fbpx
AMERYKA ŚRODKOWA GWATEMALA W DRODZE

Wyprawa na wulkan Pacaya

Wulkan Pacaya

Niedziela. Wreszcie po sześciu dniach szkoły, nie musiałam robić nic. Miałam czas, by przejść się straganach na rynku, który w niedzielę urasta do ogromnych rozmiarów. Zjeżdżają tego dnia handlarze z okolicznych miejscowości. Wielu jest też indigenios (potomków Majów), którzy na licznych stoiskach rozkładają własnoręcznie wykonane wyroby. Aparatu jednak nie brałam ze sobą, bo wielokrotnie mnie uprzedzano, bym nie świecić miejscowym dobrami materialnymi, wybierając się tam. Faktycznie turystów nie krążyło tu zbyt wiele. Byłam jedyną białą. I tak, jak ktoś mi powiedział przed wyjazdem, gdy stwierdziłam, że ściągam warkoczyki, by nie rzucać się w oczy podczas wyjazdu: ”Jesteś biała i to już wystarczająco będzie się rzucało w oczy.” I faktycznie to wystarcza. 

Widok w drodze na wulkan

Postanowiłam dziś wybrać się w końcu gdzieś dalej. Za mój cel tego dnia obrałam sobie Wulkan Pacaya (2552m) – jeden z 38, znajdujących się na terenie Gwatemali (więc jeszcze sporo przede mną), ale jeden z zaledwie trzech czynnych, leżący około 25 km od Antigua. Widziałam zdjęcia znajomych ze szkoły, z błękitem nieba, rozciągającym się nad czarną od skamieniałej lawy połaci ziemi. Widok na miasta, położone w dolinach. Przepięknie! No, cóż. Mnie jednak nie było dane zachwycać się pięknem przyrody. Już z rana złapał mnie deszcz, co nie wróżyło dobrze na popołudnie. Do wyboru było pójście porą ranną, by obejrzeć wschód słońca lub popołudniem, by ujrzeć jego zachód. Wybrałam drugą opcję, by wracać wieczorem i dodać tej wyprawie trochę dreszczyku. Koniecznie trzeba było zabrać ze sobą latarkę, by nie zgubić się w drodze powrotnej. No, i dobrze też ją było mieć, by nie wdepnąć w końskie łajno, którego na trasie nie brakowało. 

Droga na wulkan nie była specjalnie długa, około 4 km, czyli 1,5 godziny z przerwami. Nie można tam chodzić samemu, konieczne jest towarzystwo przewodnika, bowiem jak twierdzą wszyscy, łącznie z przewodnikiem Lonely Planet, napady na turystów są tam bardzo częste i konieczne jest formowanie grup z przewodnikiem na czele, który bezpiecznie zaprowadzi i sprowadzi biednego i zastraszonego turystę w dół. Uważam, że to jednak chwyt marketingowy czy może zwykły kant, by dać zarobić ludziom, którzy pracują tam, jako przewodnicy. Przy takiej ilości turystów, przewodnikach na koniach, nie sposób, żeby jakikolwiek napad się tam zdarzył. No, ale co ja tam wiem. W sumie dobrze, że miejscowi ludzie mogą tu zarobić i pracować. Tylko niepotrzebnie tworzy się jakieś legendy. 

Widok na wulkanie i z niego 🙂

Podążamy więc na szczyt, a właściwie nie na szczyt, bo tu znów spotkała mnie przykra niespodzianka. Miałam nadzieje na ujrzenie lawy, a tu nici z tego. Na sam szczyt wejść nie można, bo wulkan jest bardzo aktywny i włażenie tam jest po prostu niemożliwe. Mieliśmy na niego popatrzeć z oddali. Ale niestety i tego się nie dało, bowiem im wyżej wchodziliśmy, tym mgła robiła się coraz gęstsza i tym silniejszy zrywał się wiatr. Gdy wyszliśmy z gęstwiny roślin i drzew, i znaleźliśmy się na otwartej przestrzeni, wiatr tak przybrał na sile, że z trudem dało się iść. Widoczność była możliwa na zaledwie kilka metrów. Ruszyliśmy więc dalej za naszym przewodnikiem, o którym muszę tu wspomnieć. Według mnie wyglądał jak Johnny Depp w mojej ulubionej roli Jacka Sparrowa. 

