć jeszcze bardziej.

– Szybciej, szybciej! – pospieszał Steven. – Jeśli się nie pospieszymy, to nie uda nam się dotrzeć na czas, by pokonać jedno przejście i będziemy musieli kilka godzin czekać aż obniży się poziom oceanu.

Nie bardzo rozumiałam, o co chodzi, ale przyspieszałam jak mogłam. W końcu dotarliśmy do sporego klifu, o który z łoskotem uderzały fale.

– Jest całkiem nieźle. Powinno się udać – powiedział Steven. – Przygotujcie się. Na mój znak najszybciej jak możecie biegniecie na drugą stronę.

Przyjrzałam się przejściu. Uderzające o skały fale miały, co najmniej dwa metry. Nie byłam przekonana, że uda mi się pokonać to trzymetrowe przejście o suchej stopie. Gdzie tam o suchej stopie! Suchej stopy już dawno nie miałam, bo ze dwa razy przekraczaliśmy już rzekę. Obawiałam się jedynie o sprzęt, który choć ofoliowany spoczywał w plecaku owiniętym w przeciwdeszczowy kapok, moim zdaniem nie mógł wyjść bez szwanku z tej akcji. Ustawiliśmy się w zbitym szeregu we trójkę, czekając na sygnał. Każda zbliżająca się fala miała dość spore rozmiary.

– Teraz! – krzyknął Steven, a my jak szaleni ruszyliśmy, zderzając się z falą.

Wybuchając śmiechem dotarliśmy na drugą stronę. Wszyscy totalnie przemoczeni, co właściwie nie robiło specjalnej różnicy, ponieważ upał i wysoka wilgotność już dawno pozbawiły nas suchych ubrań i obuwia.

 

W drodze znów trafiliśmy na stada oposów i śpiącego tapira, dziesiątki małp i ptaków, jaszczurek tych większych i tych mniejszych. I już straciłam nadzieję na zobaczenie pumy. Już się z tą myślą pogodziłam, że znów nie tym razem, że jeszcze nie teraz, że może gdzieś indziej i o innym czasie.

– Ciii…!!! – Szepnął Steven, przyciskając wskazujący palec do ust.

Ruchem dłoni nakazał nam pozostanie w miejscu, w którym staliśmy. Sam zaczął się poruszać w sobie tylko wiadomym kierunku. Niemal bezszelestnie. Rozgrzmiały małpy. Potworny hałas i krzyk. Darły się w niebogłosy. Usłyszeliśmy jakiś tupot. Coś przebiegło nieopodal. Zamarłam. Czyżby? Nie, to niemożliwe! A może jednak. Wytężyłam wzrok. Nie poruszając się, nie zmieniając pozycji ciała w obawie o wykonanie kroku, który zaowocuje hałasem, przełamującym leśną ciszę, wykonywałam skręty szyi na wszystkie strony, próbując wypatrzyć to, czego szukał Steven. Wiedziałam, że tym razem na pewno chodzi o kota.

Nasz przewodnik przepadł, a my staliśmy nieruchomo. Minęło z piętnaście minut. Krzyki małp ustały. Z zarośli wynurzył się Steven.

– To był kot – orzekł. – Słyszeliście jak coś przebiegło? Zwierzęta uciekały w popłochu. Małpy zawsze krzyczą w ten sposób, gdy coś im zagraża, z reguły jak pojawia się kot. To jest zupełnie inny krzyk niż normalnie. Możliwe jednak, że się spóźniliśmy, bo małpy jeszcze piętnaście minut po tym jak kot się pojawi i zniknie krzyczą ostrzegawczo.

– Czyli mogę powiedzieć, że prawie widziałam kota? – Zapytała z rozczarowaniem, wiedząc dobrze, że „prawie” czyni różnicę.

 

 

 

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

17
Dodaj komentarz

avatar
7 Comment threads
10 Thread replies
0 Followers
 
Most reacted comment
Hottest comment thread
8 Comment authors
touristnaviAndrzejTatianaAnnaMonika Recent comment authors
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
gość
Gość
gość

wyjazd jak najbardziej w takie strony powodowałby, że nie będąc gdziekolwiek indziej człowiek chciałbym tylko w takie odludne miejsce, tropiki, na łono natury…

Ewelina Domańska
Gość
Ewelina Domańska

Widzę, że masz kotem tak jak ja z misiem. Tyle pałętania się po lasach i górach i jeszcze żadnego nie spotkałam. Ale może kiedyś nadejdą takie dni, dla nas obydwu… 😉

Muszę przyznać, że czytając opisy Twoich przygód nabieram coraz większej ochoty na poznawanie i obcowanie z przyrodą na innych kontynentach 😀
Dziękuję za to! 😀

Monika
Gość
Monika

Świetne opisy. Szkoda, że nie zobaczyłaś kota. Może następnym razem 🙂

Anna
Gość
Anna

O przepraszam- ja tez czytam, może nie w tempie ekspresowym po opublikowaniu nowego posta, ale jestem zawsze na biezaco i nie opusciłam zadnego, a nawet jak Ci kiedys pisałam wracam z checią do poprzednich.
A koty to zwierzęta płochliwe- do trzech razy sztuka!

Tatiana
Gość
Tatiana

Fajny post!!!! ja uwielbiam różne parki narodowe i przy każdej okazji odwiedzam:) na Sri Lance tak polowaliśmy na krokodyle, niestety dojechaliśmy do parku o takiej godzinie, kiedy wszystkie stada bawołów siedziały w jeziorach, a krokodyle spały:D tylko słonie dzielnie obgryzały swoje 130kg pokarmu nie zważając na upał:) trzymam kciuki za kota (kot to podstawa funkcjonowania – mój dzień zawsze zaczyna się od kota (w wersji domowej;))

Andrzej
Gość
Andrzej

Normalnie czyta się jak kryminał 😀 Ale wiesz, zalicz to sobie że nawet jeśli nie widziałaś pumy to „doświadczyłaś jej obecności”. 😉

touristnavi
Gość
touristnavi

Od razu widać, że masz kota na punkcie tej pumy. Ale nie martw się – puma to nie biały kruk, może jeszcze kiedyś ją zobaczysz 😉 Świetna relacja, pozdrawiam serdecznie

error: Content is protected !!