Nasz przewodnik (tu nie widać podobieństwa)

Wprawdzie nie miał długich włosów, dredów i całego tego anturażu, który Sparrowowi towarzyszył, ale z twarzy wypisz wymaluj to był on, tyle że w drelichowej kurteczce i wytartym plecaku z logo MTV. Miał nawet dwa zęby w złotej ramce (nie wiem jak to się nazywa, ale jest to tutaj niezwykle popularna moda, by wstawiać sobie złote zęby lub otaczać je złota obwódką). No, więc ruszyliśmy dalej za naszym Jackiem Sparrow’em. 

Pieczenie pianek w wulkanie

Powiódł nas w miejsce, w którym na patykach mogliśmy upiec sobie pianki marschalla, a miał ich całkiem sporo w plecaku. W jednym z miejsc niedaleko szczytu, z głębi skał wydobywało się przyjemne ciepełko i to tam urządziliśmy sobie „ognisko” i pieczenie pianek. Miło było też się tam po prostu ogrzać, bowiem przez mgłę i wicher, zimno na górze zrobiło się okrutnie. 

Ja w saunie. Leżę w niej, choć może tego nie widać:)

A potem ruszyliśmy już w dół, zatrzymując się przy tzw. saunie, do której można było wejść, położyć się i również pogrzać w cieple, produkowanym przez czynny wulkan Pacaya. Droga w dół, trwała znacznie krócej. Wszyscy niemal biegli, by jak najszybciej znaleźć się w busie, który zawiezie do ciepłego pokoju hotelowego. Zaopatrzeni w latarki, niemal ślizgaliśmy się na piachu i skamielinach. Towarzyszyły nam jedynie świecące w ciemnościach lasu maleńkie oczy, które wbrew moim obawom, nie były oczami tarantul, lecz mniejszych pająków i drobnych insektów, mieszkających na terenie wulkanu. Tarantule, jak się okazało, poginęły po ostatniej aktywności wulkanu. I całe szczęście! 

Widok w drodze powrotnej

Podczas naszej wędrówki w górę, gdy jeszcze było jasno i mgła nie szalała, widzieliśmy kilka interesujących rzecz. Przede wszystkim drzewo, które nazywa się llora sangre, i którego Majowie używają do malowania twarzy (co przewodnik nam zaprezentował na naszych własnych buziach i co widać na jednym ze zdjęć w postaci pomarańczowych maz na mojej twarzy), i która ma również lecznicze działanie. Nie ukrywam, że choć wędrówka nie powinna być męcząca, bo to były zaledwie cztery kilometry pod górę, to jednak wróciłam do domu wypompowana z sił. Ale myślę, że w głównej mierze spowodowała to pogoda: okrutny wicher, który odbierał nie tylko możliwość rozmowy, ale również i oddychania. Było jednak naprawdę fajnie. Moja wycieczka przypomniał mi wyjazd do Kairu. Wszyscy zwykle mają w swoim posiadaniu zdjęcia na tle piramid z błękitnym niebem i piękną słoneczną pogodą. My z Bożydarem trafiliśmy wówczas niemal na burze piaskową i deszcz. Widoków żadnych. Tym razem miałam to samo. Znajomi pokazywali mi zdjęcia z pięknymi widokami ze szczytu wulkanu, a na moich mam jedynie mgłę. Tak czy inaczej było bwarto. Spotkałam ciekawych ludzi. Między innymi Sarę, która dziś będzie ze mną, Francescą, Halilem i Furkanem i pewnie jeszcze kilkoma osobami spędzać Sylwestra. 

A ja życzę wszystkim udanej zabawy dzisiaj i 

Feliz Año Nuevo

O Autorce

B*Anita Demianowicz

B*Anita Demianowicz

Podróżuję, piszę i fotografuję. Współpracuję m.in. z magazynami Podróże, Poznaj Świat i Rowertour. Prowadzę prezentacje i warsztaty podróżnicze w całej Polsce. Jestem również przewodniczką grup trampingowych dla kobiet, a także organizuję festiwal TRAMPki-Spotkania Podróżujących Kobiet.
Jestem absolwentką kilku kierunków studiów, m. in. filologii polskiej na UG i Polskiej Szkoły Reportażu.
We wrześniu 2016 ukazała się debiutancka książka: "Końca świata nie było".

Więcej o mnie>>>.

Dodaj komentarz

10 komentarzy do "Wyprawa na wulkan Pacaya"

avatar
  Subscribe  
najnowszy najstarszy oceniany
Powiadom o
Mtk
Gość

Szczęśliwego Nowego Roku! Ciekawa ta złota obwódka wokół zęba, w razie kontuzji od razu można pierścionek zmontować. Z lawy wulkanicznej też widziałam piękne wyroby. Jedno co mi się z tej wycieczki nie podobało to pająki, szczęście, że chociaż tarantule w postaci pieczonej 🙂

Anita Demianowicz
Gość

Złotą obwódkę lub złoty ząb nosi też sporo kobiet. Nie wiem co w tym ładnego, ale im najwyraźniej to się podoba. Ja też stanowczo wolę tarantule w wersji pieczonej.

MONIKA
Gość

Mnie też przeraziły te oczka pająków bleeeee! Może poprostu to nie pech z tym słabym widokiem tyko los chce byś jeszcze raz wybrała się w to miejsce przed powrotem do Polski!!!
Buziaki Sis i Feliz Ańo Nuevo!

Anita Demianowicz
Gość

Mam w planach kilka innych wulkanów w innym miejscu, wiec tu juz nie będę drugi raz lazła. Ale za to nie mogę się już doczekać tych dalej. Tyle że to dopiero pewnie za około miesiąc.

Edyta Szpejnowska
Gość

Udało Ci się upolować jakieś cudeńka na miejscowym rynku? Szkoda że nie wchodziliście na samą górę i że była mgła, no ale jak masz w planach parę innych wulkanów, to może następnym razem warunki będą trochę lepsze. Pająki muszą tam być przerażające, nie wiem jak Ty dajesz radę, ja bym chyba umarła ze strachu:)

Anita Demianowicz
Gość

Edith, póki pająki nie włażą na mnie, to jest ok 🙂 z daleko to niech i one sobie będą.
A co do zakupów. No cóż, kupiłabym wiele, bo tu tanio jest, ale nie mogę kupić właściwie nic, bo nie mam gdzie tego zmieścić. Może w meksyku jak będę, bo wtedy mogę dodatkową torbę kupić i zabrać nadbagaż, ale podróżowanie z dwoma plecakami juz i tak jest trudne. Więc na razie żadnych zakupów.

Anonymous
Gość

Edyta- ja sądzę, że Ty ‚umarłabyś ze strachu’ już podczas wspinaczki na ten wulkan :P.
A zakupy.. Anita bardzo dobrze wie, co robić, gdy odwiedzi sklep za JEDEN quetzal :D.
JUNTER.

Anita Demianowicz
Gość

HaHaha Paweł 🙂 Pewnie, że wiem. Tylko kurczę, tu nie ma takich sklepów ;( Niestety.

siki
Gość
No widzisz – jak przyjeżdżasz do Olsztyna, to też niewiele… widzisz. Choć zobaczyć z bliska taką kipiącą lawę, to faktycznie coś; ale wszystko jeszcze przed Tobą. Ciekawe, czy oni – przy tych wszystkich markietingowych posunięciach z napadami itp, sprawdzają jakieś prognozy sejsmiczne – czy jak to tam zwać – dotyczące terminów wybuchów tych wulkanów, czy po prostu, w tej „żądzy pieniądza” mają gdzieś wszelakie zagrożenia; w końcu jak zacznie się erupcja, Jack Sparrow zawsze da drapaka w sobie cudownie znany sposób i chyba niekoniecznie będzie się troszczył o spanikowaną grupę. Jeeeny, co Wy z tymi pająkami?! Też ich nie kocham, ale teraz pomyśl, ile, zbiegając po zboczu wulkanu i widząc wszędzie te oczy (pewnie bardziej przerażone niż Ty), rozdeptałaś mamuś, tatusiów i dzieci-pająków. Peter… Czytaj więcej »
Anita Demianowicz
Gość

Nie rozdeptałam Siki żadnej mamusi, ani żadnego tatusia, świeciłam latarka pod nogi. Nie chciałabym raczej wdepnąć w wielkiego, włochatego pająka. A Ty co nagle taki odważny się zrobiłeś? Hę? Ja wiem Siki, że Ty osy na śniadanie wcinasz garściami, ale nie każdy jest tak odważny jak Ty 😉
A prognozami sejsmicznymi, to nie sądzę, żeby ktokolwiek się tam przejmował.